Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 222 167 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Biała wstążka

wtorek, 30 listopada 2010 23:51

 

 

             Właśnie obejrzałem film w reżyserii Michaela Hanake (tym od Funny Games czy od Pianistki). Film pt „Biała wstążka”. Tu wszystko jest perfekcyjnie zrobione. Scenografia – wyśmienita. Dobór aktorów – doskonały. Treść, narracja, od samego początku do samego końca napięcie – jednakie i przykuwające uwagę. Wszystko niby się spokojne, wyważone, ułożone, i non stop czujemy, że to wszystko musi wybuchnąć. Bo przecież, jak długo tak można. I wybucha. Wybucha, I Wojną Światową. Ale nie o tym jest film.

            Film jest bowiem o społeczności zamieszkującej wioskę i przynależnym do niej dworze. O fanatyzmie, dyscyplinie, stosunkach międzyludzkich, i zależnościach międzyludzkich. O tym, że chłop jest zależny od swego barona, wierny od swego pastora, kobieta od mężczyzny, a dziecko od ojca.

            O treści wydarzeń jakie dzieją się na przestrzeni niewiele dłuższej niż jednego roku dowiadujemy się z narracji wiejskiego nauczyciela. Akcja zaczyna się od wypadku jaki miał lekarz wracający konno do domu. Ktoś rozciągnął drut między drzewami i koń potknął się wyrzucając jeźdźca z siodła. Ten złamał sobie bark. Innym razem ktoś powiesił za nogi i wychłostał dziecko barona. Ktoś zginął podczas młócki. Ktoś zniszczył pole kapusty itd. Wszystkich tych czynów dopuścił się oczywiście człowiek. Ale kto? Napięcie w wiosce narasta.

            Kto jednak jest winny następującym po sobie dramatom? To nie pojedynczy człowiek. To sytuacja w której się ludzie znaleźli. Zależności między nimi. Tradycja. Winni są dorośli. Dorośli którzy nie potrafią zmierzyć się z wyzwaniami dnia codziennego

            Mimo tego jednak, że dziejąca się akcja filmu jest nam opowiadana przez dorosłego nauczyciela, to możemy powiedzieć, że głównymi bohaterami są tu jednak dzieci. Dzieci tajemnicze, milczące, przyjmujące swoje kary z pokorą. Tytułowa biała wstążka czyni tu rolę pokutną. Dzieci które zachowują się niegrzecznie, niemoralnie, nieposłusznie, oznakowywane są białą wstążką, która w zadaniu swoim ma przypominać dzieciom o panujących zasadach.

            Nie bez powodu, film jest zrobiony w konwencji czarno – białej. To dodaje nastroju mu nastroju. Surowości. Obsypany nagrodami. Ukazujący narodziny skrajnych postaw, choćby takich jak faszyzm. Ogólnie mówiąc, tym którzy jeszcze nie oglądali, polecam.

 

 

 

 

            Moja ocena filmu to: 7,5/10  do 8/10

 

 

            Przypatrzcie się minie tego chłopca na plakacie. Taki właśnie jest film.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Płać abonament

poniedziałek, 29 listopada 2010 8:40

 

 

 

            Jak doniosła prasa, Robert Janowski zarabia 240 000 zł miesięcznie. Robert Janowski, to taki miły pan, który w TVP1 prowadzi program rozrywkowy „Jaka to melodia”. Pan jest miły, program też przyjemny, oglądalność więc od lat jest na wysokim poziomie. Telewizja więc publiczna płaci mu 240 000 zł miesięcznie.

            Pamiętajcie więc drodzy widzowie o abonamencie. Robert Janowski zarabia 240 000 zł miesięcznie. Abonament trzeba płacić, bo to jest wasz obowiązek. I nie ważne jest to, że zarabiacie jeden, półtora, czy nawet dwa, a może poniżej jednego tysiąca miesięcznie. Abonament macie obowiązek płacić. Robert Janowski zarabia 240 000 zł miesięcznie.

            Jeśli nie oglądacie telewizji publicznej – nie szkodzi. Abonament macie obowiązek płacić. Nawet jeśli posiadacie zepsuty telewizor. Abonament telewizyjny macie obowiązek płacić. Robert Janowski zarabia 240 000 zł miesięcznie.

            Telewizja publiczna ma przecież szczytne cele. Ma uczyć, edukować, szerzyć kulturę na wysokim poziomie. Ma ponadto misję do spełnienia. Abonament telewizyjny należy więc koniecznie płacić. Robert Janowski zarabia 240 000 zł miesięcznie.

           Dla porównania, prezydent Polski zarabia, razem z dodatkami około 20 000 zł miesięcznie - brutto. Nie przysługuje mu formalnie prawo do urlopu.

            Płaćcie abonament, bo nasza kochana telewizja padnie! Płaćcie! Co, nie słyszeliście apeli, pracowników telewizji mówiących o złej kondycji finansowej polskich mediów? To przez Was! Nie płacicie! Robert Janowski zarabia 240 000 zł miesięcznie.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (923) | dodaj komentarz

Bohaterki, czy też nie?

niedziela, 28 listopada 2010 20:24

 

            Pani Aleksandra jest młodą, ładną, zadbaną kobietą. Ma kochającego ją męża i ma też rodzinę, która ją wspiera. Można by powiedzieć, że do szczęścia jej niewiele potrzeba. Za mąż wyszła wcześnie. Swoje dziecko urodziła mając osiemnaście lat. I wydawałoby się, że życie ściele się przed nią różami. Tylko że Iza, córka Aleksandry urodziła się z przepukliną mózgową i do tego z wodogłowiem. Szok. Tragedia. Desperacja. Cóż tu począć zważywszy że stan dziecka jest właściwie beznadziejny.

            Pani Ola jednak się nie poddawała. Zaczęła walczyć, starać się o ratowanie swojej córki. I stał się cud. Jej wysiłki zaczęły przynosić rezultaty. Ludzie dobrej woli, ludzie z USA zaoferowali się, dokonać za darmo operacji ratowania dziecka. Dziecko zaczęło wyglądać normalniej. Pomału wracać do zdrowia. Jednak jedna operacja nie kończy dzieła medyków. Z takim przypadkiem jakim jest mała Iza, trzeba kontynuować leczenie. A leczenie jest drogie i skomplikowane. Ktoś musi pomóc.

            Fundacja, która pomagała matce już nie istnieje. Polska służba zdrowia poniekąd umywa ręce. Zmieniły się czasy i ludzie. A trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że Iza nigdy już chyba (nie jestem medykiem więc moje zdanie nie jest pewnikiem) nie będzie funkcjonować jako normalny człowiek. Człowiek w pełni władz fizycznych i umysłowych. Do końca swojego życia, będzie człowiekiem niepełnosprawnym i wymagającym opieki. Leczenie Izy wymaga oczywiście dużych pieniędzy. Bardzo dużych pieniędzy. Ja jednak zastanawiam się również nad potrzebą leczenia.

            Pani Aleksandra walczy. Podziwiam ją. Podziwiam ją za hart ducha. Za determinację. Za wolę walki. Tylko ja, jak to ja. Ja zadaję pytanie. Po co? Wiem. Wiem, że to nie ludzkie z mojej strony zadawać takie pytanie. Ale też myślę sobie, że dziecko to jest ciągle narażone na cierpienie. Cierpienie życia. Bo czy za każdym razem należy przedłużać ludzkie życie, nawet kosztem cierpienia? Jeżeli oczywiście z punktu widzenia medycznego, można człowieka wyleczyć, to należy robić wszystko aby to zrobić, jednak jeśli wyleczenie nie nastąpi to po co to robić? Dla kogo? I jakim kosztem?

 

 

 

            Małgorzata ma 27 lat. Zajmuje się wychowywaniem ośmiorga dzieci. Czwórka to jej rodzeństwo. Matka jej już nie żyje, a rodzeństwo jest nieletnie, wymaga opieki. Małgorzata więc zajmuje się rodzeństwem by to nie zostało zabrane do Domu Dziecka. Żyją oni w biedzie, ale radzą sobie jak mogą. Dom w którym mieszkają to waląca się ruina. Deszcz, śnieg wdziera się przez dach i za próg. Na żywność brakuje pieniędzy dzień w dzień. Nie ma tu przyzwoitych warunków życia, nie mówiąc już o jakichkolwiek luksusach.

            Pani Małgorzata nigdzie nie pracuje. Nie ma męża, ale za to ma również czwórkę swoich własnych dzieci. Najmłodsze ma kilka miesięcy. Niedawno przyszło na świat i wszyscy je oczywiście bardzo kochają.

            Małgorzata jest pracowita. Mieszkańcy wioski to podkreślają. Kocha swoją rodzinę. Wierzę w to. Ale czy naprawdę jest to osoba odpowiedzialna? Tu miałbym wątpliwości. Bo jaka odpowiedzialna osoba sprowadza na świat kolejne dziecko nie zapewniwszy mu przyzwoitych warunków. No jaka? Proszę mi odpowiedzieć. Brak środków do życia dla dotychczasowych mieszkańców tegoż domu, a tu powiem grubiańsko, jeszcze jedna gęba do wyżywienia.

            Małgorzata do pracy nie pójdzie. Kto bowiem zaopiekowałby się dziećmi. Zresztą, nawet gdyby poszła gdzieś pracować, to ile ona zarobi? 1000 – 1200 na rękę. Pewnie nie więcej. I co jej to da? Z zapomogi na tak liczna rodzinę przecież można wyciągnąć więcej. Czyż nie?

 

 

            Oba opisane powyżej przypadki pochodzą z ostatniego odcinka „Sprawy dla reportera”, Elżbiety Jaworowicz. Jednak nie te przypadki są sednem mojego dzisiejszego wpisu. Dziś chciałbym Was moi drodzy czytelnicy i czytelniczki, zainteresować również inną osobą – Ewą.

            Ewa jest dziewczyną… Oj przepraszam. Powinienem powiedzieć  - kobietą (przecież od dawna jest już pełnoletnia) piszącą swój bloog. Nic w tym dziwnego, ktoś powie, wielu ludzi przecież to robi. Ale Ewa swój bloog poświęca córce. I w tym nie byłoby nic dziwnego. Bo przecież wiele mam, chwaląc się i ciesząc swoimi dziećmi, to też robi. Jednak Ewa urodziła dziecko kalekie. Ania, jej córka choruje na Osteogenesis Imperfekta, czyli mówiąc językiem normalnym, na wrodzoną łamliwość kości. Chorobę genetyczną i dziedziczną. No cóż. Choroby chodzą po ludziach. Każdemu mogło się to przytrafić. Dziecko w swym nieszczęściu ma to szczęście, że ma chociaż kochających je rodziców.

            Ewa i jej mąż, kochają Anię. Co do tego można powiedzieć, nie ma wątpliwości. Ale czy na pewno? Ewa, by się w tym momencie na mnie obraziła. Pewnie i popłynęły by łzy. Jednak ja, jak to ja, potrafię spojrzeć na świat i innymi oczami.

            W czym rzecz? Czego ja się czepiam? Otóż ja widzę to trochę inaczej bo… Ewa sama jest chora na Osteogenesis Imperfekta. Cierpi na tą chorobę od urodzenia. Mimo swojego schorzenia, poznała mężczyznę który ją pokochał i zdecydował się z nią żyć. Pięknie. Nikomu nie bronię prawa do szczęścia. Zdecydowali się na wspólne życie – ich święte do tego prawo. Ale, pytam się całkiem serio, czy mieli prawo, świadomie powoływać do życia, kalekie dziecko?. Dlaczego to zrobili? Po co?

            Ja im nie zazdroszczę. Im nie współczuję. Oni i pewnie ode mnie by tego nie chcieli. Od takiego prostaka i chama jak ja nic by pewnie nie chcieli. Nie w tym jednak rzecz. Ewa wie co znaczy żyć z tą chorobą. Sama dobrze wie, z jakimi problemami przyszło jej się borykać w życiu. Jeździ na wózku inwalidzkim, jest karłowatego wzrostu, ma trudności z samodzielnym poruszaniem się, często choruje czy też po prostu, łamie kości. I taki właśnie los, świadomie zgotowała swojemu dziecku.

            Ania skończyła już 4 lata. Nie chodzi. Wymaga stałej opieki lekarskiej i rehabilitacyjnej. Ciekawe co jej, jej matka odpowie, gdy kiedyś zada to samo pytanie jakie ja zadaję. Po co sprowadziłaś mnie na świat? Dlaczego?

            Teraz Ania jest jeszcze dzieckiem. Jeszcze nie do końca rozumie sytuacji w jakiej się znajduje. Rodzice kochają ją i troszczą się o nią jak mogą. Ojciec pracuje jako tłumacz języka angielskiego. Matka urządza różne akcje charytatywne dla dziecka. Tworzy fundacje na jej rzecz. Wyciąga ręce skierowane po pomoc, na wszystkie strony. Tego wszystkiego można by było jednak uniknąć, nie decydując się na dziecko.

            Jednym więc zdaniem mówiąc, uważam że świadome powoływanie do życia chorego dziecka jest czymś złym. Bardzo złym.

 

 

            Opisałem powyżej przypadki trzech kobiet. Kobiet borykających się z życiem. Kobiet, którym przyszło opiekować się i walczyć o życie swoich małych dzieci. Bohaterki to czy też nie? Sami oceńcie.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Granice miłości

czwartek, 25 listopada 2010 17:25

 

            Miłość nie jedno ma imię. Czasami chciało by się powiedzieć. Często zastanawiam się widząc parę jakichś ludzi, co ich połączyło. Ona, na przykład, ładna, miła delikatna. On, prostak i gbur, a na dodatek wątpliwej urody. Kiedyś na sąsiedniej ulicy, mieszkało takie młode małżeństwo. Ona niska szczupła delikatna, on gruby jak beczka. Ze 150 kilo mógł ważyć. Co ich połączyło? Bliski mi kolega, powiedział mi kiedyś, że jak się rozstawali ze swoją żoną, to powiedziała mu, że wyszła za niego dla pieniędzy. Musiało zaboleć. Ale może i to była prawda. On posiadał swój sklep. Miał wysokie obroty. Świetnie zarabiał. Ona była wtedy jeszcze uczennicą, gdy się poznali. Finansował jej studia – bardzo dobrze się uczyła. On kupił mieszkanie. Dla niej przeprowadził się, a później…

            Sylwia jest właścicielką restauracji. I lubi seks. Seks bez zobowiązań. Często taki na jeden raz.. I często spotyka się z różnymi facetami. A to z jednym ze swoich kucharzy, a to znów z jakimś bogatym klientem, czy też zwykłym, napotkanym przypadkowo człowiekiem. Nie sprawia jej to różnicy.  Dziwne to, bo ona to ładna, inteligentna i zaradna kobieta. Oni natomiast to zupełni przeciętniacy.

            Gina też jest ładna i choć jest tylko gospodynią domową, można powiedzieć, że jest w niej to coś.. Ma czwórkę dzieci i męża. Odkładają właśnie na nowy dom. Ale Gina spotyka się z innym mężczyzną. Meksykaninem. Człowiekiem który nijak nie pasuje do niej. I jeszcze to miejsce ich schadzek. Stara brudna przyczepa, pozostawiona gdzieś na odludziu. Na pustyni. A Gina przecież jest schludna, czysta inteligentna.

            Z bohaterek mamy tu jeszcze do czynienia z małą bystrą i rezolutną Marią i stającą się już pomału kobietą, Marianą. Tajemniczą, zamyśloną Marianą, która zakochuje się w Santiago. Za tą miłość oboje zostaną znienawidzeni przez swoich bliskich. Ich rodziny bowiem nie mogą pojąć i zaakceptować tego związku.

              Film „Granice miłości” to film kilku bohaterów. To film kilku historii. Każda z nich opowiada o dziwnej, nietypowej miłości człowieka do człowieka. Kobiety do mężczyzny, czy też odwrotnie. Ojca do córki, dziewczyny do chłopaka. To i historia o przyjaźni. Dużo tego. Starczyło by pewnie i nie na jeden scenariusz, a tu mamy wszystko upakowane w stu minutach oglądania. A na dodatek wszyscy nasi bohaterowie są tu poważni. Tu nie ma śmiechu, radości, wesołości które na ogół towarzyszą zakochanym w sobie parom. Ludzie których tu spotykamy są poważni, zamyśleni, doświadczani życiem.

            Reżyser, a zarazem scenarzysta, Guillermo Arriaga ( filmy Babel, 21 gramów), zaprosił do współpracy przed kamerami Charlize Theron i Kim Basinger, aktorki świetnie spisujące się w swoich rolach. Ale nie można powiedzieć nic złego też i o męskim towarzystwie. Joaquim de Almeida, John Corbett i Brutt Cullen. Spisali się oni nienagannie. Mi jednak bardzo się spodobały postacie zagrane przez młodszych aktorów J.D. Pardo i Jennifer Lawrence, która w rolę Mariany wcieliła się wręcz doskonałe. Chciałbym ją jeszcze kiedyś zobaczyć w jakimś filmie.

            Film smutny, ale przede wszystkim uczący nas tego, że nie wszystko w rzeczywistości wygląda tak, jak to się nam wydaje, że jest. Dziwne są losy człowieka i dziwne są jego wybory A może nie? Może po prostu przed oceną, trzeba by było bliżej się zapoznać z konkretnym przypadkiem?

 

 

 

            Moja ocena filmu to: Blisko 8/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

To cytat. Nie plagiat.

środa, 24 listopada 2010 20:57

 

            Żeby nie było, że to plagiat. Przyznaję się do ściągnięcie tego, co do słowa. A wszystko pochodzi z tego bloga. A teraz czytajcie i zastanawiajcie się, w jakim kraju my żyjemy?

 

   "Jestem kobietą szczęśliwą. Rano wstaję razem z moim mężem i gdy on goli
 się w łazience, przygotowuję mu pożywne kanapki do pracy.
    Potem, gdy całuje mnie w czoło i wychodzi, budzę naszą piątkę
 dzieciaczków, jedno po drugim, robię im zdrowe śniadanie i głaszcząc po
 główkach żegnam w progu, gdy idą do szkoły.
   Zaczynam sprzątanie. Odkurzam, podlewam kwiatki, nucąc wesołe piosenki.
 Piorę skarpetki i gatki mojego męża w najlepszym proszku, na który stać
 nas dzięki pracy mojego męża, i rozwieszam je na sznurku na balkonie.
   W międzyczasie dzwoni często mamusia mojego męża i pyta o zdrowie
 swojego dziubdziusia. Teściowa jest kobietą pobożną i katoliczką, znalazłyśmy więc
 wspólny punkt widzenia. Po miłej rozmowie, jeśli już skończyłam pranie i
 sprzątanie, które dają mi tyle radości i poczucie spełnienia się w
 obowiązkach, idę do kuchni i przygotowuję smaczny obiad dla naszego
 pracującego męża i ojca, który jest podporą naszej rodziny i dla naszych
 pięciu pociech. Kiedy już garnki wesoło pyrkoczą na gazie, a mieszkanie
 jest czyste, pozwalam sobie na chwilę relaksu przy płycie z Ojcem Świętym i
 robię na drutach sweterki i śpioszki dla naszej szóstej pociechy, która jest już
 w drodze, a którą Pan Bóg pobłogosławił nas mimo przestrzeganego
 kalendarzyka, co jest jawnym znakiem Jego woli. Nie włączam telewizji, ponieważ płynący z niej jad i bezeceństwo mogłyby zatruć wspaniałą atmosferę naszej
 katolickiej rodziny..
 Czasami haftuję tak, jak nauczyłam się z kolorowego pisma dla katolickich
 pań domu, albowiem kobieta nie umiejąca haftować nie może się w pełni
 spełnić życiowo. Kiedy moje dzieci wracają ze szkoły radośnie świergocząc,
 wysłuchuję z uśmiechem, czego dziś nauczyły się w szkole.
 Opowiadają mi o lekcjach przygotowania do życia w rodzinie, których
 udziela im bardzo miła pani z przykościelnego kółka różańcowego. Córeczki proszą,
 abym nauczyła je szyć, ponieważ chcą być prawdziwymi kobietami, nie zaś
 wynaturzonymi grzesznicami z okładek magazynów, chłopcy natomiast szepczą
 na ucho, że na pewno nigdy nie popełnią tego strasznego grzechu, który polega
 na dotykaniu samych siebie, ani nie będą oglądać zdjęć podsuniętych przez
 samego Szatana. Karcę ich lekko za wspominanie o rzeczach obrzydliwych,
 lecz jestem szczęśliwa, że wczesne ostrzeżenie uchroni moich dzielnych chłopców
 przed zboczeniem i abominacją. Mój maż wraca z pracy po południu. Witamy
 go wszyscy w progu, po czym myje on ręce i zasiada do posiłku, a ja podsuwam
 mu najlepsze kąski, aby zachował siłę do pracy. Potem mój mąż włącza
 telewizor i zasiada przed nim w poszukiwaniu relaksu, a ja zmywam talerze i garnki i
 zabiera jego skarpetki do cerowania, słuchając z uśmiechem odgłosów meczu
 sportowego w telewizji. Wieczorem kąpię nasze pociechy i kładę je spać.
 Kiedy wykąpiemy się wszyscy, mój mąż szybko spełnia swój obowiązek
 małżeński, ja zaś przeczekuję to w milczeniu, ze spokojem i godnością
 prawdziwej katoliczki, modląc się w myśli o zbawienie tych nieszczęsnych
 istot, które urodziły się kobietami, ale którym lubieżność Szatana rzuciła
 się na mózgi, które w obowiązku szukają wstrętnych i grzesznych
 przyjemności. Zasypiam po długiej modlitwie i tak mija kolejny szczęśliwy
 dzień mojego życia. "


A teraz pytanie za 100 punktów - co to k.... jest ?
      Odpowiedź:
.FRAGMENT KSIĄŻKI
 "Przygotowanie do życia w rodzinie" - autor Maria Ryś - podręcznik dla
 gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej o miłości, małżeństwie i rodzinie -
 zaaprobowany przez MEN i opłacony z Twoich podatków.

Cena detaliczna 20 zł

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zack i Miri kręcą porno

poniedziałek, 22 listopada 2010 18:34

 

           Oglądacie może pornosy? Ja tak. Czasami. I lubię to! :-) Ale tak na poważnie. Słuchałem, kiedyś wypowiedzi na ten temat, specjalisty. Swoje zdanie przedstawiał nie byle kto, jak sam Lew Starowicz. Profesor. Mówił on mianowicie, że to nic złego w oglądaniu takich filmów. Jeśli mają one na celu urozmaicenie naszego życia intymnego, jeżeli mają przynieść nam trochę rozrywki, radości. To czemuż by nie.  I ja absolutnie się z tym zgadzam. Była jednak rzecz o której wspomniał nasz seksuolog, a która utkwiła mi wtedy w pamięci. Otóż mówił on, że jest jedno ale. Bardzo zasadnicze, ale. Otóż jedną z podstawowych rzeczy jakie należałoby przestrzegać, jest to, aby takich filmów nie oglądali ludzie, którzy sami nigdy jeszcze nie zaznali osobiście uciech cielesnych.

            Jak to tak? Pomyślałem sobie. Dlaczego? I tutaj profesor zaczął wyjaśniać. Już nie pamiętam jego słów, ale sens był taki, że osoby które nie mają żadnych doświadczeń w tych sprawach, po obejrzeniu takich filmów mogą mieć bardzo wypaczony obraz seksu. I faktycznie. Po głębszym zastanowieniu się, muszę stwierdzić, że w całości zgadzam się z opinią profesora. Filmy takie to całkowicie przerysowany obraz rzeczywistości. No, może nie całkowicie i nie zawsze, ale przecież na ekranie najczęściej pomijane jest to, co możemy nazwać prozą życia. Dorośli wiedzą co mam na myśli.

             Jest taki film „Zack i Miri kręcą porno”. To komedia amerykańska opowiadająca o… No właśnie, o tym co jest powiedziane w tytule. Ale to nie jest pornos. Ot komedyjka, która jednak mnie nie rozśmieszyła. Film bardzo przeciętny, który poza przyjemną scenografią i jeszcze bardziej przyjemną Elizabeth Banks, nie prezentuje sobą nic ciekawego. Ja w każdym bądź razie dałem radę tylko niektórym fragmentom tego obrazu. Całości nie ogarnąłem.

 

 

 

 

 

            Moja ocena filmu to: maksymalnie 3/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wdowy

sobota, 20 listopada 2010 8:28

 

            Kobieto. Polko. Kobieto Polko. Jeżeli utyskujesz na swój los. Jeżeli twierdzisz, że masz źle. Że musisz robić zakupy. Sprzątać. Prać. Gotować. Jeśli uważasz, że za mało Ciebie w parlamencie. Na kierowniczych stanowiskach. Czy też w samym rządzie. I z tego powodu musisz organizować manify. Domagać się zrównania (?) praw mężczyzn i kobiet. Itd. Itd. Itd. To proszę kliknij na poniższy obrazek i przeczytaj sobie na dziewięciu stronach o tym, jak traktowana jest kobieta na świecie.

 

 


 

            Wiem. To co napisałem, to co jest napisane i na tych stronach, może wzburzyć u niektórych przedstawicielek płci pięknej, krew. Ale myślę sobie, że warto wiedzieć jednak, jak wygląda świat. Świat współczesny. Świat początku XXI wieku. I aż zgroza gdy pomyśli się, jak to wszystko było urządzone sto, dwieście, czy pięćset lat temu.



Podziel się
oceń
0
1

komentarze (16) | dodaj komentarz

Walkabout

czwartek, 18 listopada 2010 23:39

 

            Do tego filmu zachęcił mnie swoim wpisem „Zbit” cyt: „ Tak w filmie WALKABOUT na cywilizowanego męża patrzy moja najukochańsza aktorka Jenny Agutter - wie, że czeka ją z nim cywilizowane życie. I że czasem zatęskni za pustynią. Za jej nielicznymi oazami, wystarczającymi tylko do godnego życia.”. Cytat i zdjęcie, zachęcają.

 

             "Walkabout" to typowe kino drogi. To historia dwojga dzieci, rodzeństwa, starszej siostry i młodszego brata, którzy wędrują przez pustynię w poszukiwaniu cywilizacji. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest tragiczna śmierć ojca. Pewnie problemy finansowe. Teraz, kilkunastoletnia dziewczynka zmuszona jest do opieki nad kilkuletnim bratem. Do zapewnienia mu bytu, przetrwania i do zmierzenia się z naturą.

             W drodze przez pustynię towarzyszy im czarny chłopiec, Aborygen, rdzenny mieszkaniec tych terenów. Bez niego dawno by już zginęli. On przebywający właśnie na swoim walkabout, musi przejść próbę męskości. Białym dzieciom również to będzie dane.

            Historia tu opowiedziana, to pretekst do pokazania piękna Australii. Kontynentu odległego i tajemniczego. Jego przyrody. Mamy tu do czynienia ze wspaniałymi zdjęciami. Oglądamy piękno pustyni, fauny i flory tu żyjącej. Ale możemy i poznać zwyczaje Aborygenów. Ich sposoby na przetrwanie w niegościnnym dla człowieka terenie.

            Mamy tu do czynienia również z ciekawym spojrzeniem na problem mieszania się dwóch cywilizacji. Dwóch kultur. Musimy bowiem sobie zdawać sprawę, że jeszcze niedawno biały człowiek władający tym kontynentem nie uznawał jakichkolwiek praw, rdzennych mieszkańców. Aborygeni nie byli uznawani za ludzi . Zmieniło się to dopiero od 1984 roku,  a  13 lutego 2008 premier Australii wygłosił w parlamencie znaczące przemówienie, w którym przeprosił Aborygenów za dyskryminację i prześladowania, w tym praktyki tzw. skradzionego pokolenia.

            Ja oglądając ten film miałem nieodparte wrażenie, że oglądam powieloną historię przygód naszego Stasia Tarkowskiego i Nel Rawlison. Ale to już pozostawiam do porównania tym, co to znają i jedną i kruchą historię.

            Film ten to świetny montaż (naprawdę niecodzienna zbitka scen świata dzikiej pustyni i cywilizacji białego człowieka), przepiękne zdjęcia, dobra muzyka, lekka erotyka.

            Zbit napisał, że film ten, nie ma słabego punktu. No, z tym można by trochę podyskutować. Bo można by powiedzieć, że zabrakło mu trochę płynności. Jest parę scen jakby urwanych niepotrzebnie. Ale musimy przecież pamiętać, kiedy on powstał. Bo film liczy już sobie 40 lat, a to jest więcej niż liczy większość blogowiczów zaglądających do mnie, a przecież wtedy, cztery dekady temu, inaczej wyglądała X muza. Nieprawdaż?

 

 

 

            Moja ocena filmu to:… tak gdzieś do 9/10. Wysoko.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mecz z Wybrzeżem

środa, 17 listopada 2010 23:38

 

Jestem w pracy. Kolega, kibic piłki nożnej, mówi mi, że dziś będziemy grali mecz z Wybrzeżem Kości Słoniowej.

-Z jednym? Zapytałem z ironią w głosie, ale on nie zrozumiał mojego żartu.

Wygraliśmy aż 3:1. Słyszałem to w radiu. Zadowolony i wrzeszczący w niebogłosy spiker cieszył się jak diabli mówiąc jednocześnie, że pokonaliśmy silną drużynę Wybrzeża Kości Słoniowej. Nie znam się aż tak dobrze na piłce, ale tak sobie myślę, daleko im do Brazylijczyków, czy np. takich Włochów, czy nie?

A tak nawiasem mówiąc, będę musiał sobie zaraz poszukać, gdzie to jest to Wybrzeże, i ilu liczy mieszkańców.

Dobranoc.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Odlot

środa, 17 listopada 2010 23:28

 

            Zawsze mówiłem, że wspaniale jest mieć marzenia. A jeszcze wspanialej, móc je realizować. By móc to zrobić, nieraz trzeba trochę poczekać. Czasami trochę dłużej. Bo, a to taki problem, a to też inne wydatki…

             Film „Odlot” zawsze miał dobre recenzje. Jednak ja, nie mogłem się na niego zdecydować. Bajka – myślałem sobie, widząc zwiastun. Bajka dla dzieci produkcji Walta Disneya. To wszystko. Może i ładna, ale to rzeczy nie dla mnie. Jednak w jednym ze swoich programów „Kinomaniak” Artur Pietras, zaprezentował fragmenty różnych filmów poświęcone śmierci. Umieraniu. I znalazł się tam też, fragment z tej kreskówki. Co jest grane? Pomyślałem sobie. Nie dość, że scenka mnie zaintrygowała to i wzruszyła. Trzeba będzie to przy okazji obejrzeć postanowiłem.

            Pierwsze jedenaście minut filmu, bardzo mnie wzruszyły. To jedna z lepszych scen jakie widziałem od dawien dawna. Streszczenie życia człowieka, a właściwie dwojga ludzi. Jej i jego. Od momentu pierwszego spotkania w dzieciństwie, poprzez wspólne dorastanie, marzenia, dorosłe życie, wspólne życie, problemy i radości, dorosłość i umieranie. Piękne to. Naprawdę! A później samotność starego człowieka, któremu nie pozostało już nic w życiu. Ale czy naprawdę? Czy naprawdę nie pozostaje nic oprócz gderania czy narzekania?

            N progu domu Carla Fredricksena staje mały Russell . Harcerz marzący o tym by uzyskać jeszcze jedną sprawność. Sprawność pomocnika seniora. I tu zaczyna się cała przygoda. Przygoda połączona z marzeniami z dzieciństwa. Połączona z niesamowitą podróżą. Z odkrywaniem niecodziennych rzeczy. I z uczeniem się. A tak naprawdę to ten film mówi jeszcze o wielu rzeczach, a w szczególności chyba i o tym, że na to wszystko o czym wspominałem przed chwilą, nigdy nie jest za późno. Bez względu na wiek.

            Ten film koniecznie trzeba zobaczyć.

 

           

            Daję mu ocenę bardzo wysoką bo aż: 9/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Duża ryba

wtorek, 16 listopada 2010 9:06

 

 

             Stary Edward Bloom znany jest z tego, że opowiada na podstawie swojego życia, niesamowite historie. Historie z tych, co to są zupełnie nieprawdopodobne. A to o jakimś olbrzymie terroryzującym miasto. A to o wiedźmie z jednym okiem. Innym znów razem o tym, że brał udział w napadzie na bank lub że poznał dwie kobiety z jedną parą nóg.

            Jego syn, gdy dorósł miał już dość tych niedorzeczności i uciekł z tego powodu z domu. Wcześnie się usamodzielnił. Jednak teraz, teraz gdy ojciec jest już stary i stoi na progu śmierci, przyjeżdża do domu rodzinnego, wraz ze swoją żoną, by pożegnać się z ojcem i spróbować zrozumieć przyczyny tych niesamowitych opowiadań.

             Film Tima Burtona „Duża ryba”, to film o umieraniu, o rozliczaniu się z przeszłością o konflikcie pokoleń i wzajemnym niezrozumieniu się. O próbie porozumienia. To historia życia człowieka który był dobrym i szczęśliwym człowiekiem. Całe życie kochał jedną kobietę i był przez nią kochanym. Miał jednego syna, którego mimo konfliktów zawsze darzył wielkim uczuciem. I miał też wielu, wielu przyjaciół, których spotkał na drodze swojego życia.

            Will, syn Edwarda po raz ostatni już chyba, próbuje doszukać się ziaren prawdy w opowiadaniach ojca i co ciekawe, rozłąka na którą się wcześniej zdecydował pozwala mu teraz z innego punktu widzenia spojrzeć na dziwaczne postępowania swego ojca. Rozmowa z pastorem, który ukazuje mu prawdziwą historię jego przyjścia na świat stawia przed nim jednocześnie pytanie, co jest w życiu lepsze? Pokolorować trochę swoje życie, czy trzymać się surowych faktów? A z drugiej strony, co jest prawdą, a co jest fikcją?

            Ja po obejrzeniu tego filmu zacząłem się zastanawiać, czy też samemu nie zacząć wymyślać trochę historie. Czy być może nie podkolorować trochę swojego życia. Bo z pewnością, było by ono bardziej ciekawe.

            Powiem Wam, że do filmu nabierałem przekonania w trakcie jego oglądania. To ciekawe, ale z początku nie dawałem mu za wysokiej oceny. Chciałem nawet z niego zrezygnować. Jednak w trakcie oglądania moja nota rosła i rosła. Aż w końcu urosła do 8.

 

 

            Filmowi daję więc ocenę: 8/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Chudy czy gruby

wtorek, 16 listopada 2010 8:57

 

      Człowiek, jako jednostka, żyje coraz dłużej. Mam oczywiści na myśli średni wiek życia. I tak każde następne pokolenie, powinno mieć średnią życia odrobinę dłuższą od pokolenia poprzedniego. A zawdzięczać to wszystko mamy rozwojowi cywilizacyjnemu. Odżywiamy się coraz lepiej. Żyjemy wygodniej, higieniczniej. Mamy coraz to lepsze możliwości ochrony własnego zdrowia Żyć nie umierać, chciałoby się zawołać. Byle tak dalej, a osiągnięcie setki,  w przyzwoitym stanie ducha i ciała, już tylko na przysłowiowe wyciągnięcie ręki.

            Ale czy na pewno? Podobno w tej chwili, w USA, a i w innych wysoko rozwiniętych krajach, zauważa się trend odwrotny. Podobno, pokolenie dzieci, które się teraz rodzą, będzie żyć krócej od pokolenia swoich rodziców. Co jest tego przyczyną? Paradoks, ale przyczyną tego jest dobrobyt. Za dużo jemy, a za mało się ruszamy. A później otyłość, choroby serca, stawów, cukrzyca, nerwica itd.

            Otyłość mi raczej nie grozi (nerwica tak). Zawsze byłem szczupły. W dzieciństwie wręcz chudy. Worek kości, można było kiedyś o mnie powiedzieć. Chociaż lubię dobrze zjeść, to nigdy to nie przekładało się na wagę. I pewnie z tego powodu, nie za bardzo do mnie dociera, jak to można mieć problemy, by schudnąć. Ot, po prostu, wystarczy mniej jeść, a więcej spalać. I to cała tajemnica.

Czasami zastanawiam się, chudy czy gruby? Co jest bardziej miłe oku. Ktoś powie, że najlepsze to, to co jest w sam raz. Jasne. Jednak ja myślę, że ważnym jest, byśmy panowali nad sobą w jedzeniu i w nie jedzeniu. Bo jeśli nie, to może nas czekać choćby coś takiego. Straszne.

 

 

 

 

Klikanie na powyższe zdjęcia tylko na własną odpowiedzialność. Autor blooga nie ma bowiem zamiaru ponosić jakichkolwiek konsekwencji za stan psychiczny, czy to fizyczny osób, oglądających takie potworności.



Podziel się
oceń
3
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

Ojciec Mateusz

poniedziałek, 15 listopada 2010 12:00

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Credo

niedziela, 14 listopada 2010 9:10

 

            Cóż znaczy Credo: „wierzę w Ducha Świętego, w święty Kościół powszechny”. O rzesz cholera! Dopiero teraz zrozumiałem. Tam jest przecież przecinek, a nie spójnik. To dlatego oni mają takie wysokie mniemanie o sobie. Duch Święty (trzecia osoba Boska) i Kościół Katolicki to, to samo.

             Polecam artykuł „Nie straszny będzie nam antyklerykalizm” ks. Adama Bonieckiego.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Mały Nicky

niedziela, 14 listopada 2010 9:02

 

           Pamiętam pewne wydarzenie ze swojego dzieciństwa. Chodziłem wtedy do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Byłem na lekcji religii. Siostra zakonna wyświetlała nam za pomocą rzutnika film o pewnym chłopcu. Otóż ten chłopiec, jeżeli dobrze pamiętam, był niegrzeczny. A gdy umarł, trafił do piekła. I wygląd tego piekła pamiętam do dzisiaj. Ognie piekielne, diabły z rogami i widłami w rękach. Pamiętam jak ten chłopiec zanurza się w jakąś otchłań, gdzieś w podziemia gdzie jest mnóstwo węgla. W tamtych czasach, na takiego dzieciaka jak ja taki obrazek przekazany w mrocznej i zapełnionej sali, robił wrażenie. Na pewno robił, bo przecież pamiętam to wydarzenie do dzisiaj.

            Piekło. Jak wygląda piekło? Najczęściej wyobrażamy je sobie, jako miejsce nieustających mąk piekielnych, gdzie diabły w kotłach pełnych smoły gotują nasze dusze (dlaczego te dusze mają kształt ludzi?). Przeokropne. Ale obraz taki utrwalony został w nas dzięki średniowiecznym malarzom (choćby Hieronim Bosch) i opowiadaniom księży. W ten sposób przecież najłatwiej było trafić do prostego człowieka. Nastraszyć go i przejąć nad nim kontrolę. Teraz o piekle często się mówi, że nie jest to miejsce, ale stan w jakim się znajdziemy. Stan ciągłego smutku, tęsknoty, braku Pana.

            Jak jest w rzeczywistości, tego oczywiście nikt nie wie, a nad tematem niech się zastanawiają ci, którzy w piekło wierzą. To przecież ich sprawa.

 

 

             Ja natomiast chciałbym Was zachęcić dziś do obejrzenia komedii „Mały Nicky”. Komedii w której mamy i piekło i diabły no i oczywiście moce piekielne. Ja już pewnie kiedyś wspominałem, że za komediami nie przepadam. Tym razem jednak zatrzymałem się na tym filmie. Lekka, łatwa, prosta komedyjka w sam raz na niedzielne (?) popołudnie. A opowiada ona o tym jak to trzej bracia diabły, synowie króla piekła, walczą między sobą o przejęcie tronu po ojcu. Dwaj starsi, prawdziwe diabły, nie mogąc osiągnąć celu, wyruszają na Ziemię, by tu stworzyć sobie swoje własne piekło. Najmłodszy nieśmiały i fajtłapowaty Nicky, fan heavy metalu, musi stoczyć z nimi walkę by uratować Ziemię, piekło i by powrócił porządek rzeczy.

            Film z takimi gwiazdami kina jak Adam Sandler, Patricia Arquette, Harvey Kitel, mnie ponuraka rozbawił. Myślę, że i Wam się spodoba i dlatego go polecam. Film dla Was i dla całej Waszej rodziny.

 

 

 

            Moja ocena filmu to: 7/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

sobota, 21 stycznia 2017

Licznik odwiedzin:  4 745 546  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 4745546
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 12228
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3261 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl