Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 979 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Ziemkiewicz w Wyborczej.

niedziela, 28 października 2012 18:34

 

            Koniec świata chyba się zbliża. Ziemkiewicz udzielił wywiadu Wyborczej. Dokładniej mówiąc Gazecie.pl. Jeszcze niedawno mówił o michnikowszczyźnie, a teraz... Widocznie Gazeta ma dużo czytelników, więc warto się promować.

            Ale Ziemkiewicz mówi coraz mądrzej. Nie popiera oczywiście rządów Tuska, ale Kaczyński na czele państwa, również mu chyba nie w smak. Ziemkiewicz wspomina o pracy u podstaw, co jest mi dość bliskie. Jest jednak twardym zwolennikiem endecji, co znowu mi nie odpowiada.

            Ale wywiad nie jest zły. Można przeczytać.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Boniek prezesem.

sobota, 27 października 2012 20:36

 

            Zbigniew Boniek został prezesem PZPN. Z jednej strony to ja mu gratuluję, zawsze lubiłem Bońka, ale z drugiej strony to myślę sobie trochę tak samo, jak Andrzej Rozenek. Że prezesem tej dziadowskiej organizacji powinien jednak zostać Zdzisław Kręcina. Jak dziadowska organizacja to i prezes powinien być taki sam. Dziadowski

 

            A tak nawiasem mówiąc, Boniek zapowiadał wcześniej, że nie będzie brał za swoją prace pieniędzy. Nie wiem co na to prawo polskie, bo z tego co wiem, to człowiek nie może zrzec się swojego wynagrodzenia. Będzie pracował społecznie? No cóż. W takim razie wszyscy oni powinni pracować społecznie. Jeśli nie, to coś mi tu zgrzyta.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Akacje.

sobota, 27 października 2012 20:24

 

             Ależ nuuuuuda! Wyobraźcie sobie wycinkę drzew w Paragwaju. Chwilę potem widzimy jak ciężarówka wywozi drzewo z lasu. W samochodzie za kierownicą siedzi mężczyzna - Ruben. Przy drodze czeka na niego kobieta, którą obiecał zabrać jako pasażerkę do Buenos Aires, gdzie właśnie on się udaje. Ona wsiada do szoferki i jadą. To wszystko. Jadą, jadą i jadą. Niewiele ze sobą rozmawiają. Nic się nie dzieje. Czasami wyjdą na zewnątrz, bo droga jest długa i monotonna jak i cały film. Acha. Jest jeszcze jedna osoba. Oprócz Rubena i Jacinty jest jeszcze jej mała córeczka - Anahi. Ale ona się nie liczy bo to zaledwie kilkumiesięczne dziecko.

 

            Dostatecznie zniechęciłem Was do oglądania "Akacji"? Pamiętajcie. Tu nie ma jednego wystrzału. Ani jednego trupa nie ma. Nikt nie ginie, nikt nikogo nie okrada. Nikt się nie kłuci. Żadnych kosmitów ani pościgów. Jedyni mundurowi to ci na granicy. Nie są może przesadnie grzeczni. Wykonują tylko swoja robotę i to wszystko.

 

            A teraz uwaga. Uwaga, bo żartowałem z tym, że film jest nudny. Faktycznie, trudno jest o dużo widowiskowości we wnętrzu kabiny, ale ileż tu się dzieje! Ileż gestów, spojrzeń, mimiki twarzy, konsekwencją czego jest to, że dwójka nieznajomych ludzi w miarę upływu czasu, coraz bardziej zbliża się ku sobie.

            Jacinta jedzie do kuzynki w Argentynie. Ma nadzieję tam na pracę. Na lepsze życie dla siebie i dla córeczki. Niewiele o niej wiemy, poza tym, że jest biedna i że nie ma męża, a dziecko nie ma ojca. Prawdopodobnie jest trochę pokiereszowana przez życie. Rubena też pewnie życie nie rozpieszczało, a to że większość swego czasu spędza samotnie w ciężarówce doprowadziło że stał się twardy i kolczasty jak tytułowe akacje. Trochę denerwują go pasażerowie. Zwłaszcza dziecko, które czasami płacze, przygląda mu się i któremu on, pan i władca pojazdu, musi czasami ustępować, choćby po to by móc sobie zapalić, musi wysiadać na zewnątrz lub po prostu rezygnować z papierosa.

            Ona nie grzeszy urodą. On też nie jest żadnym macho. I wydaje się że tych dwoje ludzi nie jest w stanie nic połączyć. Mała Anahi nie jest tam jednak przypadkowo. Los chciał, że to ona będzie tym spoiwem dzięki któremu może coś zaiskrzyć między dorosłymi.

            "Akacje" to film o potrzebie miłości. O poszukiwaniu swojej drugiej połówki. O samotności i o tym jaka ona jest niedobra. Bardzo skromnymi środkami wyrazu operuje reżyser dzięki czemu z głównych bohaterów robi takich prawdziwych, zwykłych ludzi. Czego zasługą jest też z pewnością doskonała gra aktorów. German de Silva jest wręcz doskonały. Prosta, nieogolona twarz człowieka spędzającego całe swoje życie w drodze. Wyśmienite. A Jacinta? Nie znam się na urodzie kobiet z Ameryki Południowej, ale wydaje mi się, że jej twarz jest bardzo charakterystyczna dla tamtych regionów. Swego rodzaju może być piękna.

 

            "Akacje polecam" Pamiętajcie, polecam. A zwłaszcza tym, którzy lubią przez okno lub przez dziurkę od klucza przyglądać się zwykłemu ludzkiemu życiu.

 

 


            Moja ocena filmu to: 7+/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Rambrandt i Korwin Piotrowska.

piątek, 26 października 2012 16:53

 

            Mówiąc o Marii Peszek, a właściwie o Joshua Bellu, wspomniałem, że aby wypowiadać się o... sztuce, trzeba mieć na jej temat wiedzę. Że gdy mówimy o muzyce, filmie, czy np. o malarstwie, to najczęściej kierujemy się tylko tym, że dana rzecz nam się podoba, lub też po prostu nie. Patrzymy na dzieło, z oceną zupełnie subiektywną.

            Teoretycznie, a właściwie i w praktyce, jesteśmy gotowi przejść obok największych dzieł malarskich nie zważając na ich piękno, a zatrzymamy się przy przysłowiowym jeleniu na rykowisku. Gdy chiński turysta zwiedzający Europę napotka Krzyk, Muncha nie słysząc oczywiście wcześniej o nim, najprawdopodobniej nie pozostanie on w jego pamięci. Bo i dlaczegoż miałby pozostać. Gdy ktoś nieznający się na sztuce zobaczy dzieła Beksińskiego, może uważać go za kiczowatego malarza.

            Skąd więc często wiemy, że to, czy też tamto dzieło jest wartościowe? Ano z przekazów. Czy to prasowych, czy to szkolnych, czy choćby z tego względu że napotykamy się raz i drugi na jakieś wzmianki o nim w tv lub w prasie czy też w internencie. Ktoś nam coś wspomni, przekaże informacje, a to w głowie pozostaje i później procentuje tym, że myślimy sobie, to może być wartościowe.

 

            Napomknąłem niedawno o Rembrandcie. Polecałem fabularny film o jego osobie. Teraz polecam dokument z cyklu "Potęga sztuki". Dokument przybliżający nam jego życie i twórczość, a jednocześnie tłumaczący wiele tajników sztuki. Jak i dlaczego artysta właśnie tak malował. Jakie stosował techniki. Jakim był człowiekiem.

 


 

 

            I jeszcze jedno. Niedawno przeczytałem wywiad z Karoliną Korwin Piotrowską. Padają tam między innymi takie słowa:

 

T: Może My nie wiemy, nie jesteśmy wyedukowani, co jest dobrym kinem, a co złym. Idziemy na to, co nam się poleca w reklamówkach, na plakatach?

KKP: Jeśli chodzi o edukację, jest strasznie, to prawda. Sama pamiętam, jak ustawiając jedną redakcję spotkałam dziewczynę, która chciała być krytykiem filmowym, a nie wiedziała, kto zrobił film „Powiększenie”. Poza tym, polska krytyka filmowa jest nieobiektywna. Czy widział Pan jakąkolwiek krytyczną recenzję "Bitwy" w mediach, które były patronami filmu? Nie. Nadal wciskano ludziom kit, między innymi na stronie głównej Onetu, że to ważna produkcja, którą może krytycy zjechali, ale przecież zobaczyć trzeba, bo Hoffmana i jego „Potop” też kiedyś zjechali… To policzek dla Hoffmana. Śmiech na sali. Widz nie ma skąd brać drogowskazu.

 

            A ja się z tym zgadzam.

 

              O Rembrandcie możecie jeszcze obejrzeć ten dokument. Też ciekawy.

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Czy to na prawdę Lisa wpadka?

środa, 24 października 2012 17:40

 

            Kolega przesłał mi tą "Wpadkę" Tomasza Lisa, gdzie jest dopisek - prawdziwa twarz antypolaka. Kolega napisał o Lisie, że to jest dziennikarzyna. Chciałbym być takim, dziennikarzyną, któremu wywiadu udzielają prezydenci i premierzy z kraju i z zagranicy. Który rozmawia z największymi tego świata. Który ma wykształcenie, rozum i który wie co powiedzieć i jak się zachować. A że z Lisem nie każdy się zgadza... No cóż. Nie każdy musi. Nawet nie każdy powinien, bo to nudne było by przecież, gdyby każdy miał takie samo zdanie.

 


            Przesłuchałem to co Lis mówi, dwukrotnie. Na początku powiem, że (wyraźnie widać) jest to montaż, zlepek różnych zdań wypowiedzianych podczas jednego spotkania. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, co mówi Lis. A to co mówi, nie jest skierowane do konkretnego człowieka, ale opisuje on jacy tak naprawdę jesteśmy. Nie ja, nie Ty, nie On (Ona), ale my. My wszyscy. Jako tłum, jako masa, jako... Polactwo. Nie będę dyskutował nad tym, jacy to są ludzie w innych krajach. Że tam wcale nie jest lepiej. Być może. A nawet z pewnością jest tak samo, lub nawet jeszcze gorzej.

            Że ludzie to barany, że głupcy, że chamstwo (ja często mówię - bydło). Nie wierzycie? A rozejrzyjcie się tak wokół. Zastanówcie się, otwórzcie oczy. Nie dostrzegacie tego?

            "Gdyby nie internet, to nigdy bym nie wiedział, że na świecie jest tyle kretynów". Nie prawda? Ależ prawda. Wystarczy poczytać gdziekolwiek komentarze zamieszczane przez pseudo-życzliwych i mądrych inaczej.

            "Ludzie nie są tacy głupi jak nam się wydaje. Są dużo głupsi". Ano są. Pamiętam był kiedyś taki teleturniej w którym biorący udział musiał wybrać bramkę. Lewa czy prawa. Jak wybrał prawidłowo, przechodził dalej i wygrywał nagrody. Sam słyszałem komentarze widzów typu - ja wiedziałem, że to nie ta bramka... gdybym ja tam był, to bym dobrze wybrał, to dopiero bym im pokazał itd. Przejaw inteligencji? Albo te emocje związane z zakreślaniem cyferek w lotto. Jakby to miało jakieś znaczenie. Inteligenci za pół grosza.

            Lis ma racje i zgadzam się z każdym jego zdaniem. Nie powiedział on nic odkrywczego, ale powiedział prawdę. Najprawdziwsza prawdę i zanim go skrytykujemy, najpierw rozejrzyjmy się wokół, a co odważniejsi, niech spojrzą i na siebie.

 

 

            Dostanie mi się od Was? :)

           


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

Jezus Maria Peszek.

wtorek, 23 października 2012 17:22

 

            No to wysłuchałem sobie ostatnią płytę Marii Peszek - "Jezus Maria Peszek". A nawet dwa razy wysłuchałem, żeby nie było. Już sam tytuł jest intrygujący. Zlepek Boga i Peszkówny zapowiada, i nie bezpodstawnie, że takich połączeń będziemy mieli więcej. Mi się coś takiego podoba. Lubię takie nowe słowa (wyrażenia), które nie rażą, a urozmaicają. Dają do myślenia. Ale przejdźmy najpierw może, do analizy poszczególnych piosenek. Króciutko, na gorąco, bardzo prywatne moje spostrzeżenia.

 

 

1. Ludzie psy. Dobre. Moje klimaty. Takie mówiące o zagubieniu człowieka we współczesnym życiu. O zatraceniu poczucia własnej wartości. Bunt i poszukiwanie swojego miejsca przez młodego człowieka. Młodego, młodego, młodego... No właśnie. Gdy byłem młodym chłopakiem, takie teksty oddziaływały na mnie najbardziej. Wtedy słuchałem najchętniej Perfectu. Teraz... teraz pani Peszek ma już pod czterdziestkę, a i ja nie jestem młodszy. Tekst dobry, piosenka nieźle wykonana. Może się podobać - nie przeczę. W mojej skali ocen dam jej śmiało 7/10

 

2. Nie ogarniam. Już gorsze. Monotonny tekst. Taka jestem zmęczona. Nie ogarniam. Załamanie nerwowe, dzwoń po pogotowie. I mocne uderzenie i monotonny rytm. O takich rzeczach można powiedzieć, że się wysłucha i zapomina. Działają jedynie podczas słuchania. Później pustka. Moja ocena to 5+/10

 

3. Wyścigówka. Wpada w ucho. Początek mi się podoba, ale późniejsze przejście w muzykę hałaśliwą... Chyba rozumiem cel tego przejścia, ja jednak nie wiem jak tego słuchać. Dam 6/10 za pomysł i wykonanie. Ja jednak nie będę tego słuchał na co dzień. Jest fajnie, ale nie do końca.

 

4. Amy. Nie rozumem tego wychwalania narkomanki i alkoholiczki. To tak jak stawianie pomników tym którzy na to nie zasługują. Pochwała degeneracji? Za kreską kreska - dobre. Refren rytmiczny, ale prościutki. Dam -6/10.

 

5. Żwir. Chyba bardzo osobista piosenka. W smutek opakowana ( ...) jestem na dnie. To wszystko. Monotonna, wręcz skąpa w tekst. Zaledwie 5/10

 

6. Sorry Polsko. Mi się spodobała, mimo że to nie moje klimaty muzyczne. Za tekst punkt więcej. 6+/10. Lepszy żywy obywatel, niż martwy bohater. Dobre, ale to nic nadzwyczajne. Trochę zalatuje Maanamem  I w kółko to samo. Sorry Polsko, sorry polsko, sorry Polsko.

 

7.Pan nie jest moim pasterzem. No to chyba najbardziej kontrowersyjny tekst. Rozumiem protesty ortodoksyjnych katolików tym tekstem. Pan nie prowadzi mnie, sama prowadzę się własna drogą. ...zła się nie ulęknę i nie klęknę. Mocne. Ale po co to? Młodzieńczy bunt? Trochę późno, co nie? Dam 6+/10, ale tylko dlatego, że sam jestem antykatolicki.

 

8. Pibloktoq. I znowu to przejście ze smutnej melancholijnej piosenki w mocne uderzenie. Ale tekstowo bardzo prościutkie. W rodzaju bum ta ra ra, bum ta ra ra. Osobiste? Może. Mi jednak nie przypadło do gustu. 5/10

 

9. Padam. Chyba najpopularniejsza piosenka z tej płyty. Słucha się nieźle. Rytmiczne i wpada w ucho. Padam, padam... Bez ciebie znaczę mniej niż pocztowy znaczek. Padam, padam, tak się cieszę, że cię mam. Dam za padam 7/10

 

10. Nie wiem czy chcę. I znowu bunt nastolatki. Nastolatki? No właśnie. Czterdziestka jeszcze nie wie. Ciekawe kiedy się dowie, czy chce być matką. Po sześćdziesiątce? Nie wypominam wieku, sam jestem przecież starszy, ale po co to wyznanie? Bo jako utwór muzyczny (piosenkarski) to, to jest raczej słabe. 5+/10

 

11. Szara flaga. Męczy mnie Polska, wisi mi krzyż. Rytmicznie dobre. Wpada w ucho. Bunt, mi bliski osobiście. Ale bardzo ubogie jest to tekstowo. Kilka krótkich zwrotów powtarzanych w kółko i w kółko. Ocena 6+/10, a mogło być więcej.

 

12. Zejście awaryjne. Smutne. Nadaje się na pogrzeby, a nie na przebój muzyczny. Rozumiem że osobiste, ale ja tego więcej nie mam zamiaru słuchać. Czyżbym miał się jeszcze bardziej dołować? Dam 5+/10

 

           

            Ostatnia płyta pani Peszkówny (tak chyba powinno być prawidłowo) kosztuje około 35 zł. I powiem uczciwie, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto. Ogólnie mówiąc, płyta naprawdę nie jest zła. Ja w sumie oceniam ją na prawie 7/10. Jednak mówiąc szczerze i powtarzając się pewnie znowu powiem, że płyta ta, to nie jest epokowe dzieło. Ani w skali świata, ani w skali nawet Polski. Dziś jest o niej głośno, bo zrobiono jej dobrą reklamę medialną. I Wojewódzki się wypowiedział pozytywnie i Żakowski zrobił z piosenkarką wywiad i ona sama mówi o swoim załamaniu nerwowym na lewo i prawo zachęcając bądź co bądź w ten sposób, do wysłuchania jej piosenek.

            Ja, trochę w to załamanie nie wierzę. Próba powrotu do zdrowia psychicznego gdzieś na Bermudach czy Hawajach, z drinkiem w dłoni, w obcym otoczeniu, wśród obcych ludzi...? Trochę to naciągane. Nie mówię, że nieprawdziwe, ale... mało prawdopodobne. A do tego, kto się chwali takimi rzeczami? Kto opowiada o tym wszędzie gdzie się da? No, chyba że ma się w tym jakiś interes.

            W wysłuchanych piosenkach nie podoba mi się ten bunt młodzieżowy. To znaczy, bunt, jako bunt młodzieży mi się podoba, ale pani Maria wydaje mi się spóźniła się z tym o dobre dwadzieścia lat. Buntujemy się przeciw religiom, państwom, władzom gdy sami poszukujemy swojego miejsca na Ziemi. Gdy nie potrafimy się jeszcze określić, oznaczyć. Gdy sami nie wiemy do końca co chcemy i dokąd zmierzamy.

            Mając czterdziestkę na karku trzeba to już wiedzieć. I to od dawna.

            Tekstowo też piosenki są prościutkie. Mało wyszukane. Zgrabne, proste rymy wpadające w uchu, to jeszcze za mało by mówić o poezji, a nawet o dobrych tekstach. Kontrowersyjne tematy mają oczywiście za zadanie przyciągnąć jak największą liczbę słuchaczy i tych którzy będą chcieli się wypowiedzieć na temat. Wzburzeni ludzie pokroju Terlikowskiego oczywiście to krytykują, a to tylko nakręca spiralę antyklerykalną. Mamy więc Alleluja i do przodu, z jednej jak i z drugiej strony i kręci się wszystko wokół wszystkiego i szum jest wielki. A o to przecież chodzi.

            Za miesiąc, dwa lub trzy mało kto będzie mówił już o tej płycie. Za pół roku, od czasu do czasu pojawi się któraś z piosenek na antenie radia, a za parę lat, mało kto będzie wiedział, że była taka piosenkarka jak Maria Peszek.

            Ot, życie.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Nocna straż.

niedziela, 21 października 2012 10:24

 

            "Nocna straż". Dziś, w TVP1 o godzinie 23:10.

 

            Film, prawie jak teatr, opowiadający o holenderskim malarzu noszącym nazwisko...Rembrandt van Rijn. Znacie? Był on wielkim malarzem? Tak? A skąd wiecie? No właśnie. Ale teraz nie o tym.

 

            "Nocna straż" to niezły film, wysuwającym się nawet ponad średnią, ale nie dla wszystkich. Film trudny w odbiorze. Męczący. Jednak tym, którzy X muzę uważają za sztukę, którzy szukają czegoś więcej niż tylko szybkiej akcji, dobrego scenariusza i pięknych kobiet, może się podobać.

            Film oparty przede wszystkim na tekście, na dobrych dialogach, kostiumach, oryginalnym pomyśle... Mówiący o światowej sławie malarzu, jak i o czasach w których przyszło mu żyć. Rembrandt dostaje zlecenie namalowania "Nocnej straży". Do swojego zadania zabiera się profesjonalnie. Dobiera modeli, ich stroje, dba o każdy szczegół. Uzgadnia stawki. Za każdą postać stojącą ma mieć zapłacone po 100 guldenów, za połowę postaci 50 itd. Targuje się zarówno ze sponsorami jak i z tymi którzy będą dla niego pozować. Czysty profesjonalizm. Prawie taki jak w dzisiejszych czasach gdy wszyscy chcą coś zarobić chociażby przy kręceniu filmów. A wszystko to dzieje się obok życia prywatnego malarza. Tu czołową postacią jest jego żona - Saskia, która rodzi mu syna i jednocześnie dba o jego interesy

            W filmie zwróćcie uwagę, jeżeli oczywiście zdecydujecie się na oglądanie, na scenę w której malarz tłumaczy jaką to on ma władzę malując obraz. Jak to może przedstawić poszczególną postać. Gdy będzie chciał to doda jej cech atrakcyjnych, a gdy ktoś mu podpadnie, to może go tak namalować, że i pokolenia będą się z niego śmiały. Czyżby manipulowanie faktami na miarę XVII wieku?

 

 

            Powtórzę. Film trudny w odbiorze. Nie dla wszystkich. Poczytajcie opinie innych, jak nie wierzycie. Są one dość skrajne. Od bardzo pozytywnych, do bardzo negatywnych.

 


            Jednak moja osobista ocena to: 7/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Co pan myśli o przyjeździe Kuklińskiego do Polski ?

sobota, 20 października 2012 20:50

 

 

I tak trzymać.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Lapońska odyseja.

sobota, 20 października 2012 8:53

         "Uprowadzona 2" jest jeszcze gorszym filmem od jedynki. Kto chce, niech ogląda, ale ja nie zachęcam. Natomiast mam dla Was inny film. Jeżeli macie ochotę obejrzeć coś lekkiego i przyjemnego to zapraszam do przeżycia "Lapońskiej odysei". Nie będziemy tu co prawda mieli do czynienia z podróżą tak długą, trudną i obfitującą w niesamowite przygody z jaką miał do czynienia Odys, ale na nadchodzący weekend jest to podróż w sam raz.  

 

         Janne, już wcale nie taki młody chłopaczek, mieszka sobie od kilku lat ze swoją dziewczyną. Ale teraz dostał on od niej pewien warunek. Albo, kupi dzisiaj dekoder do telewizora, albo niech się wynosi z domu Inari. Janne jest od kilku lat bezrobotnym więc pieniędzy nie ma. Żyje z tego co zarobi Inari, ale dziewczyna o tym wie i zostawia chłopakowi 50 euro na zakup sprzętu. Jest piątek rano. W sobotę mają nadawać  oczekiwanego "Titanica". Wydaje się więc, że nie ma nic prostszego jak po prostu wziąć pieniądze ze stolika, pójść do pobliskiego sklepu, kupić sprzęt, zamontować go do telewizora i już. I związek będzie uratowany.

         Sprawy mają się jednak trochę inaczej. Janne jest bowiem takim trochę niezaradnym życiowo człowieczkiem. Bierze pieniądze i... spotyka się z kolegami. Potem piwko jedno, drugie i pieniędzy brak. Inari jest jednak nieustępliwa. Albo dekoder, albo wynocha z domu.

 

         Janne nie ma wyjścia. Musi znaleźć jakieś rozwiązanie. Wraz z kolegami wyrusza w trasę by znaleźć pieniądze na sprzęt i by uratować związek. A nie będzie to łatwe. Trójkę przyjaciół czeka sporo przygód, ale nie będą to walki ze smokami, ani nawet potyczki z bandytami. To będą przygody takie, jakie mogą spotkać i Was na każdym kroku.

         "Lapońska odyseja" jest komedią. Ale nie taką, gdzie ludzie buchają gromkim śmiechem. W każdym bądź razie, ja nie buchałem. Ale powiem, że cały czas, oglądając film, byłem na takim lekkim rauszu. Wciąż uśmieszek (politowania?) na twarzy. I to dobrze. Tak powinno być.

         Gagów filmowych, wesołych scen, nie daje się tak opisać by dokładnie oddać ich sens, ich obraz, ale opowiem Wam jeden. Janne stoi na środku skrzyżowania ulic w mieście. Jest noc. Zresztą w północnej Laponii najczęściej jest noc, ale to nie ważne. Zima. Mróz, śnieg itd. Chłopak jest zdecydowany by popracować i zarobić jakieś pieniądze. Ma zamiar myć szyby w samochodach. Ma wiaderko z wodą, szczotkę i ochotę. Ale nie ma klientów. Stoi więc i czeka. Czeka, czeka, czeka aż nadjeżdża samochód. Janne pędzi więc jak poparzony i próbuje wyjąć szczotkę z kubła, ale tu pojawia się problem bo woda mu zamarzła. Szarpie się więc z tą szczotą i szarpie pędząc do samochodu bo ten zaraz odjedzie.

         Nie śmieszne? Trzeba to zobaczyć. Wtedy będzie.

         Naszemu bohaterowie w drodze do Rovaniemi towarzyszą Tapio i Kapu. Jego kumple. Tak samo zresztą niezaradni życiowo jak i on sam. Wciąż coś zapominają, przeoczają, nie wiedzą. A w podróży spotykają oni różnych ludzi. Jak choćby z policjantami czy wodnymi rugbistkami.

         Mi się film podobał, choć zauważyłem skrajne oceny. Bardzo kiepska komedia i bardzo dobra. No, widocznie są gusta i guściki. Ja w każdym bądź razie polecam. Jeśli komuś podobały się "Cztery lwy" to w tym wypadku też chyba nie będzie zawiedziony.

 

 


         Moja ocena filmu to: 7/10

 

          I jeszcze jedno. Występuje też, parę zmiennych. Kto obejrzy to zrozumie. :)




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Warsaw Timelapse

piątek, 19 października 2012 8:46

 

            Zawsze mówiłem, że żałuję iż nie mieszkam w Warszawie. Znajomi ze stolicy, mówią mi, że nie ma czego. Że tłok, ścisk i wszędzie daleko. Że drogo i wszystko ciągle rozkopane. A do tego te blokady ulic, manifestacje, protesty, parady... A mi by się to pewnie podobało. Lubię jak coś się dzieje wokół mnie, a do tego lubię anonimowość. Wielkie miasta to dają.

            Z drugiej strony, im człowiek starszy, tym bardziej szuka spokoju. Ale Warszawa, moim oczywiście zdaniem, jest piękna. Na dowód tego, zachęcam do obejrzenia Warszawy okiem kamery. Niecodziennej kamery.

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Felix i kosmita.

wtorek, 16 października 2012 10:15

 


Podziel się
oceń
3
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

Into the White

wtorek, 16 października 2012 9:41

 

            II wojna światowa. Kwiecień 1940 roku. Norwegia. Na niebie toczy się walka niemieckich i brytyjskich samolotów. Dochodzi do strącenia samolotu niemieckiego. Trzech żołnierzy ratuje się z katastrofy. Przedzierając się przez śnieg docierają do opuszczonej drewnianej chaty myśliwskiej. Na drugi dzień przybywają tam też dwaj żołnierze brytyjscy, którzy również zostali zestrzeleni podczas bitwy.

            Teraz, przyjdzie im wspólnie spędzić najbliższy czas razem, bowiem na zewnątrz bardzo pogarsza się pogoda, co nie pozwala na poszukiwanie drogi ratunku.

            Piątka młodych ludzi, oficerów i zwykłych żołnierzy, o różnych charakterach i usposobieniach, a do tego wrogów wojennych, pod jednym dachem w obliczu wojny, a jednocześnie wspólnego celu jakim jest chęć przeżycia. Ciekawy temat, a jednocześnie świetnie zarysowane postacie ludzkie.

            Z jednej strony wrogowie, (co chwilę raz jedni, raz drudzy przejmują władzę w obozowisku - ten kto ma broń w ręku ten rządzi) z drugiej strony relacje między nimi coraz bardziej się zacieśniają. Tylko wspólne działania pozwolą im na poradzenie sobie z mrozem i z głodem.

            Wspólna walka o przeżycie powoduje to, że ludzie ci, z początku wrogowie, teraz zaprzyjaźniają się. Poznają się nawzajem coraz lepiej. Razem bawią się, śmieją, dzielą się resztkami jedzenia, zdobywanego z tak wielkim trudem. I wydaje się wręcz w pewnym momencie że wojny już nie ma. Ta jednak jest. Norwegowie w pewnym momencie odnajdują wrak niemieckiego samolotu i wyruszają na poszukiwanie jego załogi. Spotkanie kończy się tragicznie.

 

 

            O filmie "Into the White" nie słyszałem wcześniej. Jakoś nigdzie nie natrafiłem na jego recenzję, ani jakikolwiek opis. Obejrzałem go w ciemno i... jestem pod dużym wrażeniem. Świetnie zrealizowany, ciekawy temat, a do tego oparty na prawdziwych wydarzeniach. Niektórzy z uczestników tego zdarzenia przeżyli wojnę. Spotkali się chyba później.

            Większość filmu dzieje się w zamkniętej drewnianej chacie. Cały jego ciężar więc spada na aktorów i ich grę. A zostali oni doskonale dobrani do swoich ról. Ciekawostką jest to, że możemy tu zobaczyć również Ruperta Grinta. Tego człowieka co to zagrał Rona Weasleya we wszystkich odcinkach Harry Pottera. Myślałem że aktor z niego marny, a tutaj pokazał się z naprawdę dobrej strony.

 


 

            Moja ocena filmu to: 7+/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Joshua Bell.

niedziela, 14 października 2012 21:46

 

 

Patrzycie, a nie widzicie. Słuchacie, a nie słyszycie. Ileż można stracić, nie mając odpowiedniej wiedzy, odpowiedniego przygotowania. Aż dziw bierze.

 

Poniższy wpis zaczerpnąłem ze strony http://wizjalokalna.wordpress.com/2012/10/09/geniusz-w-metrze/#comment-8257

Mam nadzieję, że autor bloga, się nie pogniewał.

 

W waszyngtońskim metrze usiadł pewien człowiek i zaczął grać na skrzypcach. Był mroźny styczniowy poranek. W ciągu około 45 minut zagrał 6 utworów Bacha. Szacuje się, że w tym czasie, 1.100 ludzi przeszło przez stację metra udając się do pracy. Po upływie trzech minut pewien pan w średnim wieku zauważył, że gra jakiś muzyk. Zwolnił kroku i zatrzymał się na parę sekund, po czym pośpiesznie ruszył dalej, aby nie zakłócić swego harmonogramu dnia. Minutę później skrzypek otrzymał pierwszego dolara: jakaś kobieta rzuciła mu go do futerału i poszła sobie dalej, nie zatrzymując się. Kilka minut później jakiś człowiek oparł się o ścianę, aby posłuchać gry, ale zaraz potem spojrzał na zegarek i odszedł. Najwyraźniej był już spóźniony do pracy. Osobą, która poświęciła skrzypkowi najwięcej uwagi, był 3-letni chłopczyk. Jego matka kazała mu się pośpieszyć, ale chłopczyk zatrzymał się, aby jeszcze spojrzeć na skrzypka. W końcu popchnęła go mocno; chłopiec ruszył z miejsca, ale cały czas odwracał głowę. Takie samo zachowanie powtarzało się u kilkunastu innych dzieci. Wszyscy rodzice, bez wyjątku, kazali im iść dalej.

Podczas 45 minut gry tylko 6 osób zatrzymało się na chwilę. Około 20 dało mu pieniądze, potem jednak odeszło, nie zwalniając kroku. Zebrał 32 dolary. Kiedy przestał grać i zapadła cisza, nikt tego nie zauważył. Nie było oklasków, ani żadnych słów uznania. Nikt nie wiedział, że owym skrzypkiem był Joshua Bell, jeden z najbardziej utalentowanych muzyków świata. Zagrał właśnie kilka najtrudniejszych utworów, jakie kiedykolwiek zostały skomponowane, na skrzypcach wartych 3,5 milionów dolarów. Dwa dni wcześniej, wszystkie bilety na koncert Joshua Belli w Bostonie zostały wyprzedane. Średnia cena biletu wynosiła 100 dolarów.

To jest prawdziwa historia. Joshua Bell, grający incognito na stacji metra, brał udział w eksperymencie społecznym zorganizowanym przez Washington Post. Eksperyment dotyczył percepcji, gustu i ludzkich priorytetów. Pytania brzmiały:
Czy w zwykłym otoczeniu i o niesprzyjającej godzinie potrafimy ujrzeć piękno? Czy potrafimy dostrzec talent w nieoczekiwanym miejscu? A może przestajemy je doceniać.

 




Podziel się
oceń
1
0

komentarze (39) | dodaj komentarz

Na jakim świecie żyje autor tego bloga?

sobota, 13 października 2012 9:52

 

            Na jakim świecie żyje autor tego bloga, zapytała się hubabuba, po przeczytaniu mojego ostatniego wpisu.

            No cóż? Najczęściej na komentarze odpowiadam bezpośrednio pod nimi, tym razem jednak zrobię odstępstwo i odpowiem publicznie. Na jakim świecie żyję, odpowiem na przykładzie mojego zakładu pracy, gdzie bądź co bądź przebywam 8 godzin dziennie i gdzie mam do czynienia bezpośrednio z wieloma ludźmi o różnym wykształceniu, wieku i pewnie o różnych poglądach. A że zakład jest dość duży i przewija się przezeń mnóstwo ludzi to myślę, że dobrze opisuje współczesną rzeczywistość.

            U nas wszystko jest zjebane, wyjebane, podjebane itd. Ewentualnie mówi się wypierdolone, podpierdolone, napierdolone itd. Mówi się też w cipę, albo chuj. W cipę oznacza (tak się domyślam) dobrze, a w chuj, lub chujowo - źle. Mój bezpośredni przełożony nie potrafi chyba powiedzieć jednego zdania bez kilku kurw. Ale kurwa jest już tak powszechnym słowem, że na nikim chyba nie robi wrażenia. No, może prawie na nikim. A tak nawiasem mówiąc, wiecie może co znaczy staropolskie słowo "kurwa"?

            Ja jestem oportunistą. Co nie znaczy że nigdy nie zdarza mi się kląć. Staram się jednak panować nad sobą, a swoich przekleństw i kloacznego słownictwa się wstydzę. Nie używam jednak (poza uzasadnionymi przypadkami, tak jak tym razem) słów typu jebać czy pierdolić.

            Kiedyś spytałem się jednego z ludzi (on chyba magister, a jego żona na pewno - uczy j. polskiego) czy wie skąd wzięło się słowo jebać? Nie miał pojęcia. A używał go nagminnie. Zastanów się, myślę sobie, nad tym co mówisz, jak mówisz i do kogo, ale to pewnie już wyższa szkoła jazdy, na którą niewielu stać.

            Niedawno w pracy, raptem ktoś mówi do mnie - zjebałeś? A ja mu odpowiadam - nie. Po prostu popsułem to. Widzę konsternację w oczach. Ale pewnie nie do końca człowiek zrozumiał o co mi chodzi. Gdy dwa dni temu przyszedł do mnie przełożony i zapytał się, czy wypierdolę to dzisiaj? Odpowiedziałem dość ryzykownie, że wypierdolić to nie wypierdolę, ale postaram się zdążyć dzisiaj to skończyć.

            W jakim świecie żyję? Otóż w takim świecie żyję droga hubabubo, acz nie podoba mi się to. Ty może żyjesz w troszkę innym, może nie w aż tak naładowanym chamstwem słownym, a być może Cię to nie razi tak jak mnie. Mi jednak wszelakie prostackie słownictwo odnoszące się do tego co znajduje się między kolanami a brzuchem przeraża, a raczej powiedziałbym odraża.

            A skąd się to bierze? W jaki sposób jest najłatwiej upowszechniane? Gdzie dostajemy na to przyzwolenie? Ja myślę, że jednak w mediach. Rodzice mają też na to duży wpływ, nie powiem. Ale jeżeli taki Wojewódzki, taka Doda, Chylińska czy Maria Peszek dają przyzwolenie na kloaczne słownictwo to dlaczego mają tego nie używać piekarze, monterzy, szwaczki, sklepowe czy też młodzież szkolna tak podatna na wszelkiego rodzaju nowinki czy też bunt wobec starszych. Mało tego. Ostatnio zwróciłem uwagę, że nawet ludzie tacy jak Magda Gessler tak zaczynają mówić. Czyli obniżanie poziomu kultury językowej dotyczy już nie tylko młodego pokolenia.

            Hubabubo. To, że żyję w takim świecie nie musi oznaczać, że mi się to podoba. Że muszę to akceptować i też tak właśnie żyć. Ja wiem, Maria Peszek używa nowosłowów. W jej przypadku nie jest to aż tak ordynarne. Ale jest to ten kierunek który mi się nie podoba i przeciwko któremu ja występuję. A sama autentyczność to o wiele za mało. Tak jak te "artystyczne dzieła" malowane trąbą przez słonia.

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Maria Peszek - artystka kontrowersyjna.

środa, 10 października 2012 18:23

 

            Artyzm, artysta, artystyczny... ktoś powie, my artyści. I może ma do tego prawo. Ale kim jest artysta i kiedy możemy mówić o dziele artystycznym? Weźmy na przykład taką fotografię. Kiedy możemy mówić, że mamy do czynienia z dziełem artystycznym? Wszak chyba nie każde zrobione zdjęcie zasługuje na miano artystycznego.

            A namalowany na płótnie obraz olejny? Pamiętam jak kiedyś wystawiono i sprzedawano po całkiem wysokich cenach coś co namalował, a raczej nabazgrał... słoń. Tak, tak. Prawdziwy słoń. Czy możemy w takim wypadku mówić o malarstwie? Wątpię.

            Moja żona dobrze gotuje, ale czy można powiedzieć, że uprawia ona sztukę kulinarną?

            A pamiętacie może Stuhra, który śpiewał piosenkę "Śpiewać każdy może...". Jasne że pamiętacie. Później jednak ukuto dobre powiedzenie, że śpiewać każdy może ale nie każdy powinien.

 

            Maria Peszek. Polska aktorka (jakoś nie kojarzę) i piosenkarka, ostatnio udzieliła dość dramatycznego wywiadu Jackowi Żakowskiemu w Polityce. Mówiła o swoim załamaniu psychicznym i o walce z tą chorobą. Wywiad przeczytałem, ale jakoś za bardzo nie wywarł na mnie on wielkiego wrażenia. Większe moje zainteresowanie wzbudził wywiad jakiego udzieliła TUTAJ. Możecie obejrzeć i posłuchać.

 

            Ale przy okazji tego, co ona mówiła o sobie, przypomniałem sobie (ja, sobie) kilka jej piosenek i zacząłem się zastanawiać właśnie nad ich wartością artystyczną. Ile one są warte? Co, są warte? Powiem, że mi za bardzo nie odpowiadają jej teksty. Teksty, które ona prezentuje. Nie będę się za bardzo wypowiadał, o jej warsztacie jako piosenkarki. Myślę, że nie jest najgorzej, chociaż czy wygrała by ona w takim programie jak "Mam talent" to można mieć duże wątpliwości. Nie rozumiem jednak dlaczego obrała sobie ona za swój znak rozpoznawczy wulgaryzmy językowe.

            Pani Maria musi być wulgarna, a jej słownictwo oscylować na poziomie między kolanami, a brzuchem. Nie powiem, taki Hujawiak, nawet interesująco brzmi, ale po co to? By wzbudzić zainteresowanie.

            Pamiętam jak śpiewała:

Są kobiety pistolety
i kobiety jak rakiety
chude, długie i wysokie
z wydepilowanym krokiem.


            No są. Ale czy to jest tekst na piosenkę. Czy tak śpiewają artyści. Rozumiem, gdzieś w barze, w kawiarnianym gwarze, coś takiego usłyszeć, ale na scenie...

 

            Pamiętam jak ktoś kiedyś powiedział mi, że o prawdziwej sztuce można mówić po stu latach od jej powstania. Jeśli nadal istnieje, jeśli nadal ma zwolenników to, to jest prawdziwe dzieło artystyczne.

            Sto lat, to może trochę za dużo. W dzisiejszym świecie, gdy wszystko tak szybko się zmienia, powiedziałbym o ćwierćwieczu. Czy za 25 lat, ktoś będzie słuchał obecnych piosenek Marii Peszek. Ja mam wątpliwości. A Wy?

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  5 127 227  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 5127227
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 13198
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3507 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl