Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 979 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Śmierć blogerki

niedziela, 30 stycznia 2011 21:36

 

            To może i dziwne, ale doznałem przed chwilą szoku. Pewnego rodzaju szoku. Otóż od pewnego już czasu, (dłuższego czasu,) zaglądałem na blog zatytułowany Cud Miłości. Autorka tego bloga, kaleka kobieta opisuje tam swoje codzienne zmagania związane z opieką nad niepełnosprawną córką.

            Przed chwilą dowiedziałem się, że autorka, Ewa Smeja, nie żyje.

            Pewnie to trochę dziwne, to moje uczucie pustki. W końcu osoby tej wcale nie znałem, a śmierć ludzi mi postronnych jakoś nigdy mnie nie obchodziła. Tym razem jednak doznałem jakiegoś ciosu. Żal mi jej córki. Szkoda. Jednak szkoda. Ta śmierć była też niepotrzebna.

 

 

 

Spieszmy się

Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to, co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie, że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego

Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stad odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się nie umierać
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Spieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą


ks Twardowski



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Palindromy

niedziela, 30 stycznia 2011 12:35

 

            Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie swoim wpisem babka filmowa. Ale ostrzegała cyt. „No, nie wiem, czy będziesz zadowolony, Solondz to specyficzny reżyser (nie wiem, czy już znasz cokolwiek z jego dorobku), trzeba go odbierać na odpowiedniej częstotliwości, ale jak się ją uda załapać, to można osiągnąć prawdziwą satysfakcję. :)”. Solondza nie znam, ale pomyślałem sobie, raz kozie śmierć. Jestem już przecież dużym chłopcem, wezmę się z filmem za bary i może sobie jakoś poradzę.

            Mowa tu jest teraz o palindromach. Palindromy to takie słowa, lub zdania (o palindromach kiedyś nawet pisałem) które można czytać normalnie, lub wspak, a one nie tracą sensu. Nie tracą swojego znaczenia.

             A o czym jest film? No właśnie. Film „Palindromy” jest o… aborcji. Dwunastoletnia Aviva, lekko niedorozwinięta dziewczynka, postanawia że zostanie mamą. I w niedługim czasie tak się dzieje. Rodzice, a zwłaszcza matka, wpadają oczywiście w rozpacz. Namawiają więc dziewczynkę by poddała się aborcji. Dzieciaka łatwo można było urobić, więc parę dni później dokonano zabiegu. I tu zaczynają się dziwne losy Avivy, bo ta, po traumatycznym wydarzeniu postanawia uciec z domu. Jej wędrówka, spotykanie różnych przedziwnych ludzi to historia tego filmu. Ale historia opowiedziana w nietypowy sposób. Nie dość, że Aviva na swej drodze natyka się na przeróżne typy ludzi, dziwacznych ludzi, to sama też jest pokazana za każdym razem w innej odsłonie. W innej postaci. W innej powłoce cielesnej. Bo ciekawym zabiegiem zastosowanym przez reżysera jest to, że główną postać grają co chwilę to inne aktorki. A to młodsza. A to trochę starsza. Długowłosa i nie. Ruda, gruba, chuda, czarna, biała… Dziwne. Ale tylko w opisie. Bo oglądając film, po niedługim czasie przyzwyczajamy się do tego nietypowego zabiegu reżysera, który potrafi nawet zmienić imię swojej bohaterce, a nawet płeć.

            Trzy sceny, sytuacje, wydarzenia z filmu, które wywarły na mnie największe wrażenie. Dom mamy Sunshine. Cały Dom, wszyscy jego mieszkańcy, atmosfera tam panująca, to wszystko razem przykuwa uwagę widza. Naprawdę. Ta niecodzienność, inność infantylność, a zarazem plan. Niecodzienny plan działania. Cel. I to wszystko w imię i ku chwale dla Chrystusa. Druga scena to ta, w której mamy do czynienia z zabójstwem lekarza ginekologa odpowiedzialnego za dokonywane aborcje. Jego zastrzelenie i nieszczęśliwy wypadek jaki zdarzył się przy tej okazji. Wstrząsające. I trzecia scena. Ta chyba najważniejsza w filmie. Ta w której młody chłopak oskarżany o bycie pedofilem tłumaczy naszej bohaterce, że wszyscy jesteśmy jakoś uwarunkowani genetycznie. Przystosowani, przygotowani to takich ról w życiu, a nie do innych. I jego rzeczowe tłumaczeni, że nie ważne co byśmy zrobili z naszym życiem. I tak jesteśmy takimi ludźmi, jakimi nas wcześniej zaprogramowała natura.

            Film bardzo dobry. Podziękowania należą się babce filmowej, za namiary na niego. W ogóle, babka filmowa pisze rzadko, ale raczej poleca dobre filmy, więc warto zaglądać do jej bloga.

 


http://www.youtube.com/watch?v=ux78jmWIRuY

 

Nadal nie wiem jak wstawić plik wideo. Cholera. coraz większe problemy z blogiem.

 

 

            Film „Palindromy” oceniam wysoko. Bardzo wyskoko. Daję mu 8/10. Nie. Daję mu 8, 5/10. To naprawdę bardzo dobry film.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Kieł

piątek, 28 stycznia 2011 8:48

 

 

            Czasami zastanawiam się, do jakiego stopnia jeden człowiek może być okrutny w stosunku do drugiego. Co też można jeszcze wymyślić, by dopiec swojemu bliźniemu? Przykłady na okrucieństwa znamy z historii różne. I z życia i z filmu. Nie wiem co bardziej przerażające. Ale są i tacy, tacy okrutnicy, co to piekło na Ziemi robią swoim najbliższym. Czasami w złej, ale czasami i, w co trudno uwierzyć, w dobrej wierze.

 


             Kynodontas. Kurczę blade. Co to za słowo? Skąd pochodzi? Co oznacza? Co ciekawe, Kynodontas to słowo greckie. To tytuł greckiego filmu tłumaczonego na nasz język jako „Kieł”. Nie przypominam sobie, kiedy ostatnio oglądałem film tej produkcji. Czy w ogóle kiedykolwiek oglądałem film pochodzący z tego kraju. Być może to mój pierwszy kontakt z filmem pochodzącym z tego obszaru. Ale film pt „Kieł” wcisnął mnie w fotel.

            Szóstka bohaterów. Ojciec matka, syn, dwie córki i Christina. Miejsce akcji to w większości dom i podwórko wokół niego. I ten klimat. Klimat i sens, cel którego nie potrafimy do końca rozwikłać.

            Ojciec i matka. Ludzie zbliżający się wiekiem, tak na oko do pięćdziesiątki. Ich trójka dzieci. A tak naprawdę to już nie dzieci. A może? Cała trójka wygląda jakby miała około dwudziestu, dwudziestu kilku lat. Zachowują się natomiast jak 12-14 latki. Dlaczego? Bawią się w dziecięce, infantylne gry. Myślą jak dzieci. Rozumują jak dzieci. Ale nie są psychicznie chorzy. Rozwój ich zatrzymał się za sprawą rodziców. Cóż takiego kieruje rodzicami, że ci postanowili odizolować swoje dzieci od świata. Dosłownie od wszystkiego. Że stworzyli im taką strefę bezpieczeństwa. Taką złotą klatkę, gdzie mogą czuć się bezpieczne, syte, szczęśliwe, ale gdzie nie docierają prawie żadne informacje z zewnątrz. Dzieci bawiąc się na podwórku widzą czasami przelatujący samolot. To jeden z niewielu kontaktów z tym, co na zewnątrz. Czekają aż ten spadnie, bo wtedy będą mogły się nim pobawić. Bywa że samolot, spada. (Ci którzy oglądali, wiedzą o co chodzi)

            Zajeżdża do „dzieci” czasami Christina. Jest tu tylko po to, by zaspokoić potrzeby seksualne syna. Ten tak naprawdę sam nie wie po co to robi i dlaczego. Chyba go to za bardzo nie interesuje. Ale Christina jest też jakby łącznikiem z resztą świata. Jakby oznaką tego, że tam za płotem, jest jeszcze coś. To, że coś tam jest, to nie ulega wątpliwości. Ale to świat wstrętny i okrutny. Świat w którym grasują koty pożerające ludzi. A zwłaszcza dzieci A może nie?

            „Kieł” to film przeznaczony tylko dla widzów dorosłych. Dojrzałych. Ci którzy szukają tylko rozrywki i łatwego kina będą jedynie zawiedzeni tym obrazem. Nie ma tu właściwie początku i nie ma końca. Nic nie jest wyjaśnione. To jakby tylko zimna relacja z wydarzeń. Jakby podglądanie nietypowej rodziny. Ale dla mnie jest to bomba. Ja polecam. Ale każdy jednak niech ogląda na swoją odpowiedzialność.

 

 

">

 

http://www.youtube.com/watch?v=QFtDzK64-pk

 

Przepraszam że nie wstawiam obrazu wideo, ale od jakiegoś czasu nie wiem co się dzieje. Nie działa mi wstawianie ich poprzez HTML. W ogóle  Popsuło się coś na WP, czy co? Jakieś zmiany może? A być może ktoś z Was wie o co w tym chodzi. Może ktoś z Was mi pomoże i podpowie jakieś rozwiązanie. Byłbym wdzięczny, bo sam jak na razie nie umiem sobie poradzić z tym problemem, a takie rozwiązania jakie zacząłem ostatnio stosować, to mi się za bardzo nie podobają.

 

 

            Moja ocena filmu to: 8, 5/10

 

            I jeszcze jedno. Kieł, to tegoroczny kandydat do nagrody Oskara w kategorii: Najlepszy film nieanglojęzyczny. Czy ma szansę na zwycięstwo? Nie wiem. Nie znam konkurencji. Ale na nominację na pewno zasługuje



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Odszkodowania dla rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej.

środa, 26 stycznia 2011 9:39

 

            A ja jestem zdecydowanym przeciwnikiem wypłacania jakichkolwiek odszkodowań, dla rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej, z pieniędzy państwowych. Bo z jakiej racji, ja się pytam. Z jakiej racji, ja mam płacić pani… Gosiewskiej?  Pieniądze są państwowe, czyli też i moje. A co ja, jej jestem winny, że trzeba jej teraz zapłacić?

            A przecież Przemysław Edgar Gosiewski mógł się ubezpieczyć. W Warcie, Hestii, czy PZU. Mógł się ubezpieczyć, a tego nie zrobił. Nie zrobił tego on, ani też inni. Elita do jasnej cholery. Zaprasza ludzi do samolotu Prezydent Rzeczpospolitej i nie zainteresuje się nawet ich ubezpieczeniem. Fachowcy od siedmiu boleści.

            Albo taki generał Błasik. Dowódca Sił Powietrznych. To za jego szefowania w Mirosławcu, rozbił się samolot Casa. A „teraz” druga katastrofa. Ta w Smoleńsku, której sam padł ofiarą. To on, nie mógł doprowadzić do funkcjonowania przepisów o obowiązkowych ubezpieczeniach takich lotów? Co, ważniejsze było uczestniczenie w uroczystościach Smoleńskich, niż zdroworozsądkowe myślenie. Tak?

            Wicemarszałkowie, posłowie, senatorowie, przedstawiciele sił zbrojnych, a nawet sama załoga. Nikogo nie interesowało to, czy samolot był ubezpieczony. Skandal. A teraz ja mam płacić za ich brak odpowiedzialności.

            Albo teraz to idiotyczne oburzanie się na fakt, że opinia publiczna została poinformowana o proponowanych odszkodowaniach i ich wysokości. Jak można było o tym informować opinię publiczną?! Jak to, jak można było. Trzeba było! Wszak to są publiczne pieniądze. Ludzie powinni wiedzieć, co się z nimi dzieje. A co? Pewnie lepiej wszystko robić cichaczem. Wydawać państwowe pieniądze tak, aby nikt specjalnie o tym nie mówił? Bo państwowe, czyli nie moje? Kpina ze społeczeństwa.

 

            Dziś rano, w programie radiowym „Gość Radia Z”, Monika Olejnik rozmawiała z Marcinem Dziurtą prezesem Prokuratorii Generalnej. Rozmawiali o odszkodowaniach. Oczywiście pan Marcin twierdzi, że pieniądze trzeba wypłacić. Ma do takiego zdania prawo. Szkoda tylko, że sięga on w tym celu nie do swojej, a do mojej kieszeni.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Po drugiej stronie korytarza

wtorek, 25 stycznia 2011 10:13

 

            Co byście zrobili, gdyby Wasza druga połowa (mąż, żona) raptem Wam oświadczyła, że odchodzi. Że poznała innego człowieka i uważa, że życie z nim będzie dla niej szczęśliwsze. Były by krzyki, pretensje, żale? A może groźby? Zabiję ciebie i jego! A na końcu siebie i nasze dzieci! Tak wyobrażacie sobie miłość do partnera? To miłość, czy może chęć posiadania? Zaborczość? Ja, albo nikt inny!

            To może Wam wydawać się dziwne, ale ja uważam inaczej. Kocham swoją żonę i wiem, że to jest z wzajemnością. I to nawet większą wzajemnością, bo to ona nie wyobraża sobie życia beze mnie, ale gdy byłem już dorosłym człowiekiem to umiałem zrezygnować z miłości do kobiety, dla jej dobra. Wolałem aby ona odeszła do innego mężczyzny, bo wiedziałem, że z nim będzie jej lepiej niż ze mną. Mógł jej więcej ofiarować. Więcej dać. Mogła z nim wieść lepsze życie. Zrezygnowałem z walki o swoją miłość dla jej dobra. Dziwne? Możliwe. Ale zapewniam Was, że prawdziwe.


             Terry ma młodą i piękną żonę. Sam, też jest mężczyzną niczego sobie. I wszystko było by pięknie gdyby Terry nie nabrał podejrzeń i nie zaczął jej śledzić. Teraz siedzi on w pokoju hotelowym i przez judasza obserwuje, co się dzieje w pokoju, naprzeciw. Właśnie tam weszła jego żona, June. Terry ma broń. Ukradł ją swojemu przyjacielowi Julianowi, do którego właśnie telefonuje i informuje go o swoich poczynaniach i o tym co ma zamiar zrobić. A do czego jest zdolny zakochany i zdesperowany mężczyzna? Do wszystkiego.

            Julian więc tłumaczy mu żeby się uspokoił. Żeby odłożył pistolet. Zaraz tam przyjadę – mówi, i wszystko jakoś się ułoży. Tylko nie rób głupstw.

            Nic Wam więcej o filmie nie powiem, bo zniszczyłbym całą intrygę, a ta jest świetna. Film „Po drugiej stronie korytarza” to obraz zrobiony w dobrym klimacie, ze świetną intrygą i zaskakującym zakończeniem. A do tego nieskomplikowany w odbiorze. Cóż więcej potrzeba do dobrej rozrywki? Nic. Więc polecam, i gwarantuję, że się będziecie dobrze bawić.

 

 

            Moja ocena filmu to: 7,5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

127 godzin

poniedziałek, 24 stycznia 2011 9:15

 

             Kiedyś słyszałem o takim eksperymencie. Jacyś naukowcy (?) wzięli szczura i wrzucili go do dużego pojemnika z wodą. Pojemnik był tak skonstruowany, że miał wszystkie ścianki gładkie, tak że szczur nie miał żadnej szansy się z niego wydostać. Pływał, pływał on a widząc że nie ma szansy na uratowanie swojego marnego życia po niedługim czasie (nie wiem już jaki to czas był) zaczynał tonąć. Za drugim razem, ci sami naukowcy pokazali szczurowi iluzoryczną szansę ratunku. Do zbiornika przymocowali drewnianą drabinkę, ale w taki sposób by on ją wyraźnie widział, ale by nie mógł jej sięgnąć. Co się okazało? Szczur pływał wiele razy dłużej. Szansa na przeżycie, choć iluzoryczna, dodawała mu sił i chęci do walki o życie.


 

             Aron Ralston jest młodym, zapalonym… (tu zabrakło mi słowa). Alpinistą, nie pasuje. Grotołaz to też raczej ktoś inny. No w każdym bądź razie Aron wyrusza samotnie w góry Utah, by tu przeżyć przygodę, na wędrówce i łażeniu po skałach i w szczelinach górskich.

            Aron zna trochę te tereny więc czuje się tu pewny siebie. Wie co robi i na jednodniową wędrówkę jest dobrze przygotowany. Wszystko ma zaplanowane. Tym razem ma jednak pecha. Gdy schodził w szczelinę, osunął się na niego głaz, przygniatając mu prawą dłoń i w ten sposób nasz bohater zostaje uwięziony. Co tu robić? Aron wpada na te same pomysły wydostania się, na które i ja bym wpadł. I to w takiej samej kolejności. Jednak w jego wypadku, nic nie przynosi skutku. 127 godzin męczarni i walki o życie. Brak wody, jedzenia, halucynacje, wspomnienia. Wszystko to wymieszane ze sobą daje całkiem niezły efekt.

            Film trochę przypomina mi wcześniej oglądany obraz „Czekając na Joe”, z tą jednak różnicą, że tam działo się wszystko w scenerii zimowej, tu mamy do czynienia z latem. Z upałem.

            Film „127 godzin” nakręcił ten sam reżyser który zrobił Slam Doga, czyli Danny Boyl. Jednak tym razem nie wróżę mu Oskarów. Dobre zdjęcia, dobry montaż, niezła muzyka i scenariusz oparty na prawdziwych wydarzeniach. To atuty tego filmu. Tu może być jakaś statuetka, ale w głównych kategoriach to raczej szans nie ma.

            I jeszcze jedno. Przestroga. Zawsze gdy wychodzisz z domu, nawet na krótko, powiedz komuś dokąd idziesz i kiedy wrócisz. Taka wypływa przestroga z tego filmu. Mądra przestroga.

 

 

 

 

            Moja ocena filmu to: 7/10.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Odebrać dzieci Terlikowskiemu i oddać parze homoseksualnej.

sobota, 22 stycznia 2011 7:32

 

            De Bart dokonał bardzo ciekawego wpisu na temat reakcji redaktora Terlikowskiego co do akcji internatów pt „Odebrać dzieci Terlikowskiemu i oddać parze homoseksualnej!!!”.

            Akcja internatów może i nie najmądrzejsza, ale reakcja Terlikowskiego , też na marnym poziomie. A tak nawiasem mówiąc, jest takie powiedzenie: Mieczem wojujesz, od miecza zginiesz.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Tuż po weselu

wtorek, 18 stycznia 2011 21:35

 

             To film o umieraniu. Tak. „Tuż po weselu” to film o umieraniu. I niech Was nie zwiedzie tytuł. Chociaż mamy tu parę młodą, którą czeka świetlana przyszłość i śmierć nie ich się uczepi, to mamy tu do czynienia z szeregiem różnych ludzkich emocji. Miłość, tęsknota, żal, radość, próba odpokutowania win… Tu jest wszystko.

            Duńczyk, Jacob Peterson, od wielu lat prowadzi sierociniec w Bombaju. Wszelkimi możliwymi mu sposobami stara się o środki by móc pomagać dzieciom. Niespodziewanie biznesmen Joergen proponuje mu wsparcie. By dopełnić formalności Jacob wyjeżdża do Danii. Tu pada propozycja. Cztery miliony dolarów w czterech ratach. Co rok, milion. Ale że to musi trochę potrwać, Joergen zaprasza Jacoba na wesele swojej córki.

            Co będzie się dalej działo, tego Wam oczywiście nie powiem. Mogę jedynie powiedzieć, aby Was jeszcze bardziej zainteresować, że kwota 4 milionów, urasta do 12. Ale jest jeden warunek jaki musi spełnić Jacob. Musi pozostać w Danii na stałe. Nie może wrócić do Indii.

            Skąd taki nietypowy warunek? Dlaczego taka hojność? I co się za tym wszystkim kryje, opowiada nam Susan Bier i scenarzysta Anderse Thomas Jensen.

            Film nominowany do nagrody Oskara w kategorii Najlepszy film nieanglojęzyczny. Przez czytelników FilmWebu oceniony na 8/10. Można go było zobaczyć w TVP Kultura wczoraj. I dzisiaj również. I miejmy nadzieję, że powtórki będą.

 

 

            

            A ja ten film oceniam na…7/10. Silne siedem



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tomasz Lis na żywo, w starciu z Adamem Hofmanem.

wtorek, 18 stycznia 2011 18:29

 

            Oglądaliście może wczoraj „Tomasza Lisa na żywo”? Jak myślicie, czy Adam Hofman przebił swoim zachowaniem posłankę Kępę? Kępa w rozmowie jaką prowadziła do (jak to powiedziała Maria Czubaszek) Moniki Olejnik w „Kropce nad i” była, wydawało się, nie do pobicia. A tu Hofman jej dorównał, jeśli nie przebił.

            Kto w Pisie (pisownia zamierzona) będzie następny taki zdolny. Przecież to partia mająca naprawdę zdolnych ludzi. Zdolnych i jak gadatliwych.

 

            Nawiasem mówiąc, o pośle Hofmanie, a właściwie o jego żonie znalazłem taką informację. Rzecz może już nie aktualna, ale świadczy o tym, z jakimi to ludźmi mamy do czynienia.

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Meller i Drugie śniadanie mistrzów.

poniedziałek, 17 stycznia 2011 18:07

 

 

            Wczesnym popołudniem każdej soboty, staram się zawsze gdy tylko mogę, obejrzeć sobie „Drugie śniadanie mistrzów”. Program nadawany cyklicznie przez stację telewizyjną TVN24. Do jednej z Warszawskich restauracji przychodzi czwórka ludzi, by w obecności gospodarza audycji podyskutować sobie o minionych wydarzeniach. Ewenementem jest to, można powiedzieć, że rozmowy prowadzone są nie przez polityków, nie nawet przez fachowców, dziennikarzy, a przez znanych ludzi reprezentujących tak zwanych zwykłych obywateli.

            Przychodzi czasami aktor, ksiądz, sportowiec, pisarka czy też malarka. I toczy się rozmowa. A to  o wydarzeniach ( a jakże) politycznych, a to o tym co powiedziano w jakiej stacji telewizyjnej, o tym, że ktoś zaginął, albo o tym, że ktoś coś zrobił. Ot takie rozmowy Polaków. Rozmowy jakie mogą się toczyć w każdym z polskich domów.

            Program lubię, oglądam i to właśnie z tego względu. Zwykłe proste rozmowy na różnorakie tematy, prowadzone w sposób kulturalny. Gdzie nikt nie stara się nikogo zakrzyczeć, za  wszelką cenę przekonać do swoich racji, gdzie nikt się na nikogo nie obraża, a każdy mówi, co sądzi na dany temat.

            Gospodarzem programu jest Marcin Meller. Człowiek którego nawet darzę sympatią. Lubię ludzi zachowujących się ze spokojem i dystansem do otoczenia. Jednak ostatniej  soboty, pan Marcin mnie rozczarował. W czym rzecz? Nie, nie w jego zachowaniu. To było nienaganne. A, w jego wyglądzie. Prowadzący program był nieogolony. Nie o to chodzi, że być może zapuszcza zarost. Ale on był po prostu nie ogolony. A do togo, aż wstyd mówić, on był nie umyty. Włosy stoją na wszystkie strony. Przetłuszczone.

            Jak to!? Co to!? Gdzie my jesteśmy? Ktoś kto występuje w telewizji, poniekąd przychodzi i do mnie do domu. A idąc w gości trzeba przecież porządnie wyglądać. I zachowywać się też trzeba jak wiadomo porządnie. Pan Meller jest osobą publiczną. Powinien dawać przykład. Szerzyć jakieś wzorce zachowania, postępowania, wyglądu. A tu taka plama.

            Ktoś pewnie zaraz mi powie, a czego ty się czepiasz? Czego znowu chcesz? A wiesz na pewno, że tak było? Szukasz dziury w całym? Jego program, jego sprawa. Ale chyba nie do końca. Od pewnych ludzi, powinno wymagać się więcej, niż od innych. Tak uważam. Tak myślę. Takie jest moje zdanie. Z drugiej strony można by powiedzieć, że są przecież ludzie odpowiedzialni za program, ludzie nadzorujący i czemu oni nie zwrócili na ten fakt uwagi. Ale to już inna sprawa. Pan Meller jest dorosły i powinien wiedzieć, jak należy wyglądać, gdy idzie się do ludzi. Porządnie. Nie musi być bogato. Ale musi być porządnie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (37) | dodaj komentarz

Głód

czwartek, 13 stycznia 2011 10:31

 

             To nie jest film, dla delikatnych osób. Kał, rozmazany na ścianach. Mocz, lejący się po podłodze. Ropiejące rany odleżynowe na całym ciele. A do tego bicie, przemoc i fanatyzm.

             „Głód” to bowiem film o fanatyzmie i poświęceniu za ideę. Nie znam się na tyle dobrze na sytuacji jaka panowała w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Irlandii Północnej, by móc dyskutować na temat tamtejszych wydarzeń. Nie chcę tutaj roztrząsać sprawy, czy w walce o wolność (jakkolwiek by nie była ona rozumiana) można posuwać się do metod ostatecznych. Nie wdaję się w dyskusję nad tym, czy IRA to była (dla mnie była) organizacją przestępczą czy też może narodowo-wyzwoleńczą. Wiem jednak jedno. Film sam w sobie robi wrażenie.

            Surowy, pozbawiony romantycznych uniesień obraz, pokazuje nam ludzi odsiadujących wyroki więzienia za działalność polityczną (kryminalną?). Tutaj osadzeni walczą (?) o swoją godność, jedynymi środkami jakie są im dostępne. Ostatecznością jest głodówka i śmierć która jest jej zwieńczeniem.

            I aż się wierzyć nie chce, że film jest dziełem debiutanta. Wciska w fotel i nie pozwala oderwać wzroku od ekranu.

 

 

 

 

             Moja ocena filmu to: 8/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Miasto złodziei

środa, 12 stycznia 2011 10:16

 

            Claire Keesey to młoda, zwykła kobieta. Pracuje w banku. Ma nawet stanowisko kierownicze, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia. Dziś do pracy przyszła jak zwykle. Zaraz ma się zacząć jej zwykły dzień pracy, ale tak nie będzie. Dlaczego? Otóż, na parę minut przed uruchomieniem zamka czasowego otwierającego sejf, wpadają tu zamaskowani bandyci.

            Rzucają pracowników na podłogę. Każą im leżeć. Wcelowują broń w ich głowy. Normalka. I każą Claire otwierać sejf. Później po dokonanym napadzie zabierają jeszcze naszą bohaterkę ze sobą. To tak, na wszelki wypadek. Może się przydać jako zakładniczka. Też normalka. Gdy napastnicy są już bezpieczni, wypuszczają ją  na wolność.

            Później policja. Przesłuchania, dochodzenie. Claire jest trochę zdenerwowana. Wiadomo. Ale jej zdenerwowanie, obawa są nawet uzasadnione. Bandyci bowiem zabrali jej dokumenty. Teraz wiedzą jak się ona nazywa i gdzie mieszka. A mieszka, jak się okazuje, w tej samej okolicy co i oni. Banda opryszków czuje się zaniepokojona. A jeśli ich rozpozna? Na przykład po głosie?

            Parę dni później Claire znajduje się w miejskiej pralni. Tutaj zaczyna rozmawiać z jakimś miłym, młodym mężczyzną. Podoba jej się. Ona nie wie, ale my tak. My wiemy, że ten człowiek jest tu po to, by ją obserwować i w razie czego… zabić. Jednak sprawy przybierają nieoczekiwany obrót. Doug MacRay, przywóda szajki złodziei zamiast ją obserwować, pilnować ją. Co zrobi. To on się w dziewczynie zakochuje. I to z wzajemnością.

             „Miasto złodziei” to jednak nie komedia. To czysty kryminał, thriller. To film cały czas trzymający w napięciu. Bo to co opisałem dotychczas to dopiero sam początek filmu. Nie zdradziłem przecież całej jego treści.

            Ben Affleck – reżyseria, scenariusz i rola główna. To dużo jak na jednego człowieka. Ale się udało. Film jest równy. Trzyma w napięciu. I nie ma tu żadnej przesady o którą tak łatwo w kinie. Niektórzy porównują go do „Gorączki” Michaela Manna z 1995 roku. Są i tacy którzy mówią, że z tym filmem nie ma on nic wspólnego. Ja jednak twierdzę, że te dwa obrazy są bardzo do siebie podobne. Inne, a jednocześnie czuje się podobny klimat.

 

 

 

 

             Moja ocena filmu to: dobre 8/10. Film trochę ustępuje „Gorączce” ale z pewnością warto go obejrzeć



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Chwała wiewiórowi z Epoki Lodowcowej

niedziela, 09 stycznia 2011 19:58

 

            Któż nie zna wiewióra, z Epoki Lodowcowej? Każdy. No, prawie każdy. Ale tego, do czego on się przyczynił dla świata, to bym się nie spodziewał. Chwała mu za to. Bo to on jest sprawcą tego, jak wygląda nasza planeta. Chwała mu!

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Swołocz

niedziela, 09 stycznia 2011 19:52

 

            Wojna jest czymś złym. Banał. Ale udział dzieci w wojnie, jest czymś jeszcze gorszym. Z tym wszyscy się chyba zgadzają. Wykorzystywanie do swoich niecnych celów, najmłodszych swoich obywateli toż to woła o pomstę do nieba.

            Wszyscy buntujemy się, gdy słyszymy o tym, że gdzieś tam na świecie, w Azji czy też w Afryce wciela się w szeregi wojskowych, ludzi mających 12-16 lat. Toż to nieświadome jednostki, nie umiejące jeszcze samodzielnie funkcjonować, a tu każe się im zabijać ludzi. Wystawia się ich na śmierć. Wmawia się im co jest dobre, a co złe, po której stronie jest racja. A tak naprawdę to traktuje się ich najczęściej jak mięso armatnie.

            Z drugiej jednak strony, my Polacy, dumni jesteśmy z młodych powstańców biorących udział w Powstaniu Warszawskim. Tam dzieciaki z bronią w ręku biegały pod ostrzałem hitlerowskich karabinów, przenosząc meldunki, zaopatrzenie, czy też środki medyczne. Ale i też strzelali. Ci młodzi żołnierze też strzelali i zabijali. Nasi rodacy tych dzieciaków wysłali na pierwszą linię frontu. Wyrażali zgodę na to, by ci brali czynny udział w działaniach wojennych. My jesteśmy i teraz, współcześnie, dumni z ich dokonań i postawiliśmy im nawet pomnik. Pomnik Małego Powstańca.

 

             Aleksandr Atanesyan nakręcił w 2006 roku film pt „Swołocz”. Film opowiadający o tym, jak to Pułkownik Wiszniewiecki organizuje  w 1943 roku szkołę dla dywersantów. Uczniami tej szkoły są 14-15 letni przestępcy. Złodzieje, mordercy, wyrzutki społeczne gotowe będąc na wolności do najgorszych przestępstw. Takimi stworzyła ich sytuacja, potrzeba przeżycia. Aby przetrzymać jakoś do następnego dnia musieli się bardzo szybko przystosować do otaczającego ich świata, a tylko brutalna przemoc i przebiegłość pozwalała na przeżycie. Teraz wyłapani przez służby porządkowe, przewiezieni w odległe górzyste tereny, muszą się nauczyć zabijać na polecenie swoich przełożonych. Twarda szkoła. Tu nie ma litości. Wszystkiego można się spodziewać zarówno po kolegach jak i po nauczycielach.

            Kilka miesięcy intensywnego szkolenia, a później… samobójcza misja. To ich czeka. Za zadanie mają zniszczyć faszystowską bazę. Kilkanaścioro dzieciaków ma stawić czoła niemieckim żołnierzom zaprawionym w boju.

            Film „Swołocz” nie jest czymś wybitnym. To nienajgorzej opowiedziana historia o wydarzeniach jakie mogły się zdarzyć podczas II wojny światowej. Myślę jednak, że poświęcony czas nie był moim zmarnowanym czasem.

 

 

            Moja ocena filmu to: 6,5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Fabryka klamek

sobota, 08 stycznia 2011 16:56

 

            Grzegorz Turnau i jego najnowsza płyta „Fabryka klamek”. Wycieram kurze i słucham tych utworów. Turnau jak to Turnau. Sentymentalnie, melancholijnie z niezłymi tekstami. Piszę niezłymi, bo miał już lepsze. Śpiewał lepsze rzeczy. Zaprezentowane niżej utwory, są chyba tymi które wyróżniają się z tej płyty.

 

 

 

 

 


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  5 127 214  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 5127214
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 13198
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3507 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl