Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 979 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Mroczny rycerz

niedziela, 31 stycznia 2010 7:33


            Nie lubię udziwnień. Trochę fantazji nigdy nie zaszkodzi, ale zawsze trzeba uważać, aby nie popaść w śmieszność. Tam gdzie mamy do czynienia z fantastyką, z fantazją, z bajką dla młodzieży, tam gdzie popuszczamy wodze naszej wyobraźni - trzeba uważać.

            Nie przepadam więc za filmami, których głównymi bohaterami są różni Batmani, Spidermani, Supermani, czy jakieś tam Hulki.  Wszystkie je, co prawda widziałem, ale jakoś nie czuję do nich sympatii. Za dużo w nich przesady.

             Najmniej mi odpowiadającym, był chyba ten Batman z człowiekiem pingwinem. Tytułu już nie pamiętam. Widocznie nie był godny zapamiętania. Jednak w tym natłoku super ludzi, filmów z super ludźmi (super ludziami) jest taki, który obejrzałem sobie z przyjemnością. I co ciekawe, obejrzałem go już po raz drugi. To „Mroczny rycerz". Tu Batman grany przez Christiana Bale wypadła całkiem przyzwoicie. Prawie jak Bond. I co mnie w tej wersji filmu najbardziej zdziwiło to, to, że nawet jego odwieczny przeciwnik, czyli Joker, to również postać, którą jestem w stanie zaakceptować. Uwiarygodnia się, bowiem tutaj. Mówi o swojej przeszłości i w jakiś tam sposób tłumaczy nam swój niecodzienny wygląd.

            W filmie dopracowane są efekty specjalne. Sekwencje pościgów. Atmosfera ogarnianego przez chaos miasta. Aż chce się oglądać, by dowiedzieć się, jak to się wszystko skończy. Wygra Batman, czy Joker? A może żaden z nich? Może wygranymi zostaną zwykli ludzie. Tacy, których bohaterstwem jest podejmowanie codziennych decyzji.

            Myślę, że tym razem zadowoleni z tego obrazu mogą być zarówno zwolennicy mocnych wrażeń, jak i ci, którzy lubią się doszukiwać skomplikowanych psychologicznych aspektów. Oglądane przez nas postacie podejmują, bowiem różne życiowe decyzje, które ważą losy nie tylko ich samych, czy ich bliskich, ale dużo większej grupy społeczeństwa.

            Ktoś napisał, że jest to przeniesiony na ekran komiks z duszą. I tu muszę się zgodzić. Ten film coś w sobie ma. A że jest trochę patetyczny... No cóż. Chyba tak. A czy czegoś uczy? Być może. W każdym bądź razie ja, dwie i pół godziny przesiedziałem z wbitym wzrok w ekran. I nie żałuję czasu. Warto było.

 

 

 

            Moja ocena filmu to: 8/10



            A dziś w nocy, a właściwie to już jutro, bo o godzinie 0:35, w TVP1 będzie można zobaczyć melodramat rosyjsko-ukraiński „Kierowca dla Wiery". Serdecznie polecam.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Ona i On

wtorek, 26 stycznia 2010 9:38


            W Szwajcarii zrobiono sondaż. Zapytano się ludzi, czy w obecnej sytuacji gospodarczej, chcieliby obniżenia podatków. Odpowiedziano, że nie. W Niemczech, zrobiono inny sondaż. Zapytano się ludzi, czy chcieliby pracować o jedną godzinę mniej w tygodniu. Chodziło oczywiście o chwilę obecną. Niemcy odpowiedzieli, że ich na to nie stać. A co na takie pytania odpowiedziałby Polak? Co Pan o tym sądzi?

            - Czy był Pan już w kinie na filmie „Dom zły"?

            - Nie. I nie pójdę.

            - Dlaczego?!

            - Nie chcę sobie psuć nastroju. Po obejrzeniu takiego filmu, będę miał moralnego kaca, przez następny tydzień. A przecież Polska nie jest taka. Polacy są inni. Nie tacy, o jakich mówi ten film.


             W uproszczeniu, w dużym uproszczeniu oczywiście, można powiedzieć, wyglądała tak właśnie rozmowa Małgorzaty Domagalik z... Jerzym Kryszakiem. On, kabareciarz. Okazuje się bardzo inteligentny. Jak nie robi głupich min, i nie próbuje na siłę się śmiać, to potrafi bardzo ciekawie mówić. Ona, redaktorka i dziennikarka telewizyjna prowadzi obecnie program publicystyczny „Ona i on". I ten właśnie program, chciałbym zarekomendować. Jego zasadą jest, że prowadząca zaprasza do studia wyłącznie mężczyzn. Wnika do męskiego świata polityki i porusza kontrowersyjne tematy.

             Pani Małgorzaty można nie lubić. Oschła, wyniosła blondynka, trzymająca wszystkich na dystans. Jednak ja lubię oglądać jej wywiady z rozmówcami. W wypadku tego programu, samymi mężczyznami. Lubię ją oglądać, bo ona zadaje pytanie i słucha odpowiedzi. Pytania są przemyślane, a na odpowiedzi się oczekuje. Rozmówca, a ja przy okazji, chce się czegoś dowiedzieć. I nie chodzi tylko o błyszczenie w telewizji. Chodzi również o uszanowanie zaproszonej osoby jak i widza.


             „On i ona", TVN24, sobota 18:10


            A dziś, w telewizyjnej Dwójce, polecam dwa filmy. W cyklu Kocham kino i Kocham kino na bis, będzie można obejrzeć „Trzy pory roku" i „Ostatnie tango w Paryżu". To Tango, to dopiero był film...



 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Pomoc dla Haiti?

niedziela, 24 stycznia 2010 9:06


            TVP 1 (http://www.tvp.pl/publicystyka/aktualnosci/dzien-solidarnosci-z-haiti) , Polskie Radio - Program 1, oraz Caritas Polska (http://www.caritas.pl/) , organizują dziś dzień solidarności z Haiti. Jak słyszałem rano w radiu, przed świątyniami będą organizowane zbiórki pieniędzy na ten szczytny cel.

            Pięknie! Prawda? Tylko, że ja, nie byłbym sobą gdybym nie zaczął myśleć po swojemu. Czyli, tak jakoś, na opak.

            Gdy słyszę prośby, wyślij sms, a twoje pieniądze popłyną by wspomóc tych biednych ludzi, to przyznam szczerze, miałbym ochotę zaraz to zrobić. Nigdy jednak tego sms-a, nie wysyłam. Dlaczego? Otóż nie mogę się pogodzić z tym, że część moich pieniędzy, przy okazji oczywiście, pójdzie na podatek dla „państwa".

            Teraz, gdy usłyszałem, że Caritas będzie zbierać pieniądze, to w pierwszej chwili pomyślałem sobie - Wśród księży? Ale, nie. Oni (księża) będą zbierać wśród wiernych. Najpierw zbiorą podczas mszy to, co im się należy. Czyli tackę. A później każą ludziom, zrzucać się na następną akcję. Mogliby przecież ogłosić, że dzisiejsza tacka, idzie na pomoc dla Haitańczyków. Ale nie. Na to ich nie stać.


            Mam kolegę. Jest on zakonnikiem. Kiedyś mi opowiadał, że oni w zakonie organizują pomoc dla biednych z okolicy. Wydawałoby się, szlachetny cel. Właściciel pobliskiej piekarni, przekazuje zakonnikom dwadzieścia parę bochenków chleba, a oni ten chleb rozdzielają potrzebującym. Tak się jakoś dziwnie składa, że braciszkowie nasi biedni wspaniali, nigdy nie kupują chleba dla siebie. Nie potrzebują. Mają przecież chleb za darmo.

            Akcja zbierania chleba, czy też pieniędzy dla Haitańczyków ma ze sobą pewną wspólną rzecz. Otóż, przy okazji, ci zbierający, napełniają i swoja kasę. A na to, ja się nie piszę. Szkoda mi tylko tych Haitańczyków, bo ich to spotkała naprawdę wielka tragedia.


             Haiti, (ciekawostka) to w większości katolicki kraj.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Podsumowania na blox.pl

sobota, 23 stycznia 2010 14:39


            Mam problemy z wyborami. Z wybraniem tego, co jest dla mnie lepsze. Co może mi się bardziej przydać, a co mniej. Nigdy nie wiem, którą książkę najpierw przeczytać, a który film obejrzeć. Ten, czy tamten sweter będzie mi bardziej pasował? Tak ze mną jest, jak z tym osiołkiem, któremu w żłoby dano. W jednym owies, w drugim siano.

            W natłoku, jaki oferuje mi (nam) współczesny świat, coraz bardziej się gubię, mimo tego, że coraz bardziej pędzę. Wiele razy już sobie powtarzam - zwolnij. Wybierz coś, co bardziej ci pasuje i się tego trzymaj. Bądź bardziej konsekwentny w swoich decyzjach, w swoich wyborach, a dokonuj je z większym przemyśleniem.

            No tak. Ale jak tu tego dokonać, kiedy zewsząd tyle atrakcji. Właśnie zajrzałem na stronę:  http://podsumowanie2009.blox.pl/html. Gdzie podsumowują blogi  2009 roku. Zajrzałem do wszystkich. Dosłownie do wszystkich. Jak na razie zatrzymałem się na... No jak myślicie, na jakiej ilości? Otóż moją uwagę zwróciły 42 blogi. Szok. Teraz oczywiście trzeba będzie się im bliżej przyjrzeć i niektóre odrzucić, ale to i tak sporo. I jak tu sobie z tym wszystkim i z czasie, którego oczywiście brakuje, poradzić.

            Niemoc. Niemoc wielka mnie ogarnia.



            A dzisiaj wieczorem, o 21:15, w TVN, będzie można obejrzeć film pt „Prestiż. Arcydzieło to może i nie jest, ale naprawdę dobra rozrywka na weekend.


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Michael Jackson - historia króla popu

piątek, 22 stycznia 2010 9:15


            Czy lubicie Michaela Jacksona? Ja bardzo. Można powiedzieć, że wychowywałem się na jego piosenkach. Jego teledyski mogłem oglądać bez końca. Tak. To był prawdziwy król popu. Jego śmierć, wstrząsnęła wieloma ludźmi. I chociaż ostatnie lata jego życia to raczej same skandale i sensacje, i brak nowych przebojów, to wielkim pozostanie już na zawsze.

             Tak to już w życiu bywa ( i po śmierci też), że wokół sławnych ludzi pojawiają się i tacy, co to chcą na ich sławie zarobić. Na talencie Jacksona, nie jeden zbił fortunę. A i na jego śmierci pewnie też niektórym się to udało. Jednym z tych, który zapragnął uszczknąć z tej sławy i coś dla siebie, był reżyser Alan Moyle. Stworzył on w 2005 roku film fabularny „Michael Jackson - historia króla popu". Miała to być fabularna opowieść o piosenkarzu, mówiąca o jego życiu, zaczynając od dzieciństwa, aż do wydarzeń związanych z jego aresztowaniem kończąc.

            Po śmierci Jacksona w sklepach Empiku, a pewnie i nie tylko, można było kupić płytę DVD z tym właśnie filmem. Cena 28 zł. Czyli chyba nie tak mało, więc można by się spodziewać czegoś ciekawego. A tu klapa. Bo film jest fatalny.

            Nie będę tutaj uzasadniał specjalnie, dlaczego właśnie tak twierdzę. W każdym bądź razie uwierzcie mi na słowo. Marna gra aktorów. Marna reżyseria. I wszystko zrobione na takim poziomie, że spodobać się może pewnie jedynie jakiejś mało rozwiniętej bździągwie.

            Tym, którzy nie chcą stracić swojej sympatii dla artysty, mówię - omijajcie film z daleka. Ja zdołałem obejrzeć jakieś 60% całości. Później wyłączyłem. Szkoda czasu i pieniędzy. A przede wszystkim nie warto tracić swojego dobrego wizerunku artysty.



 

            Moja ocena filmu to: 3/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dersu Uzała

poniedziałek, 18 stycznia 2010 19:53


             Światowej sławy japoński reżyser Akira Kurosawa znany jest przede wszystkim z takich filmów jak: Siedmiu samurajów, Rashomon, Tron we krwi, Ukryta forteca, Sobowtór, czy też Ran. Filmem z jego dorobku o którym się mniej mówi, a który zasługuje  na szczególne uznanie jest moim zdaniem Dersu Uzała.

            Ten obraz produkcji Rosyjsko-Japońskiej widziałem będąc jeszcze dzieckiem. Wiele, wiele lat temu. Wiedziałem, że mi się podobał, ale z racji upływającego czasu zapomniałem z niego, rzecz jasna, całkiem sporo. A tu całkiem niedawno, pewien kolego zaczął mi o nim wspominać. Rozmawialiśmy, rozmawiali i przypominaliśmy sobie poszczególne fragmenty. Tak mnie to rozochociło, że zapragnąłem jeszcze raz wrócić do tego dzieła Kurosawy. Nie było to takie proste, bo to już pewnego rodzaju staroć jest, ale się udało. Dersu Uzała, obejrzałem sobie ponownie. I Wiecie, co? Ten film, to arcydzieło.

            Na samym początku XX wieku, a dokładniej to w 1902 roku, kapitan Włodzimierz Arsenjew zostaje wysłany w głąb syberyjskiej tajgi, by tam badać tereny Kraju Ussuryjskiego. Wędruje, rysuje mapy i jako naukowiec dokonuje odkryć tego nieznanego cywilizacji terenu. W pewnym momencie swojej podróży, w pobliżu źródeł rzeki Lefu, spotyka dziwnego człowieka. Niedużego wzrostu, krępego, muskularnego, odznaczającego się dużą siłą fizyczną.

             „Było w nim coś szczególnego - opowiada Arsenjew. - Mówił po prostu, cicho, zachowywał się skromnie. Rozgadaliśmy się. Gość opowiadał mi długo o swoim życiu, i im więcej mówił, tym bardziej wydawał mi się sympatyczny. Miałem przed sobą pierwotnego myśliwego, który całe życie spędził w tajdze. Ze słów jego dowiedziałem się, że środki do życia zdobywał, za pomocą strzelby, którą odziedziczył, po ojcu; zdobycze z polowania wymieniał u Chińczyków na tytoń, proch i ołów. Opowiedział mi potem, że ma pięćdziesiąt trzy lata, że nigdy nie miał domu, żył zawsze pod gołym niebem i tylko zimą budował sobie tymczasową jurtę z dębnika albo kory brzozowej".

            To był Dersu Uzała. Człowiek prawie pierwotny. Szanujący prawa natury. I żyjący z nią we wspólnocie. Duże wrażenie robi, na nas współczesnych, jego podejście do otaczającego go świata. Dersu bowiem rozmawia nie tylko ze zwierzętami, widząc w nich ludzi, ale rozmawia również z przedmiotami, czy też choćby z ogniem. Wszystko to traktuje on na równi z sobą samym. Bezinteresownie troszczy się o ludzi, których nie zna i których pewnie nigdy w życiu nie spotka. Ludzie tacy jak on, ponoć nie znali w swoim słownictwie takich pojęć jak kłamstwo, czy też kradzież.  

            Dersu Uzała to postać autentyczna. To myśliwy z plemienia Nanajów (Goldów). Jego ostatnie kilka lat życia opowiedziane nam przez Arsenjewa to historia przyjaźni dwóch mężczyzn. To zderzenie cywilizacyjne dwóch różnych kultur. Aż nie chce się wierzyć, że tacy prostolinijni ludzie jak Dersu, kiedykolwiek istnieli.

            Film trąci myszką. To prawda. Jest prościutki. Naiwniutki. Można mu zarzucić wiele. Jeśli się chce. Jeśli chce się szukać dziury w całym, to zawsze się ją znajdzie. Ale jest to obraz bardzo ciepły, (mimo że jego akcja dzieje się w większości zimą i na Syberii). Dodaje otuchy. I zmusza do refleksji nad naszym ciągle zabieganym życiem.

            Serdecznie polecam film. Poszukajcie go gdzieś. Naprawdę warto.



 

            Moja ocena filmu to: 10/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Pani Ela -palaczka.

niedziela, 17 stycznia 2010 11:25


            Parę miesięcy temu, w pracy, przeniesiono mnie na inne stanowisko. Teraz muszę współpracować z Panią Elą. Pani Ela, już starsza kobieta, babcia kilku wnucząt, jest bardzo wścibska. O wszystko się wypytuje. Wszelkie informacje, jakie się tylko da, stara się ode mnie wyciągnąć. I te prywatne i te zawodowe. Z drugiej jednak strony, znosi do mnie wszystkie plotki z zakładu. Informacje sprawdzone i te niesprawdzone.

            W tym tygodni, Pani Ela wzięła sobie jeden dzień wolnego (co za błogi spokój nastał). Miała tego dnia w domu księdza. Trudna sprawa. Ksiądz chodził po kolędzie, więc w domu trzeba było koniecznie być. Przecież jest ona dobrą katoliczką. Dzień wolny dostała bez problemu. Umotywowanie prośby prawidłowe i mina tragiczna na twarzy też.

            Oprócz wścibstwa i plotkarstwa Pani Ela ma jeszcze jedną wadę. Jest nałogową palaczką. Kopci, ile się tylko da. U mnie w domu się nie pali. Od papierosów odzwyczaiłem się już dawno i teraz dym tytoniowy mi przeszkadza.. U nas na terenie firmy, co prawda też się nie pali, ale ja nałogowców wyczuwam nosem z daleka. Zwłaszcza, jeżeli ci nie zachowują szczególnej higieny. Wtedy, bowiem leci od nich już nie zapach tytoniu, ale smród. A to mnie wręcz odpycha.

            Ja przypomniałem sobie o Pani Eli, gdy zobaczyłem ten oto obrazek.

 

 


            Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Dystrykt 9

sobota, 16 stycznia 2010 21:18


             Wiele mówiło się o filmie „Dystrykt 8". Wiele się mówiło, a co za tym idzie i wiele się o nim słyszało. Wszelkie opinie najczęściej pozytywne. Zachwycające. I jak tu taki obraz nie obejrzeć? Zwłaszcza, jeśli jest się miłośnikiem i kina i fantastyki.

            Nadarzyła się okazja i w moim przypadku, by zasiąść przed ekranem i zapoznać się z tą pozycją. Ale tak to już czasami jest, że jak się za dużo dobrego o czymś nasłucha to i oczekiwania wzrastają. Fakt, film jest zrobiony w sposób dość nietypowy. Znaczna jego część to jakby reportaż z miejsca wydarzeń. Mamy tu wywiady ze zwykłymi ludźmi jak i notablami. Mamy obraz płynący z kamery przemysłowej i z tej, którą trzyma w ręku biegnący operator. Relacja z wydarzeń. Taki jest początek, jak i właściwie cały film można nazwać relacją. Ale film nie opowiada o tym, jak to kosmici przylatują i osiedlają się na Ziemi. Mówi natomiast o tym, że już tu są. I to prawie od trzydziestu lat. Mieszkają sobie oni w Johannesburgu. I ulokowani są w getcie. A my, ziemianie, mamy już ich serdecznie dość. Władze miasta postanawiają więc wyeksmitować przybyszów w inne miejsce. Pewnie wcale nie lepsze, ale przecież trzeba liczyć się z opiniami wyborców. Więc do dzieła.

            Nie mogę powiedzieć. Film warty jest obejrzenia. Choćby ze względu na jego sposób realizacji. Ale co poza tym? No właśnie. Bo tu mam problem. Ciekawy może jest jeszcze wątek sensacyjny. I jak dla mnie, to nic poza tym.

            Mamy obcych, zwanych tu krewetkami. Z wyglądu mają oni, bowiem przypominać te zwierzątka, tylko że w dużo większych rozmiarach.. Mi natomiast bardziej przypominali oni obcego z filmu „Predator". Więc nic nowego. Nic, co mogłoby wzbudzić przerażenie, czy też zaskoczenie. W filmie „Obcy - 8 pasażer Nostromo", to dopiero ten obcy robił wrażenie. Pamiętacie?

            Obcy handlują bronią. Przywieźli ze sobą sprzęt o niebywałej sile rażenia, ale ludzie nie są w stanie z niego korzystać. Mimo to skupują broń w zamian za kocie żarcie, które stanowi wyjątkowy przysmak dla obcych. Ci obcy to w ogóle muszą być jacyś nienormalni, bo z jednej strony żyją na jednym wielkim śmietniku, zachowując się jak banda przygłupich dzikusów, z drugiej zaś, dysponują taką technologią, że ludzkość może tylko o niej marzyć. A to mnie drażni zawsze, gdy spotykam się z czymś takim w filmach sf. To mnie zniechęca. Taka niekonsekwencja cywilizacyjno rozwojowa.

            Zacząłem natomiast się później zastanawiać (później to znaczy po obejrzeniu filmu), jak my ludzie zaczęlibyśmy się zachowywać w wypadku gdybyśmy rzeczywiście mieli się spotkać z innym gatunkiem rozumnym. Czy staralibyśmy się go sobie podporządkować? Jeśli by byli oni od nas słabsi to, chyba tak. Taką już mamy naturę. Ludzką naturę. Słabszego zniewolić. Przed silniejszym się ukorzyć.


            Trailer robi na mnie dużo większe wrażenie, niż cały film.

 

            Moja ocena filmu to: 6,5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Południe - Północ

poniedziałek, 11 stycznia 2010 8:38


             Jakub ma prawie trzydzieści lat. Jest spokojny, inteligentny, pogodny. Całe swoje dorosłe życie spędził w... klasztorze. Bo Jakub jest zakonnikiem. Ale tak się stało niedawno, że akurat złamał on rękę. Był więc szpital, gips i kompleksowe badani. I traf chciał, że badania te wyjawiły okrutną prawdę. Rak mózgu. I Jakub niedługo umrze.

            Ale ma on jedno marzenie. Zwykłe, proste, przyziemne. Chciałby on mianowicie zobaczyć morze. Dostaje więc dyspensę od swoich przełożonych, na opuszczenie klasztoru. Do tego ma on jeszcze 100 złotych na drogę, jakieś stare ubranie na sobie i gitarę. Podarunek od współbraci.

            Usiadł sobie, on biedak przy drodze. Na przystanku autobusowym. Z ręką w gipsie, próbuje coś tam grać. Aż tu niewiadomo skąd, pojawia się Julia. Młoda dziewczyna po przejściach. Jedziesz nad morze? Pojadę i ja z tobą - proponuje.

            Dwoje różnych ludzi, o odmiennych charakterach i jak różnym życiorysie, wyrusza więc w drogę przez Polskę, by dotrzeć do celu. Po drodze poznają różnych ludzi, (Ciekawy zabieg reżyserski. Wszystkie postacie męskie gra bowiem jedna osoba - Robert Więckiewicz) jak i samych siebie.

            Mnie film zachwycił swoją prostotą. Jak niewiele środków technicznych potrzeba by zrobić ciekawy obraz. Wystarczy zgrabnie napisany scenariusz, wcale nie potrzeba wielu pieniędzy, ale przydatni są dobrze grający aktorzy. W rolach głównych oglądamy rewelacyjnego Borysa Szyca, całkiem niezłą Agnieszkę Grochowską i wspomnianego już Roberta Więckiewicza. W jednej ze scen pojawia się Stanisława Celińska, grająca taką prostą, bogobojną babę ze wsi. Scena z jej udziałem na długo zapada w pamięci ze względu na swój rubaszny charakter.

            Film „Południe-Północ" to kolejny dobry polski obraz, który naprawdę warto zobaczyć.. Cieszę się, że nasze rodzime kino wraca do dobrej formy.

 


 

            Moja ocena filmu to: 7.5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Czy są niewierzący księża?

niedziela, 10 stycznia 2010 8:34


            Mam pewnego kolegę. Człowiek trochę ekscentryczny. Żyjący w swoim świecie i swoimi zasadami. Kolega jest zatwardziałym katolikiem. Nie wyobraża sobie on niedzieli, bez  pójścia na mszę. Modli się codziennie. Rano gdy wstanie i wieczorem, przed snem.

            Pamiętam, jak kiedyś, jeszcze za młodych kawalerskich czasów uświadamiał mnie w temacie rozwodów. Mówił, że w jego głowie nie mieści się coś takiego. Tak trzeba się dobrać w związku, aby trwał on przez całe życie. Trzeba szukać odpowiedniego partnera. Ale ludzie się zmieniają - mówiłem. Co jeśli Ty pozostaniesz przy swoich zasadach, a Twoja żona będzie chciała rozwodu. Przekonam ją - z pewnością siebie odpowiadał. A co, jeśli ludzie się kłócą i nienawidzą? Co, jeśli dochodzi do rękoczynów? Trzeba trwać w związku i cierpieć - mówił. Widocznie taka była wola Boga.

            W pewnym momencie swojego życia, kolega ożenił się. Musiał, bo zaliczył tak zwaną wpadkę. Ale był szczęśliwy. Na początku. Małżeństwo przetrwało jakieś pięć lat. Rozwiódł się za porozumieniem stron.

            Teraz, czasami, gdy chcę mu trochę podokuczać, to poruszam ten temat. Temat jego wiary, jego religijności, bo dla mnie te dwie rzeczy czyli wiara i religijność to jedno. Jedno i drugie powinno się łączyć przecież ze sobą. Ale okazuje się, że niekoniecznie. Okazuje się, że można być bardo religijnym, a nie mieć wiary.


            Bardzo ciekawy artykuł „Czy są niewierzący księża?", przeczytałem w Przeglądzie Powszechnym. Ksiądz Mirosław Cholewa pisze o tym czym jest wiara, a czym religijność. Okazuje się, że wielu ludzi, a w tym i księża katoliccy, swoje modlitwy, swoje rytuały traktują bardzo powierzchownie. To jest religijność. Bo wiara, to coś więcej.

            Zapraszam do przeczytania artykułu.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Do Amatora i o "Warto rozmawiać".

piątek, 08 stycznia 2010 19:08


            Niejaki (z góry przepraszam za określenie) Amator, zabrał głos na swoim blogu w sprawie dotyczącej demografii w Polsce. Wysunął on taką tezę, że narody z nami sąsiadujące, mają jakiś interes w tym, by Polaków rodziło się jak najmniej. Nawiązał pięknie do historii. Zwłaszcza zaprezentował nam XX wiek. I przypomniał nam o dwóch totalitarnych systemach i ich zbrodniach. Amator ma wrażenie, że współcześnie istnieją jacyś spadkobiercy ówczesnych idei i chcą oni poprzez wprowadzenie polityki zmniejszenia urodzeń wyniszczyć nasz naród.

            Mam wrażenie, nie poparte żadnymi badaniami zaznaczam, że ilość urodzeń spada w całej Europie. I nie ma tu żadnego spisku którego celem było by wyeliminowanie akurat naszego narodu. Ot, taka jest kolej rzeczy. Takie koszty cywilizacji i przemian społeczno gospodarczych. Francuzi przed spadkiem demograficznym bronią się (nie wiem, ale może powinienem już pisać, bronili się) przyjmując po wojnie migracje ludzi ze swoich przedwojennych kolonii. Niemcy swego czasu przyjmowali do siebie obcokrajowców mogących udokumentować w jakikolwiek sposób, że gdzieś tam ktoś miał przodka Niemca. W obu tych krajach, i innych Europejskich również żyje mnóstwo obcokrajowców i jak na razie nic złego się nie dzieje. A my, ciągle żyjemy w swoim zaścianku. Polak, tradycja, katolik, ojczyzna, honor, patriotyzm, i.t.d. Piękne słowa, ale żeby coś więcej się za nimi kryło, to już niekoniecznie.

            Osobiście uważam, jeżeli już mam się wypowiadać w temacie demografii, że nas, ludzi, jest znacznie za dużo. I nie wnikam w tej chwili, czy dotyczy to Polaków, Niemców, Chińczyków, czy też Inuitów. Ludzi na Ziemi jest po prostu za dużo.

            Jak do tej pory, to nasza planeta jeszcze sobie jakoś radziła. Związane to było chyba z dużym ubóstwem znacznej części świata. Biedne Chiny, biedne Indie, biedna prawie cała Afryka. Większość ludzi tam zamieszkujących, żyło z tego co im dała natura. Teraz to się zmienia. W dużym tempie rozwijają się Indie. W coraz większym Chiny. A i Afryka budzi się z marazmu. A ludzie tam żyjący zaczynają dostrzegać swoją szansę. Chcą coraz więcej. Chcą i dobrze zjeść. I godnie mieszkać. A i o samochodach zaczynają marzyć. Wyobraźcie sobie takie Chiny. Jeszcze niedawno prywatnych samochodów to tam nie można było uświadczyć. A teraz każdy ma taką możliwość. Może (na pewno) nie każdego Chińczyka jeszcze stać na samochód, ale im już wolno. I są cholernie spragnieni. A jest ich grubo ponad miliard.

            Jeszcze niedawno ludzie jedli tam tylko raz dziennie. I to jedynie ryż z rzodkwią, jak biedna Oszin (może ktoś wie do czego jest ta aluzja?). Teraz chcą szynki. Teraz chcą wina. I to tego dobrego. Teraz chcą prądu, gazu i benzyny. A czy ktoś zwraca uwagę na koszty tych potrzeb. Polecam przy okazji ponownie film „Home S.O.S - Ziemia" o którym w listopadzie pisałem. Przecież im więcej ludzi, tym więcej trzeba wyhodować trzody, bydła, czy drobiu. A to znowu prowadzi do większej ilości ścieków, nawozów, odpadów... Później pewnie niektórzy znowu będą głosić, że trzeba by było nas, ludzi jeszcze więcej. A to znaczy i więcej bydła. I więcej ścieków i odpadów. I więcej i więcej i więcej...

            A jak długo to ma trwać? Do jakiego stopnia się rozwijać? Do jakich ilości? Myślę, że to do niczego nie prowadzi. Zawsze byłem zwolennikiem jakości. Nie ilości. Myślę, że w każdym wypadku, lepiej jest mieć jedną rzecz a dobrą, niż wiele, a wadliwych.  Lepiej mieć niewielkie społeczeństwo, a szczęśliwe, niż wielkie, a nieszczęśliwe.


            Wczoraj w programie Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać" dyskutowano w sprawie kondycji naszego ZUS-u. Tytułem przewodnim odcinka było „ZUS - kto cię utrzyma na starość". Sugerowano tam, choćby przez zaproszonych gości (Paweł Królikowski), że tylko model wielodzietnej rodziny, może zapewnić nam dostatnie życie na emeryturze. Bo kto nas będzie utrzymywał, jak nie nasze dzieci? Błędne myślenie. To nie dzieci powinny utrzymywać rodziców. Ani ludzie pracujący, emerytów. Nie tędy droga. Żyjemy coraz dłużej. Więc co? Mamy płodzić sztaby ludzi którzy będą pracowały na tych starych? A gdy ci młodzi się zestarzeją, to pewnie trzeba będzie nam (społeczeństwu) jeszcze więcej młodych, a co wtedy gdy i ci się zestarzeją? To droga do nikąd.  Trzeba zmienić system emerytalny. I to natychmiast. Trzeba zmienić sposób myślenia. I nie tylko patrzeć na świat z własnej perspektywy. Z własnego grajdołka. Nie liczy się tylko to co jest tu i teraz. Liczy się zasada. System. Liczy się przyszłość tak jak i teraźniejszość. Dobro jednostki, jak i dobro ogółu.


            Amator, na swoim blogu dyskutując ze mną podaje za przykład tereny byłej Jugosławii i mówi, że narodowości mniej liczne zostały zdominowane przez te bardziej liczne. Ale Amator do świata podchodzi jak do jakiejś rywalizacji. Dzieli on bowiem ludzi. Dzieli na Albańczyków, Serbów, Jugosłowian. Dzieli na Polaków i Niemców. To źle. Bo co by było, gdybym ja zaczął dzielić ludzi na Ślązaków i Kaszubów, Poznaniaków i Mazurów. Górali i ... nie wiem kogo tam jeszcze. Ktoś zaraz zawoła, ależ to wszyscy są Polacy!. I tu się kłania to co przedtem mówiłem. Nie można patrzeć na świat z punktu widzenia, tu i teraz. Bo Śląsk raz był polski, a raz nie. Pomorze również. Zmieniała się mapa Polski i być może będzie się zmieniać w przyszłości. Ja na świat i ludzi patrzę inaczej. Uważam, że granice są tylko czymś umownym. Czymś nietrwałym. A i to czy ktoś jest Polakiem, czy na przykład Niemcem, to też nie do końca można ustalić. Bo czy pani Ela, która 30 lat temu wyjechała do Niemiec w wieku niespełna piętnastu lat, to jest jeszcze Polką czy już Niemką? A jej dzieci? No właśnie. A pan Hans, który mieszka u nas po sąsiedzku, który ma tu swoją firmę, zatrudnia ludzi i płaci w Polsce podatki. I chce tu zostać, wychowywać swoje dzieci i uczyć je tutejszej tradycji. To on jest Polakiem, czy nie? To trudne. Trudne, dla tych, którzy tak dzielą ludzi. Ja staram się w inny sposób podchodzić do podziałów. Jeżeli już musza one być, to dzielę ludzi na mądrych i głupich, dobrych i złych, pracowitych i leniwych....

           I tak na zakończenie może jeszcze tylko, bo się dzisiaj trochę rozpisałem. Dostrzegam zagrożenie Islamem. I obawiam się go. Islam to nie mój świat. Nie moja bajka. Tego się boję. Bo Islam wymaga posłuszeństwa, a ja wolę swobodę. Ja wolę chodzić własnymi drogami. 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Niedzielny dokument w TVN24

środa, 06 stycznia 2010 18:23


            Oglądaliście Slamdoga? Tak? Ale ja nie o tym dzisiaj. W niedzielę, w programie TVN24, miałem okazję zobaczyć ciekawy film dokumentalny. Nie znam tytułu, bo spóźniłem się odrobinę, ale było to w cyklu „Dokument w TVN24"        

            Powiem Wam tak. Ja do tej pory, to myślałem sobie, w swojej naiwności oczywiście, że życie w slumsach jakie było pokazane choćby w filmie „Slumdog - milioner z ulicy" to jest tylko w Ameryce Południowej, czy w Azji. Chodzi mi o to, że tam są całe osiedla mieszkaniowe stworzone z kartonów i blachy falistej. A tu okazuje się, że w cywilizowanej Europie, na początku XXI wieku mamy takie właśnie slumsy znajdujące się na peryferiach wielkich metropolii.

            Za przykład wzięte tu były dwa miasta. Barcelona i Mediolan. Okazuje się, że na obrzeżach tych miast zamieszkują Rumuńscy cyganie. Pozjeżdżali się oni, po tym jak Rumunia została członkiem Unii Europejskiej, widząc swoją szansę na lepsze życie. Potworzyli zagranicą swoje osiedla i tu żyją. Ale czy wiedzie się im lepiej? Nie do końca. Cyganie nie asymilują się bowiem z otoczeniem. Nie współgrają z nim. Nie pracują. A ich jedynym celem jest zagarnięcie dla siebie jak największych pieniędzy.

            Mieszkają tam całymi rodzinami. Takimi klanami mafijnymi. Piszę mafijnymi, bo działalność, którą się zajmują jest iście mafijna. Otóż na czele grupy, najczęściej rodzinnej stoi jakiś mężczyzna. Ma on swoich ludzi. Ci wysyłają na ulicę rzeszę „pracowników". A zadaniem tych znowu jest przyniesienie wieczorem do domu jak największej ilości pieniędzy. I tak na przykład, kobiety starsze wysiadują na ulicach i żebrzą. Dzieciaki natomiast kradną. I muszę Wam powiedzieć (tak wynika z filmu), że robią to bardzo sprawnie. Sprawnie i bezczelnie. Wyspecjalizowali się na przykład w okradaniu ludzi pobierających pieniądze z bankomatów. Podchodzi takich dwóch gówniarzy, chłopaków czy też dziewczyn, wyczekują na odpowiedni moment, chwytają pieniądze i w nogi. Jak się uda, to dobrze. Jak nie, to próbuje się znowu. Nic takiemu smarkaczowi nie można specjalnego zrobić. Jest na tyle młody, że zamknąć go nie można. Policja więc najczęściej sobie ich odpuszcza, a przed agresywnymi cywilami, dzieciarnia jest przecież chroniona przez swoich. Są oni bowiem dobrze pilnowani przez obserwatorów. Podobno średni dochód takiego gówniarza to nawet 400 euro dziennie. Chciałbym tyle zarabiać.

            Pieniądze te trafiają oczywiście do któregoś z szefów. A ci inwestują je u siebie, w Rumunii. Tu budują piękne domy. I rozwijają swoje interesy. Już legalne oczywiście.

            Cyganie rumuńscy mają swoje życie. Oderwane od życia przeciętnego europejczyka. U nich mężczyźni nie pracują. Nie hańbią się czymś takim, jak praca. Oni grają w karty. Bawią się. Zarządzają. Oni decydują. Małe dzieci, już nawet trzyletnie, jak i starsze kobiety mają natomiast żebrać. Pozostali kraść. To jest ich sposób na życie. Zarabiać można jeszcze inaczej. Jak się ma córkę, a ta ma już powiedzmy trzynaście lat, to można ją sprzedać, inaczej mówiąc, wydać za mąż. Jak jest dziewicą, to można za nią wziąć duże pieniądze. A jak jest do tego jeszcze dobrą złodziejką, to jeszcze większe.

            Takie życie prowadzą niektórzy Europejczycy. Wydawałoby się, że w cywilizowanym świecie, to raczej niemożliwe. A jednak. Niektórzy tak właśnie żyją. I ciekawe w jakim kierunku to się rozwinie? Czy takich żebraków, obcokrajowców, będzie coraz więcej, czy to tylko folklor, który zaniknie?



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jakie logo?

niedziela, 03 stycznia 2010 10:05


            Istnieje moda na to, by posiadać logo. Każda firma je ma. Obowiązkowo. Im prostsze, tym lepsze. I im częściej występuje, tym lepiej. Tak się niektórym wydaje zresztą i walczą oni (ci niektórzy) bardzo zajadle o to, by było ono (to logo) widoczne na każdym kroku. Na przykład w szkole. W każdej klasie, czy to w pracowni matematyczno-fizycznej, czy w pracowni maszyn rolniczych, wisi krzyż. Ot, takie sobie proste logo.

            Kiedyś znakiem chrześcijan była ryba. Teraz jest to krzyż. A może w przyszłości będzie to jeszcze coś innego? Nie wiadomo. Wszystko będzie zależało od tego, kto akurat będzie miał władzę. Pożyjemy, zobaczymy.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Anthony Zimmer

piątek, 01 stycznia 2010 10:41


             Ona wysiada z samochodu. Widzimy buty na szpilkach. Końcówki płaszcza. I to, że niesie jakąś dużą czerwoną torbę. Przy dobrze dobranej muzyce, pierwsze sceny filmu zapowiadają się dobrze. Jednak, można powiedzieć, że to wszystko co dobre w tym filmie. Niczym więcej „Anthony Zimmer", mnie nie zainteresował.

            Kim jest owy Anthony? To największy na świecie przestępca. Ale z tych, co to ich nazywa się białymi kołnierzykami. Dokonuje olbrzymich oszustw i zarabia nielegalnie niewyobrażalnie wielkie pieniądze. Z tego to powodu ścigany jest na całym świecie. Poszukuje go zarówno Interpol, jak i rosyjska policja. Jednak cała trudność w znalezieniu go polega na tym, że Zimmer przeszedł skomplikowaną operacje plastyczną i teraz nikt nie wie jak on wygląda. I jak tu takiego znaleźć? Ano wiadomo. Najłatwiej, przez kobietę. Ma on bowiem jedną słabostkę. Jest nią Chiara Manzoni. Piękna, uwodzicielska kobieta, w której rolę wcieliła się, Sophie Marceau.

            Jednak Chiara pracująca teraz dla policji, też nie potrafi rozpoznać Anthonego. Czy mężczyzna, z którym się właśnie spotyka to jest Anthoni Zimmer? Kto wie?

            Ciekawostką w filmie może być fakt, że jedną z ról, rosyjskiego agenta Nassaieva, zagrał nasz Daniel Olbrychski. I to dla niego i dla Sophie Marceau oglądałem jedynie ten film. Bo tym razem kino francuskie mnie rozczarowało. Jakoś nie zostałem przekonany, że w dzisiejszych czasach można dokonać takiej operacji plastycznej, by człowiek był zupełnie nierozpoznawalny. Nawet dla najbliższych. A i akcja filmu mnie nie wciągnęła specjalnie.

            Piszę jednak o obrazie, który miałem okazję oglądać jakiś czas temu, tylko dlatego że chętni mogą go sobie zobaczyć dzisiaj  w TVP1. Będzie nadawany przed północą. Ja jednak powtórne oglądanie sobie na pewno podaruję. Nie omieszkam natomiast zobaczyć czegoś innego. Też w TVP1, ale za to zaraz po dwudziestej, będzie nadawany film animowany „Ratatuj". Tego jeszcze nie widziałem, ale z tego co słyszałem to będzie to naprawdę dobra baja. Już nie mogę się doczekać wieczoru. Jak myślicie, czy nie zawiodę się na polskiej telewizji już od pierwszego dnia nowego roku? Czy będzie można znaleźć więcej premier niż w ubiegłym? Czy będzie lepiej, czy też gorzej w temacie filmów?


 

             Moja ocena filmu Anthony Zimmer to: 4/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  5 127 254  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 5127254
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 13198
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3507 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl