Najpierw były Wściekłe psy To mój pierwszy obejrzany film w reżyserii Quentina Tarantino. I byłem zachwycony. Później przyszła kolej na Pulp Fiction, Cztery pokoje, Kill Billa, Miasto grzechu i teraz Bękarty wojny. I za każdym razem jestem pod wrażeniem. Tarantino, to naprawdę wielki reżyser, scenarzysta, producent... To wielki twórca filmowy.
I tym razem reżyser jednak nie uniknął zarzutów, że film jest przegadany, że jest zbyt długi i nużący. Ale mi to wszystko nie przeszkadza. Wręcz odwrotnie. Te wszystkie monologi, dialogi, te wszystkie, jak by to się wydawało dłużyzny, w tym akurat przypadku, mi osobiście, bardzo się podobają. I ten specyficzny sposób patrzenia na świat. Czysty Tarantino.
W Bękartach wojny, akcja filmu została umieszczona podczas II wojny światowej we Francji. Niemiecki półkownik Landa, zajeżdża do gospodarstwa pewnego rolnika, i tam w jego chacie przeprowadza bardzo, zdawałoby się kulturalną i inteligentną rozmowę. Celem jednak tej rozmowy jest wymordowanie ukrywających się tu ludzi pochodzenia żydowskiego. Z całej masakry udaje się uciec tylko jednej młodej kobiecie.
Tym czasem w USA tworzony jest oddział żołnierzy pochodzenia żydowskiego, którzy mają być zrzuceni do Francji, by tam, jak to mówi ich przywódca, oskalpowywać faszystów. Zwą się oni, Bękartami Wojny. I nie mają żadnych skrupułów. Są zdecydowani, bezwzględni i cholernie dobrzy w tym co robią. Jeżeli już jakiegoś Niemca pozostawią przy życiu, to zostawiają mu również i pamiątkę. Taką na zawsze. Tytułują mu na czole znak swastyki.
Żydówkę Shosannę, której udało się uciec półkownikowi Lande, i bękartów, połączy jednak pewien cel. Otóż w kinie, które akurat prowadzi młoda żydówka, ma odbyć się premiera niemieckiego propagandowego filmu. Na premierę mają przybyć najwyższe władze faszystowskich Niemiec, a nawet sam Adolf Hitler. A to jest przecież wspaniała okazja by pozbyć się za jednym zamachem tego całego źródła zła. Do zamachu więc przygotowują się Bękarty, a i Shosanna ma swój plan zemsty.
Tyle scenariusza. Jednak prawdziwą kwintesencją całego obrazu, trwającego dwie i pół godziny, są rozmowy. Spokojne, wyważone, inteligentne. I chciałoby się powiedzieć, a raczej zapytać, jak to się mogło stać, że tak inteligentny naród, i tak kulturalny, jakim były Niemcy, dopuścił się takich niespotykanych zbrodni? No cóż, nie można zawartości oceniać po opakowaniu.
Moja ocena filmu to 8,5/10
Chcielibyście być, sławni i bogaci? No jasne. Cóż za pytanie. Ale czy na pewno? Bohaterowie filmu „Informers", są sławni i bogaci. To członkowie zespołu muzycznego. Poznajemy ich w Los Angeles, w 1983 roku, w momencie gdy jeden z nich ginie pod kołami rozpędzonego samochodu.
Alkohol, narkotyki, ciągłe imprezowanie, wolny sex, a w tle nowa, nieznana choroba - AIDS. I życie na luzie. Wyluzuj facet, chciałoby się powiedzieć. Świat jest piękny, a zwłaszcza po kilku głębszych.
Film nie ma głównego bohatera, chociaż grają tu takie gwiazdy jak Winona Ryder, Kim Basinger, czy też Mickey Rourke, a członkowie zespołu Informers nie są jedynymi bohaterami, bo jest ich tu wielu, młodych i starszych, bogatych i tych biedniejszych. Ale wszystkich ich łączy jedno. Mimo różnego statusu materialnego, wszyscy oni są zagubieni we współczesnym świeci. Wszystkim się życie, jakoś poplątało.
W pewnym momencie pojawia się dialog.
- Potrzebuję więcej.
- Przecież wszystko masz.
- Chcę, żeby ktoś mi powiedział, co jest złe, a co dobre. A co potem, kiedy już wiesz?
Ale tak naprawdę to film mi się nie za bardzo spodobał. Jest zbyt ciężki. Mroczny. Przygniatający i przygnębiający, a wielowątkowość powoduje że tematy poruszane są jedynie pobieżnie. Nie maja one swojego początku, ani zakończenia. Jeżeli jednak zdecydujecie się go obejrzeć to pamiętajcie, że trzeba do niego podejść w skupieniu. Z odpowiednim nastawieniem, bo inaczej to będzie tylko męczące półtorej godzinne oglądanie.
Moja ocena filmu to: 5/10
Jak skończy się świat? Zamarzniemy? Usmażymy się? A może uderzy w nas jakaś planetoida? Co wybieracie?
Nieważne. Ważniejszym jest fakt, że koniec świata nastąpi. Nie wiemy dokładnie kiedy. Nawet w przybliżeniu, nie potrafimy określić czasu tego faktu. Ale wiemy z całą pewnością, że każdy z nas umrze. Umrze też kiedyś gatunek ludzki. A i Ziemia, nasza planeta, będzie miała swój koniec istnienia. I Słońce i galaktyki i wszystko zniknie.
Ciekawa perspektywa. Prawda? Całe szczęście, że z punktu widzenia człowieka, nie nastąpi to tak prędko. Czyli, jeszcze trochę pożyjemy. Miejmy nadzieję, że tak będzie.
A teraz zapraszam na film dokumentalny „Jak skończy się świat", mówiący właśnie o tym co zawarte jest w tytule.
Drugą i trzecią część, znajdziecie oczywiście na You Tube.
Kontynuując jakby temat, chciałbym podzielić się z Wami wrażeniami z jeszcze jednego filmu. I tym razem również dokumentalnego, i zarazem przerażającego w swej treści.
Czy myśleliście kiedyś o końcu świata? Czym jest dla Was owy koniec? Czy wyobrażaliście go sobie, jako rozpad naszej planety, spowodowany jakimś olbrzymim kosmicznym kataklizmem. A może jako koniec naszego gatunku? Albo koniec świata, to jedynie koniec mojego osobistego życia? Różnie można rozumieć, koniec świata.
Ale jest taki film p.t. „Życie po ludziach", w którym jego twórcy zajmują się bardzo ciekawym problemem. Wyobraźcie sobie mianowicie, że z powierzchni Ziemi, znikają raptem wszyscy ludzie. I nie ważny jest w tej chwili powód tego zniknięcie. Nie o to teraz chodzi. Nie tym się zajmują twórcy. A tym, co zacznie się dziać na naszej planecie, w wyniku nagłego zniknięcia człowieka..
Raptem pojawia się jakaś dziwna cisza. I co dalej? Jak wyglądają nasze miasta? Co robią domowe zwierzęta? Co słychać i co widać? Bo jeszcze działa włączone radio, bo jeszcze mamy prąd i wodę. Ale to już właściwie koniec, bo elektrownie przestają pracować. A one to przecież, napędzają nasz świat.
W filmie bardzo ciekawe są pierwsze chwile po zniknięciu człowieka. To niewyobrażalne, jak bardzo są uzależnione od nas np. niektóre zwierzęta. Bez człowieka sobie one nie poradzą. Nie przeżyją. Zresztą cały film jest ciekawy. To jak rozpadają się samochody, nasze domy, cały nasz świat i cywilizacja przez nas stworzona. Wszystko rozpada się w gruzy.
Film pokazuje naszą planetę na przestrzeni tysięcy lat. Zaczynając od punktu zero, jakim jest zniknięcie człowieka, poprzez pierwsze godziny, dni, lata po owym zniknięciu, aż do setek tysięcy lat po człowieku. Czy zostanie coś po nas? Tak. Ale to jest tylko kwestia czasu. Są pewne dzieła rąk ludzkich, których ślady pozostaną długo. Bardzo długo. Będą istnieć nawet wtedy, gdy po naszych miastach nie pozostanie już żaden ślad.
A czym są owe dzieła rąk ludzkich? Spróbujcie zgadywać. Lub po prostu obejrzyjcie film. Jest naprawdę bardzo dobry. I taki nietypowy.
Moja ocena filmu to: 8,5/10
Pomińmy wojnę człowieka z maszynami, z jakimiś robotami. To daleka przyszłość i być może zupełnie nierealna. Zajmijmy się czymś bardziej nam przyziemnym, bliskim. Czymś co dzieje się tu i teraz, a co nie za bardzo potrafimy dostrzec. A mianowicie zagrożeniem naszej planety, jakie stanowi dla niej człowiek. Czy możliwe jest, że Ziemia (przyroda) przetrwa w obecnej formie? Wątpię. Człowiek dla Ziemi, jest bowiem niczym wirus dla swojego żywiciela, tak długo będzie go eksploatował, aż sam zginie razem z nim. Przesadzam?! Panikuję?! Oj, czy aby, na pewno?
Spoglądając dzisiejszego poranka, przez okno swojego mieszkania, na budzący się dzień, czuję ciszę. Widzę ogołocone z liści drzewa, mgłę w powietrzu i oszronione rannym przymrozkiem szyby samochodów. Ale spokój przyrody, który właśnie dostrzegam, jest tylko pozorny. Bo patrzę na świat z małej perspektywy. Z perspektywy swojego okna. A tam dalej, być może dużo dalej, dzieją się sceny dantejskie. Przesadzam? Jeżeli tak myślicie, to spróbujcie obejrzeć sobie film dokumentalny „Home - S.O.S. Ziemia". To co tu zobaczyłem wstrząsnęło mną zupełnie.
Wszyscy oczywiście wcześniej już słyszeliśmy o globalnym ociepleniu, słyszeliśmy o ginących rafach koralowych, czy o umierających lasach amazońskich. Ale sposób w jaki to omawia francuski reżyser Yann Arthus-Bertrand naprawdę robi wrażenie. Cały film, a trwa on ponad dwie godziny, nakręcony jest jakby z lotu ptaka. Tak gdzieś z wysokości 10-20 metrów. Czasami z wyższej. Ale tak, byśmy wszystko mogli dokładnie widzieć. Widzieć to co dzieje się z naszą Ziemią, Matką, Gają, za przyczyną ludzkich działań. Z pewnością każdego zaciekawi coś innego. Wiele bowiem kwestii poruszonych jest w filmie. A to mówi się o zagrożonych gatunkach zwierząt czy roślin, a to pokazuje się sztucznie stworzony przez człowieka betonowy świat.
Cieplarnie w Hiszpańskiej Almeri. Ogrodzie cieplarnianym Europy. Widok aż po horyzont. Pod spodem nawóz. Na wierzchu plastik. A hodowla bydła w USA? Wyobraźcie sobie tysiące, miliony krów które nigdy nie widziały łąki, które przebywają na pastwiskach gdzie nie rośnie ani jedno źdźbło trawy, a karmione są granulatami białkowymi zwożonymi olbrzymimi ciężarówkami. Coś przerażającego. A lasy eukaliptusowe, gdzie drzewa rosną obok siebie, równo w szeregach i rzędach, w takich samych odległościach. Gdzie oprócz tych drzew nie ma niczego. Żadnych krzewów, żadnej ściółki Przerażające.
„Home", wspólny projekt Luca Bessona i fotografa Yanna Arthusa-Bertranda to film, który swoją premierę miał w Dniu Ziemi, 5 czerwca 2009 - równocześnie w 85 krajach, w kinach, w telewizji, na DVD i w Internecie. Ciekawy pomysł by wzbudzić zainteresowanie i by wywołać choćby chwilę na zastanowienie się nad naszą przyszłością.
Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że jest to pozycja obowiązkowa, dla każdego człowieka. Każdego kto uważa się za cywilizowanego, myślącego przedstawiciela homo sapiens. Obraz ten trzeba koniecznie zobaczyć, zastanowić się nad własnym postępowaniem, może zmienić coś w swoim życiu. Choćby odrobinę. Na przykład lekko przykręcić wodę w kranie, podczas zmywania naczyń. Może to coś da. Kto wie?
Moja ocena filmu to: 9/10.

Po niedzieli muszę iść do fryzjera. Koniecznie!

I co nastąpi po zakończeniu wojny między ludźmi, a maszynami? Co będzie dalej, gdy maszyny zwyciężą? Czyżby nie pozostało już nic? Czy nie ma żadnej dla nas nadziei?. Otóż nie! Twórcy animowanego filmu „9" twierdzą, że pozostaną po nas szmaciano-mechaniczne lalki, które w naszym imieniu dokończą wojnę z robotami i pokonają je. Hurra! Wielkie zwycięstwo ludzkiego intelektu nad oziębłą maszynerią.
To tak żartem. A już zupełnie serio, to musze powiedzieć, że jestem pod dużym wrażeniem, tego co dokonał Shane Acker w dziedzinie animacji. No ale pewnie nie tylko ja, bo jeżeli film miał nominacje do Oscara, to chyba to coś znaczy. Animacja doskonała i... i.... no i co dalej? No, dalej to mamy już tylko to samo co w Terminatorach, tylko, że tam mieliśmy ludzi, a tu szmacianki. Wojna, apokalipsa, ruina cywilizacji człowieka. I żadnego nowego pomysłu. Szkoda, bo nad scenariuszem w ogóle nie popracowano. Być może tak właśnie miało być. Może chodziło jedynie o przetestowanie jakichś nowych technik animacji, ale jeśli tak, to rozumiem. Ale jak dla filmu pełnometrażowego to trochę za mało.
Moja ocena filmu to 5/10. A szkoda, bo zapowiadało się na więcej.

Pamiętam co to się działo, gdy pod koniec lat osiemdziesiątych, pojawił się u nas film Jamesa Camerona „Terminator". To był szok. Świetny film. Wszyscy o nim mówili. Nazwisko reżysera, jak i oczywiście głównego aktora, od tej pory miało pozostać w pamięci wielu ludzi, już na zawsze.
Z wielka niecierpliwością oczekiwaliśmy później drugiej części. I tu też był sukces. Wydano tym razem dużo więcej pieniędzy na produkcję, co zaowocowało rewelacyjnymi efektami specjalnymi. I opłacało się. Film był jednym słowem, rewelacyjny.
Trzecia część Terminatora, to porażka. Skierowany pewnie jedynie do nastolatków. Nie ma co za bardzo go wspominać.
Czwarta część miała być lepszą od poprzedniej. Jednak i tym razem nie zostałem zachwycony. No bo i czym? Ani scenariusz nie jest jakiś nowatorski, porywający. Wciąż mamy tą samą wojnę między ludźmi i maszynami. Co dziwne, akcja dzieje się w 2018 roku, czyli, za dziewięć lat (to już niedługo) a Ziemia została już opanowana przez maszyny. Ani Schwarzeneggera nie widać (pojawia się przez chwilę tylko wygenerowana komputerowo jego postać). A to czego najbardziej mi zabrakło w filmie to pojedynku dwóch wyraźnych postaci. Człowieka i maszyny. Po przeciwnej stronie mamy bowiem system maszyn, Scynet pragnący zagłady ludzkości. Po stronie ludzi, też mamy generałów, chcących prowadzić wojnę według swoich zasad. A mi Terminator kojarzy się bardziej z westernowskim pojedynkiem, a nie wojną światową. No ale cóż, wszystko musi mieć swój lepszy i gorszy okres, jak i koniec. Terminator również
Moja ocena filmu to: 5/10
Długo zastanawiałem się, czy umieścić na swoim bloogu to zdjęcie
ale tak bardzo mi się ono podoba...

Dina to kobieta za którą podąża śmierć. Ludzie, którzy przebywają w jej otoczeni, po prostu często umierają. A zaczęło się wszystko, jeszcze w dzieciństwie. Dina, niechcący doprowadza w pralni do tego, że wielka kadź z ługiem, wylewa się na jej matkę. Ta w niewyobrażalnych męczarniach, umiera. Po tym wydarzeniu dziewczynka zostaje znienawidzona przez ojca. Sama siebie również zaczyna nienawidzić. Obarczać winą za zaistniałą sytuację. Z marazmu, z rozpaczy wydobywa ja dopiero nauczyciel, miłośnik muzyki, który uczy dziewczynkę gry na wiolonczeli.
Dina dorasta. I teraz już jako dojrzała kobieta opowiada nam swoja historię. A jest to historia silnej, bezkompromisowej kobiety, której przychodzi zmagać się w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Uparta Dina umie jednak manipulować ludźmi. A zwłaszcza mężczyznami, którzy w swoich skrajnościach, albo ją uwielbiają, albo nienawidzą.
Akcja filmu „Księga Diny", rozgrywa się w Północnej Norwegii w latach sześćdziesiątych XIX wieku. Piękne, surowe krajobrazy współgrają z charakterem głównej bohaterki. Ale mam też wrażenie, że obraz ten nie jest zbyt równy. Doskonała jest pierwsza scena filmu, gdy mała dziewczynka stoi w otwartym oknie podczas burzy, a wiatr rozwiewa jej włosy. Świetnie jest zrealizowana śmierć Jacoba (męża Diny). Ale już w ogóle nie podoba mi się wszystko co było związane z Leo Zhukovskim. Jej ostatnim kochankiem. Ta postać jakoś nie pasuje mi do skandynawskiego klimatu.
Ogólnie jednak mówiąc, obraz jest watry obejrzenia. Nietypowy charakter głównej bohaterki, krajobrazy, scenariusz, muzyka i ten mroźny surowy klimat. To wszystko dobrze się ogląda.
Moja ocena filmu to:7/10

Całkiem niedawno byłem na pewnym spotkaniu. Nieważne. Jakaś tam towarzyska impreza. Ludzie siedzą sobie, jedzą i gadają. A to o tym, a to o tamtym. Ot, zwykła sprawa. Niby się nic ciekawego. Ale w pewnym momencie nastawiłem ucha. Otóż pewna osoba płci żeńskiej, zaczęła wychwalać się, jaką to ona jest wspaniałą córką. Ileż to ona wydała pieniędzy i trudu oczywiście, by uszczęśliwić swojego ojca. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, zdarzają się bowiem dzieci, które nie tylko, że nie biorą od rodziców, ale przede wszystkim, im dają. Gdyby nie fakt, że ojciec tej szanownej pani, nie żyje już od kilku lat.
Owa delikwentka opisywała wszystkim zebranym, jaki to wspaniały pomnik (nagrobek) postawiła zmarłemu. Ileż to pieniędzy ona wydała. A ile musiała się nachodzić... Wszystkiego dopilnować. Swoje ochy i achy zakończyła słowami, że z pewnością tatuś byłby zachwycony podarunkiem. Wszyscy musicie iść i to zobaczyć. Podkreślała. Nie mogąc się nachwalić samej siebie, jaką to ona jest dobrą córką.
A mi przyszło do głowy (dobrze że tego nie mówiłem na głos - brakło mi odwagi), że owa pani w przyszłym roku powinna ojcu podarować... rower. Najlepiej taki z przerzutkami na przednią i tylna oś. Taki wypasiony we wszystkie bajery. Prawdziwy ful wypas, jak to się teraz mówi. Na pewno jej tatuś by się ucieszył.
Kpię sobie? Ano, trochę pewnie tak. Ale cóż zmarłemu, po pięknym nagrobku. Ano nic. Owa kobieta najprawdopodobniej stawiając ten pomnik myślała jedynie o sobie. Być może chciała ukryć w ten sposób jakieś poczucie winy. Nie wiem.
Moja koleżanka, wraz ze swoimi siostrami sprezentowały ojcu, na pełną rocznicę urodzin, wycieczkę do Ziemi Świętej. Wycieczkę, o której ten marzył przez całe swoje życie. To jest prezent. Prezent, z którego obdarowany cieszył się niezmiernie. Prezent, o którym nie zapomni do końca swojego życia. A obdarowywanie ludzi, po ich śmierci? Jaki to ma sens.
Dziś jest dzień Wszystkich Świętych. Nie mylić ze Świętem Zmarłych. Nie wiadomo dlaczego, u nas w kraju, to wszystko się pomieszało. I dziś ludzie idą na groby swoich zmarłych. Noszą „im" kwiaty. Zapalają znicze. Robią na grobach porządki. Ładne to - prawda?
A ja mam taką prostą refleksję. Pamiętajmy bardziej o żywych. Obdarowujmy ich częściej prezentami. Pomóżmy im w czymś. Porozmawiajmy. Spędźmy z nimi trochę czasu. Bo po śmierci, po cóż im to wszystko będzie potrzebne. Po ich śmierci, jeżeli cokolwiek będziemy robić, to przecież tylko dla siebie. Nie dla nich.

Niech się rozbierze i położy. Niech się rozbierze i położy. Tymi słowami na powitanie, zachęca pani doktor, swoją pacjentkę, starsza panią, do przeprowadzenia badania. A rezolutna babcia odpowiada na to: Niech się pocałuje w dupę.
Świetne! Świetna riposta. I za chwilę mamy wyjaśnienie, takiego zachowania starszej pani. Otóż mówi ona, że za jej czasów, to w taki sposób, nawet do służby nie wypadało się odzywać.
Tak właśnie zaczyna się polski film Doroty Kędzierawskiej, "Pora umierać". Obsypany wieloma nagrodami obraz rodzimej produkcji, jest pozycją obowiązkową. Jak tylko nadarzyła się okazja obejrzałem go i ja. I nie żałuję.
Historia starszej kobiety, Anieli, spędzającej ostatnie dni swojego życia w samotności (towarzystwa dotrzymuje jej jedynie pies) jest naprawdę wzruszająca. Inteligentna, charakterna, mająca swoje zdanie kobieta, wzbudza nasza wielką sympatię. I mimo że w filmie niewiele się dzieje, to tym razem mamy do czynienia z prawdziwa magią kina. Kina, które urzeka nas swoją prostotą, czarno białym obrazem, muzyką, historią...
Akcja filmu jest powolna. Wszystko dzieje się w powolnym, jakby starczym tempie. Ale cały czas jesteśmy zaintrygowani tym, co będzie dalej. Co się wydarzy? Bo do Anieli ciągle ktoś zagląda (albo ona sama kogoś podgląda, przez swoją ulubiona lornetkę). Ciągle ktoś ja odwiedza. A to sąsiedzi chcący przejąć jej dom. A to ciapowaty syn, mający zamiar w końcu oskubać swoją matkę. A to wnuczka myśląca tylko o jedzeniu i biżuterii swojej babci. Czy też nieproszony gość, w osobie młodego urwisa z sąsiedztwa.
Z drugiej strony, trzeba sobie uczciwie przyznać, że obraz ten jest hołdem oddanym aktorce Danucie Szaflarskiej. Bo to jest tak naprawdę jej film. Nikogo innego sobie w tej roli nie wyobrażam. I mało kto dałby pewnie sobie rade z takim wyzwaniem. Aktorka jest bowiem stale na naszym ekranie. To duża rola jak na osobę która ukończyła dziewięćdziesiąt lat, a pani Szaflarska wywiązała się z niej wzorowo. Tyle werwy, animuszu, pogody ducha... tylko pozazdrościć.
Moja ocena filmu to: 7/10
Jeżeli ktoś decyduje się na pójście do kina, na taki film jak, G. I. Joe Czas Kobry, to powinien dobrze wiedzieć co robi i na co wydaje swoje pieniądze. Bo czymże innym jest ten film, jak nie plastikowym, nierealnym światem, w którym dobro walczy ze złem.
No i tu urwała mi się myśl, bo co więcej mógłbym powiedzieć o tym filmie, to za bardzo nie wiem. Na dużym, kinowym ekranie jakoś się go ogląda. Mnóstwo akcji i efektów specjalnych. I jeżeli tylko tego oczekujemy, to może być. Obraz s.f. o niezbyt wielkich ambicjach skierowany raczej do małoletniego widza szukającego jedynie rozrywki i to takiej niespecjalnie wyszukanej.
No i to tyle na dziś.
Moja ocena to: +3/10. To plus, to za efekty specjalne.
Nie mogłem się oprzeć, by nie zamieścić u siebie tego horroru. Jest świetny. I z jakim zakończeniem... Tylko patrzeć i zastanawiać się nad tym, że nie wszystko w rzeczywistości jest takie, jak to nam się wydaje na pierwszy rzut oka.
Dziś mój wpis, będzie nie moim wpisem, bo przedstawię Wam, wywiad z profesorem Hubertusem Mynarkiem – byłym księdzem, teologiem i filozofem, dziekanem Uniwersytetu Wiedeńskiego, pisarzem i najbardziej – obok Karlheinza Deschnera – znanym niemieckim krytykiem Kościoła Rzymskokatolickiego.
– Jak to się stało, że ksiądz pochodzący z Polski, profesor teologii kilku uczelni, stanął po drugiej stronie ideologicznej barykady?
Byłem przez bardzo długi czas produktem mojego śląsko-katolickiego środowiska. Z czasem jednak zrozumiałem lepiej znaczenie katolickiej teologii. Jedynym jej zadaniem jest legitymizowanie strategii hierarchii kościelnej. Papież, który jest antydemokratycznym autokratą, deklaruje: „Objawienie istnieje, przyszło z nieba, przyniesione przez Jezusa Chrystusa, jest zapisane w Piśmie Świętym, w czterech Ewangeliach i w listach apostołów”. Jednak to papież, jako „nieomylny”, decyduje o tym, jak interpretować treść Biblii. Jednocześnie w Starym i Nowym Testamencie znajdujemy mnóstwo okrucieństw, scen pornograficznych, niemoralnych zasad i nakazów. A do tego hierarchia kościelna, papieże i sobory deklarują, że Biblia jest od A do Z świętą księgą, daną nieomylnie przez Boga.
– Chce Pan powiedzieć, że teologowie, ludzie inteligentni i z tytułami naukowymi, nie widzą tej sprzeczności?
Naturalnie, że teologowie są świadomi, iż niezależne badania Biblii dowodzą czegoś zupełnie przeciwnego: odkrywają przecież w tym „świętym piśmie” mnóstwo mitów, oszustw i fałszerstw. Jednak jako urzędnicy kościelni teologowie muszą mówić, uzasadniać i legitymizować to, co papież i biskupi nakazują. Nie wolno im powiedzieć ludowi katolickiemu prawdy! W rzeczywistości nic się nie zmieniło od czasów świętego Ignacego Loyoli, założyciela jezuitów, który ogłosił: „Aby dojść do prawdy we wszystkich sprawach, musimy być gotowi do wiary, że to, co nam wydaje się białe, jest czarne, jeżeli Kościół hierarchiczny tak to definiuje”.
Pod wpływem długich badań historycznych, filozoficznych i egzegetycznych stało się dla mnie zupełnie jasne, że teologia nie jest obiektywną nauką. Teologia jest ideologią w służbie władzy hierarchicznej, która samą siebie ustanowiła nieomylną prawdą. Tej „prawdy” potrzebuje Kościół, aby ludzi straszyć piekłem, grzechem, karą za nieposłuszeństwo, wyrzutami sumienia, spowiedzią itp. Kościół hierarchiczny chce jedynie panować i odnosić korzyści, a religia jest dla niego jedynie fasadą, za którą ukrywa swoje właściwe zamiary. Oto dlaczego zrzuciłem sutannę i wystąpiłem z Kościoła katolickiego!
– Odchodząc z Kościoła w 1972 roku, napisał Pan list otwarty do papieża Pawła VI, wzywając do zniesienia celibatu i demokratyzacji w Kościele.
Papież, naturalnie, nie odpowiedział. Władza absolutna nie widzi potrzeby dyskutowania. Ona znajduje interes tylko w wydawaniu poleceń. Wysłałem także kopię mojego listu otwartego do ówczesnego arcybiskupa Wiednia, kardynała Koeniga, ponieważ byłem profesorem i dziekanem na Uniwersytecie Wiedeńskim. Oczywiście, też nie dostałem żadnej odpowiedzi. Za to kardynał natychmiast zażądał od kanclerza Austrii Brunona Kreiskiego mojego zwolnienia ze stanowiska profesora wydziału teologii katolickiej państwowego uniwersytetu. Państwo austriackie zrobiło posłusznie to, czego chciał Kościół – wysłano mnie na emeryturę.
Tygodnik „Der Spiegel” napisał wówczas: „Mynarek w wieku 43 lat stał się najmłodszym emerytem wśród profesorów teologii”. Echa mojej decyzji pojawiły się w całej Austrii i Niemczech. Wszystkie wielkie gazety odnotowały to wydarzenie: „Kronenzeitung”, „Die Presse”, wiedeński „Kurier”, „Stern”, „Frankfuerter Allgemeine Zeitung”. Poświęcono mi obszerne artykuły, a wszystko dlatego, że byłem pierwszym w XX wieku profesorem teologii, który wystąpił z Kościoła. Naturalnie, ukazały się także artykuły pełne nienawiści i złości przeciwko mnie, szczególnie w wielu kościelnych gazetach. Kościół, ta „siedziba miłości i dobroci”, nie wybacza takiego kroku byłemu księdzu!
– Czym się Pan zajął po odejściu z Kościoła?
Moja sprawa stała się tak głośna, że największe wydawnictwo niemieckie Bertelsmann Koncern poprosiło mnie o napisanie książki na temat stosunków i intryg w Kościele i wśród panów tego Kościoła. A więc napisałem książkę pod tytułem „Herren und Knechte der Kirche” („Panowie i wasale Kościoła”). Redakcja wydawnictwa z radością zaakceptowała mój skrypt. Bertelsmann rozesłał zapowiedzi i fragmenty mojej książki do wszystkich wielkich gazet. Kościół zorientował się, że ukaże się niebezpieczna książka i wywarł taką presję na wydawnictwo, że wycofało się z publikacji. Tak wielka jest finansowa i propagandowa siła Kościoła, że największy dom wydawniczy przestraszył się i zmienił zamiary! Natychmiast jednak zgłosiły się inne wydawnictwa i w końcu książka ukazała się w 1973 roku w wydawnictwie Kiepenheur & Witsch w Kolonii i już po dwóch tygodniach stała się bestsellerem. Tego Kościół nie mógł tolerować! Kardynałowie, biskupi i wielu oportunistycznych teologów wytoczyło mi procesy. Było ich w sumie ponad 15. Twierdzili, że moja książka ich obraża. Urażony był m.in. Ratzinger, obecny papież, który także wytoczył mi proces. Wszyscy oni żądali odszkodowań jako zadośćuczynienia za szkody na ich honorze. W sumie żądano ode mnie 360 tys. marek niemieckich! W efekcie procesów i wyroków straciłem dom, a nawet maszynę do pisania. Do dzisiaj nie ma w Niemczech sędziego, który wydał wyrok na niekorzyść Kościoła w procesach ludzi, którzy krytykują go w imieniu prawdy historycznej. Doszło do tego, że zakazano sprzedaży mojej książki. Dopiero w 2003 roku doczekałem się ponownego jej wydania pod tym samym tytułem i z uwzględnieniem niesprawiedliwości, jakiej doświadczyłem ze strony sądów i Kościoła. Tylko ateistyczne wydawnictwa – Historia Verlag i Ahriman Verlag – miały odwagę wydać moją książkę. Chociaż procesy przeciwko mnie trwały wiele lat i kosztowały wiele energii, publikowałem dalsze książki: historyczne, filozoficzne, kosmologiczne, antropologiczne i socjologiczne. Ponadto odbyłem wiele prelekcji i odczytów dla słuchaczy z różnych środowisk.
– Do tej pory ukazały się w Polsce dwie Pana książki: „Jezus i kobiety” i „Zakaz myślenia”. W pierwszej podjął Pan próbę demitologizacji seksualności założyciela chrześcijaństwa, a w drugiej obnażył fanatyzm, który kryje się u źródeł wielkich religii monoteistycznych.
Hierarchia kościelna do dzisiejszego dnia twierdzi, że Jezus był aseksualny, absolutnie czysty, niepokalany, niedotknięty zmysłowością. Kościół potrzebuje właśnie takiego Jezusa i jego matki, aby wpoić ludziom swoją rygorystyczną, antyhumanistyczną ideologię moralności. Ludzie mają mieć poczucie winy, gdy porównają swoje „grzeszne” życie seksualne z ascetycznym życiem Jezusa.
Ale Jezus był inny, jeśli wierzyć ewangeliom. Stale otoczony był kobietami, chętnie gościł u kobiet, na przykład Marii i Marty, sióstr Łazarza, którego – według Ewangelii świętego Jana – wskrzesił do nowego życia. Szczególnie serdeczny stosunek miał Jezus do Marii Magdaleny. Reformator Marcin Luter, znawca Biblii, mówił o „wielkiej miłości” między Jezusem i Marią Magdaleną.
Faktem pozostaje, że bez kobiet nie byłoby chrześcijaństwa. Maria Magdalena i inne kobiety były pierwszymi misjonarkami zmartwychwstałego Jezusa. Apostołowie nie chcieli wierzyć kobietom, które twierdziły, że widziały żyjącego Jezusa. Ewangelie apokryficzne, których Kościół później zakazał, opisały wielką rolę kobiet u progu chrześcijaństwa. Później patriarchalne, zdominowane przez mężczyzn struktury Kościoła likwidowały ślady matriarchatu w pierwotnym Kościele.
Co do mojej publikacji pod tytułem „Zakaz myślenia”, to wyjaśnia ona, że religie monoteistyczne proklamują swoją podstawową tezę: Bóg jest i rozwiązuje każdy problem. Ponieważ istnieje, wszystkie problemy mają szansę na rozwiązanie. Niestety, Bóg nie rozwiązuje żadnego problemu, on sam jest problemem. Tajemnicy zła w świecie nie daje się pogodzić z istnieniem Boga absolutnej dobroci i miłości. Kościół rzymskokatolicki, a także inne wyznania i religie monoteistyczne potrzebują Boga jako najwyższej i ostatniej instancji, aby móc żądać od ludzi absolutnego, bezwarunkowego posłuszeństwa wobec siebie.
Również systemy polityczne potrzebują dla utrzymania i umocnienia swojej władzy najwyższego przywódcy, Führera, lidera, i wyposażają go w boskie atrybuty. Każdy z tych systemów religijnych i politycznych wydaje zakazy myślenia i buduje barykady, których nie wolno przekraczać. Ale wolna myśl musi żądać wolności myślenia we wszystkich sprawach, także wolności do wątpienia. Bez wątpienia nie ma postępu w ludzkiej kulturze. Tymczasem Kościół naucza, że każda wątpliwość wobec jakiejkolwiek prawdy przez niego głoszonej jest grzechem śmiertelnym. Kto nie wierzy, będzie potępiony!
– Wiele osób uważa, że Kościół katolicki jest ostoją publicznej moralności. Sądzą, że bez tej instytucji świat pogrążyłby się w moralnym chaosie i anarchii.
Ludzie, którzy coś takiego twierdzą, są albo ślepi, albo fanatyczni. Prawdą jest, że Kościół nieustannie głosi: „Jestem najwyższą, najważniejszą instancją i gwarancją moralności”. Ale chaos i anarchia są w samym sercu Kościoła katolickiego! Katolicyzm jest najbardziej niemoralną religią w całej historii ludzkości. Moja książka „Nowa inkwizycja” wykazuje we wszystkich szczegółach zbrodnie Kościoła w odleglejszej przeszłości, a także w XIX i XX wieku. Nie ma drugiej takiej religii, która zniszczyłaby tyle istnień ludzkich, co religia katolicka. Inkwizycja, palenie kobiet – domniemanych czarownic – likwidacja całych narodów, prześladowania niewierzących, heretyków, żydów, tak zwanych sekt; związki Kościoła z dyktatorami (Mussolini, Franco, Hitler, Pinochet), z mafią (Calvi, Sidona etc.); wykorzystywanie niewinnych dzieci i młodych ludzi do celów seksualnych przez papieży, biskupów i księży; oszustwo celibatu, który trwa, chociaż mnóstwo księży żyje z partnerkami lub partnerami (co opisałem w moich książkach: „Eros und Klerus” i „Casanovas in Schwarz”). Współczesne państwa i rządy w wyniku własnej słabości lub głupoty popierają mity o moralnym autorytecie Kościoła i jego niezbędności dla prawidłowego funkcjonowania społeczności ludzkiej. Dzięki temu Kościół zyskuje na znaczeniu i rośnie w siłę, także finansową. Tymczasem każdy człowiek ma własne sumienie i musi zbudować swój własny system etyczny, jeżeli nie chce się stać wasalem propagandy, konwencji i ślepej dogmatyki Kościoła. Papież Jan Paweł II podróżował do niedawna, a Benedykt XVI obecnie – do milionów ludzi, ale obaj są niczym więcej jak postaciami popkultury. Dla ugruntowania i podniesienia moralności nie czynią niczego. Cdn.
Rozmawiał Adam Cioch
KOŚCIÓŁ TO PERWERSJA (2)
Druga i ostatnia część wywiadu z prof. Hubertusem Mynarkiem – byłym księdzem, teologiem i filozofem, dziekanem Uniwersytetu Wiedeńskiego, pisarzem i najbardziej – obok Karlheinza Deschnera – znanym niemieckim krytykiem Kościoła rzymskokatolickiego.
– Czy widzi Pan jakieś plusy w watykańskiej religii? Jak ocenia Pan Kościoły protestanckie? Czy sympatyzuje Pan bądź należy do któregoś z nich?
Mimo mojej dobrej woli, nie widzę żadnych plusów w katolicyzmie. Nadal Watykan uważa się za kontynuację starożytnego imperium rzymskiego, nadal papież nazywa siebie pontifex maximus, jak najwyższy kapłan religii rzymskiej, nadal nie toleruje de facto żadnych innych religii i konfesji. Nadal głosi, że ojczyzną prawdy jest Kościół rzymskokatolicki. Nadal religia pozostaje jedynie fasadą, bo Watykan ciągle ma tylko jeden cel i ideał: więcej władzy i więcej zysku. Nadal papieże i ich wasale w hierarchii rozumieją „dialog ekumeniczny” jako powrót wszystkich „zagubionych synów”, wszystkich wyznań do papa mundi, czyli ojca Kościoła i świata, rezydującego w Rzymie.
Jedynym plusem Kościołów protestanckich jest nieuznawanie przez nich dyktatora w osobie papieża. Niestety, widziałem wśród protestanckich przywódców także wielu autorytarnych wodzów. Faktem jest natomiast większy liberalizm niektórych ugrupowań protestanckich. Niestety, kierownictwo największego Kościoła protestanckiego Niemiec (EKD) z biskupem Huberem na czele często zbyt konformistycznie i oportunistycznie reaguje na działania Kościoła katolickiego.
Zaletą protestantyzmu jest dopuszczenie kobiet do urzędów, także do urzędu biskupa, a wadą – wpływ wielu nauk Lutra, który negował wolną wolę człowieka, propagował totalną zależność człowieka od Boga, a także prześladował heretyków, żydów i niewierzących. Straszne, brutalne i okrutne zasady postępowania Lutra wobec żydów służyły nawet jako przykład i motywacja dla nazistów. Dzisiejsza nietolerancja oficjalnego Kościoła ewangelickiego wobec tak zwanych sekt wypływa z antyhumanitarnej ideologii Lutra. Dlatego nie mogę należeć do żadnego z Kościołów protestanckich. Moja wizja wolności i moje humanistyczne nastawienie nie zgadzają się z nauką i praktyką tych kościołów.
– Czy jest Pan człowiekiem wierzącym?
Pana pytanie jest sformułowane zbyt ogólnie. Jeżeli Pan rozumie wiarę jako wiarę w dogmaty jakiegoś kościoła, wtedy jestem człowiekiem niewierzącym. Wielu ludzi, zwłaszcza w Polsce, identyfikuje cały fenomen religii z katolicyzmem. Ale można być człowiekiem wierzącym i religijnym bez jakiejkolwiek przynależności do katolicyzmu, protestantyzmu czy w ogóle chrześcijaństwa. Religie azjatyckie, na przykład buddyzm, hinduizm, taoizm albo konfucjanizm, bardzo różnią się od chrześcijaństwa. Nie uznają one Boga monoteistycznego, ale są przecież prawdziwymi religiami!
W centrum tych religii stoi wiara w reinkarnację, a nie wiara w Boga. Przekonują, że człowiek musi przejść wiele doświadczeń, wiele wcieleń, aby osiągnąć doskonałość. Napisałem przed kilkoma laty książkę „Religijność bez Boga”, w której zamieściłem wiele przykładów religii, gdzie nie ma wiary w Boga, ale istnieje głęboka religijność.
Wracając do katolicyzmu… Uważam, że nie jest on prawdziwą religią, lecz konglomeratem rozmaitych religii i światopoglądów. Można w nim znaleźć elementy chrześcijaństwa, religii pogańskich, filozofii antycznych i współczesnych. To nie jest jednolita i czysta religia. Katolicyzm jest pozbawiony oryginalności. Nie ma w tym Kościele jednej prawdy wiary, która nie zostałaby ukradziona jakiejś innej religii. A Kościół jako taki jest perwersją i zdradą religii, ponieważ nadużywa jej do manipulowania ludźmi, ogłupiania ich i wykorzystywania.
Nawet wiara w jedynego boga jest wynalazkiem faraona Echnatona, a bóg Jahwe nie był na początku Starego Testamentu jedynym i uniwersalnym bogiem nieba i ziemi, ale bogiem klanu Hebrajczyków, którzy nie negowali istnienia bogów innych narodów i klanów.
– Czy Bóg istnieje?
Tego nie wiem. Żaden człowiek nie może z pewnością wiedzieć, czy Bóg istnieje, czy nie istnieje. Także „nieomylny” papież tego nie wie, może jedynie wierzyć. Wiara, każda wiara, jest egzystencjalną decyzją. Nigdy nasza wiedza nie jest na tyle uniwersalna i jasna, abyśmy byli zmuszeni wierzyć lub nie wierzyć. To akceptuje nawet Kościół, który uczy, że wiara w Boga jest łaską i cnotą, do której człowiek z wysiłkiem musi dążyć. Wiele rzeczy w przyrodzie, w kosmosie i człowieku jest argumentem (lecz nie dowodem!) na rzecz istnienia Boga, ale problemu zła fizycznego i psychicznego w świecie żaden człowiek nie może rozwiązać. Są ślady wielkiej inteligencji w naturze, w ewolucji, w kosmosie, ale te ślady nie są takiej wagi, aby zmusiły nas do przyjęcia nieskończenie doskonałego, inteligentnego i wszystkowiedzącego Boga.
Już starożytni filozofowie byli przekonani, że świat został stworzony nie przez Boga, lecz przez demiurga, czyli byt, który jest bardzo inteligentny, ale nie wszechmocny i wszystkowiedzący.
Uważam, że człowiek prawdziwie humanistyczny jest agnostykiem, otwartym jednakże na wszystkie możliwości metafizyki. Jak będzie po śmierci, tego nikt nie wie na pewno, ale każdy człowiek musi tu na ziemi zbudować swój własny światopogląd. Nie jest tak ważne, czy jesteśmy ludźmi wierzącymi, czy nie. Istotniejsze jest, czy jesteśmy ludźmi etycznymi, czy może raczej złymi, okrutnymi, brutalnymi, agresywnymi, poszukującymi zysku, sukcesu i kariery ze szkodą dla innych. W roku 2005 ukazała się moja książka „Unsterblichtkeit” („Nieśmiertelność”), która zajmuje się tymi zagadnieniami.
– W Niemczech przeciwnicy mają Panu za złe, że broni Pan tak zwanych sekt, a nawet że był Pan z nimi związany. Mam na myśli Życie Uniwersalne i scjentologię. Oskarża się Pana także o związki z niemieckimi unitarianami, nawiązującymi podobno do faszystowskiego nurtu chrześcijaństwa.
Nie należę do żadnej sekty. Niestety, Kościół, a pod jego naciskiem także państwo, dyskryminują w Niemczech tak zwane sekty. Każdy humanista jest zobowiązany do obrony prześladowanych mniejszości. Ci, którzy dyskryminują – tak zwane wielkie historyczne Kościoły – sami są de facto sektami, a różnią się od małych sekt tylko siłą i wpływami. Kościół rzymskokatolicki i całe chrześcijaństwo swój marsz przez historię rozpoczęło 2000 lat temu jako mała sekta religii żydowskiej. Wszelkie błędy, herezje, oszustwa i zbrodnie dokonane przez sekty są relatywnie i ilościowo niewielkie w porównaniu z tymi, jakich dopuścił się Kościół rzymski. Kościół potępia sekty, bo obawia się utraty kontroli nad ludźmi. Musimy pamiętać, że spośród wszystkich religii i sekt w całej historii ludzkości Kościół papieski jest organizacją najbardziej zbrodniczą.
Co do związków z niemieckimi unitarianami, to sprowadzają się one do kilku odczytów i prelekcji, które dla nich zrobiłem, podobnie jak robię je na zaproszenie wielu innych grup. Znam nawet kilku żydowskich profesorów, którzy także mieli odczyty na zaproszenie unitarian, lecz tylko mnie się za to atakuje. To jest bardzo dziwne, ale zauważyłem, że Kościół lubi mnie atakować nie wprost, ale często wykorzystuje do tego innych. Nie waha się korzystać z usług nawet byłych stalinowców.
A teraz o moich związkach z Życiem Uniwersalnym. Chcę podkreślić, że ludzie z tego ugrupowania czynią dla innych ludzi, szczególnie chorych, i dla zwierząt tysiące razy więcej dobrych rzeczy niż Kościół. Dlatego właśnie stali się celem wielu ataków ze strony hierarchii. Nie należę do tego ugrupowania, ale wydałem u nich moją książkę „Nowa inkwizycja”, bo zgodzili się ją opublikować po tym, jak 30 innych wydawnictw powiedziało „nie”.
Ze scjentologią nie mam kontaktów, ale też pragnę zauważyć, że rozpowszechniany przez Kościół obraz tej religii mija się z rzeczywistością.
A wracając do unitarian – to prawda, że ruch ten aż do roku 1945 współpracował z Hitlerem. Podobnie zresztą jak przedstawiciele wielu różnych religii i kościołów w Niemczech. Jednak po wojnie unitarianie wyrzucili ze swoich szeregów wszystkich nazistów i obecnie jest to ruch religijny szanujący wartości demokratyczne i akceptowany przez większość Niemców.
– Ostatnia Pana książka to niewydany jeszcze po polsku „Polski papież”. Nie wątpię, że zawiera ona wiele krytycznych uwag pod adresem uwielbianego w Polsce przywódcy Kościoła.
Analizowałem w tej książce teologię dogmatyczną papieża Wojtyły, jego doktrynę moralności i seksualności, jego politykę społeczną, finansową, wewnętrzną i wobec innych państw oraz religii, a także jego stosunek do kobiet w teorii i praktyce. W rezultacie doszedłem do wniosku, że ten papież nie zmienił niczego z przestarzałej dogmatyki Kościoła. Na przykład grzech pierworodny nadal jest dla niego absolutnym fundamentem Kościoła. Grzech – hipotetycznie popełniony przez Adama przed tysiącami czy milionami lat – jest nadal naszym grzechem. Inny przykład: piekło według papieża jest wieczne i nawet po upływie milionów lat nie ma możliwości zbawienia grzesznika. A cóż to za Ojciec i Bóg miłości, który nie potrafi przebaczyć win swoim dzieciom, nawet po bardzo długim odbywaniu kary?!
Rygorystyczna doktryna seksualna papieża sprawiła, że na całej kuli ziemskiej papieski zakaz stosowania antykoncepcji przyczynia się z całą mocą do pogłębienia nieświadomości, ucisku, cierpień i chorób. Zakaz używania prezerwatyw sprzyja szerzeniu się AIDS. Według Brendy Maddox, ta doktryna papieska powoduje więcej zła niż polityka apartheidu i prowadzi do katastrofy demograficznej. Nadal pod panowaniem Jana Pawła II kobiety nie miały tych samych praw co mężczyźni, nie mogły awansować na odpowiedzialne urzędy w Kościele, nie miały prawa zostać duchownymi.
Idealna kobieta – według zmarłego papieża – to dobra matka i opiekunka domu. Nie mogę się nadziwić, że tak wiele kobiet chodzi ciągle do Kościoła i nie występuje z tej maczystowskiej instytucji.
– Jakie widzi Pan perspektywy dla Kościoła watykańskiego po śmierci Jana Pawła II? Jaką przyszłość przewiduje Pan dla katolicyzmu w Polsce?
Nie widzę perspektyw dla Kościoła watykańskiego. Nowy papież Ratzinger jest jeszcze gorszy od Jana Pawła II. Benedykt XVI jest i pozostaje tym, kim był – fanatycznym inkwizytorem. On niczego nie zmieni w autorytarno-konserwatywnym Watykanie. Każda poważniejsza reforma tej instytucji byłaby jej negacją, jej kapitulacją, jej końcem. Kościół papieski jest instytucją totalnie antydemokratyczną: papież posiada władzę absolutną, a biskupi i kardynałowie mają jedynie władzę delegowaną; także ich prawa są delegowane. Lud Boży natomiast w ogóle pozbawiony jest praw – ma tylko obowiązki. Prawdziwa demokratyzacja Kościoła byłaby śmiercią absolutystycznej hierarchii.
Oficjalny katolicyzm w Polsce potrzebuje epoki oświecenia, ponieważ tkwi jeszcze w średniowieczu. Środowiska intelektualne w Kościele powinny wyemancypować się ze wszelkich wpływów duchowieństwa. Podobnie i teologia polska, której daleko do teologii i egzegezy zachodnioeuropejskiej.
Rozmawiał Adam Cioch
Artykuł pochodzi z Wolny Świat
Ktoś powie, że to już było. I to prawda. Ktoś inny powie, że film jest przewidywalny. I to też prawda. I schematyczny. Zgadzam się w zupełności. Ale muszę przyznać, że „Ostatni dom po lewej" ogląda się, bardzo dobrze.

Rodzina Collingwoodów wyjeżdża na wakacje, do swojego domku letniskowego, nad jeziorem. Mąż, żona i córka. On jest lekarzem, ma piękną żonę i wspaniałe dorastające dziecko. Powodzi im się świetnie i żyją sobie jak przysłowiowe pączki w maśle. Zero problemów. Same sukcesy. Jednak to dopiero początek, a przecież ma być ostra jazda. I jest. Zaczyna się od tego, (no, może nie do końca, się od tego zaczyna ale...) że grupa psychopatów dotkliwie krzywdzi młodszą Collingwood. Docierają do domku, a tam rozegra się walka między rodziną, a oprawcami.
Schematyczne, tak. Ale miłośnikom mocnych filmów na pewno się spodoba. To mocne, męskie kino, do którego pewnie jeszcze wrócę.
Zwiastun opowiada cały film, w skrócie oczywiście, ale od początku, do końca. Zastanawiałem się chwilę, czy go umieścić, ale niech będzie. Kto będzie chciał, niech ogląda.
Czasami słyszy się w środkach masowego przekazu, że właśnie organizuje się w mieście, akcję związaną z badaniami mammograficznymi. Przebadaj się kobieto, bo wcześnie wykryty rak sutka jest wyleczalny. Lekarz, władze miejskie i gminne, namawiają do wzięcia udziału w akcji. Kobieto, masz jeszcze szansę się uratować. Jeżeli jesteś w grupie ryzyka, jeżeli przekroczyłaś pięćdziesiątkę - przebadaj się!
Ale czy na pewno jest to dla Was, dobre? Pytanie uzasadnione, czy nie? Nie wiem. Ale wiem, że żyjemy w świecie, w którym każdy jak tylko może, chce ode mnie wyciągnąć pieniądze. Efektów nie gwarantuje, ale pieniędzy chce.
Dlaczego to piszę. Otóż znalazłem w „Przekroju" świetny artykuł na temat badań mammograficznych. Ich sensu, celu i tego kto na nich najbardziej zyskuje. Artykuł polecam wszystkim, nie tylko kobietom, ale i mężczyznom, bo ta sama zasada dotyczy podobno również badań prostaty.
Oto adres http://www.przekroj.pl/cywilizacja_nauka_artykul,5677.html gdzie można go przeczytać. Ja nie namawiam, żeby było jasne, do takiego, czy też innego postępowania, po zapoznaniu się z tekstem. Nie jestem lekarzem, nie interesuję się specjalnie tym tematem, ale myślę, że warto się temu przyjrzeć bliżej.
Ciąg dalszy, dla zainteresowanych, można znaleźć na YouTube.
W życiu najbardziej potrzebne nam są... pieniądze. Nie miłość, nie zdrowie, nie szacunek czy poważanie, a właśnie pieniądze. To dość kontrowersyjna teza. Wiem. I ja też nie za bardzo się z tym zgadzam. Ale coś w tym jest. Kiedyś, dawno temu, mężczyzna wyruszał na polowanie. Jak udawało mu się zabić niedźwiedzia, bizona, czy też jelenia. To był kimś. Jak upolował zająca, czy też jakiegoś ptaka, też mógł jakoś przeżyć. Teraz mężczyzna (kobieta też) idzie zarabiać pieniądze. I im więcej ich zarabia, to na więcej może sobie pozwolić. Oczywiście do pewnego stopnia. Uzależnione jest od tego całe nasze życie, ze zdrowiem włącznie.
Co jednak ma zrobić młoda dziewczyna, która jeszcze nie pracuje, chociaż uczy się, a której rodzice są biedni i nie na wiele ich stać? Chciała by ona być, taka jak jej koleżanki. Nosić modne ciuchy, mieć dobre kosmetyki i posiadać wypasioną komórkę. Co może więc, taka czternasto, piętnastoletnia dziewczyna zrobić? Za moich młodych czasów co silniejsze chłopaki, chodzili „na wagony". Ciężka to była praca i niewdzięczna, ale zarobić można było. Później młodzież podobno zaczęła się przerzucać na narkotyki. Zarobek szybki i prosty, ale niebezpieczny. A teraz panny czternasto, piętnastoletnie, co robią by zgarnąć szybko większą forsę? Ano pewnie tylko jedno. Oddają się prostytucji.
Nie wiem jaki jest popyt na tak młode prostytutki. Wszak to ociera się o pedofilię. Ale pewnie coś w tym jest, jeżeli się o tym dość często dziś mówi.

I tym właśnie tematem postanowiła się zająć Katarzyna Rosłaniec. W swoim filmie pt. „Galerianki" przedstawia ona nam cztery dziewczyny, których główne zainteresowania ograniczają się do modnych strojów, kosmetyków i wypasionego sprzętu. Czyli jak to się kiedyś określało: skóra, fura i komóra. Nasze bohaterki każdą wolną chwilę spędzają w którymś z centrum handlowym w poszukiwaniu ciekawych zakupów i oczywiście sponsorów. Dorosłych mężczyzn, którzy za usługi seksualne są skłonni kupić im drobne podarunki. A to spodnie, a to modna torebkę, albo jak w przypadku głównej bohaterki, nowy wymarzony aparat telefoniczny. Alicja, bo tak właśnie ma ona na imię, nie pochodzi z jakiejś patologicznej rodziny. Jej rodzice, to zwykli jacyś ludzie. Ludzie jakich wiele żyje w naszym kraju. Nie specjalnie biedni, choć widać, że im się nie przelewa. Dziewczyna jednak wciąż zazdrości swoim koleżankom, i strojów, i sposobu zachowania, a najbardziej chyba tego, że mają nowoczesny sprzęt telefoniczny. Ona też by taki chciała. Ojciec jednak, mówi stanowcze - nie. Masz przecież telefon (stary aparat przez który nie można nawet wysłać sms), który dostałaś od wujka, po co ci inny - mówi.
Ale od czego są „koleżanki"? Jeśli rodzina nie chce pomóc w realizacji marzeń, one pomogą. Jedna z nich mówi, że może ją poznać z pewnym facetem. Co wydarzy się później, możemy się domyśleć.
Jest jeszcze jeden motyw w filmie, który mnie zaciekawił. Motyw młodego chłopaka, rówieśnika Alicji, który podkochuje się w niej młodzieńczą, niedojrzałą jeszcze miłością. Widać, że te dwie osoby mają ze sobą wiele wspólnego, że mogłyby się jakoś dogadywać w życiu. To takie pokrewne dusze. Ale co ma wybrać Alicja? Stabilizację materialną jaką mogą dać jej sponsorzy, czy przyszłość podobną do tej jaką mają teraz jej rodzice?
Reżyserka zajęła się dość trudnym tematem. Bardzo kontrowersyjnym. Materializm, konsumpcyjność, wulgarność to wszystko świadczy o degradacji naszego społeczeństwa. Pusty świat w jakim przychodzi nam żyć, dla mnie jest coraz bardziej obcy. Ale co czeka w przyszłości takie dziewczyny jak Alicja? Trudno powiedzieć.
Moja ocena filmu to: 6/10
sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 82768
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...
więcej...Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.
schowaj...Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: