Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 977 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pogorzelisko

środa, 30 listopada 2011 9:23

 

            Po takim dniu, jaki miałem wczoraj w pracy, mam czasami wszystkiego dość. Zadaję sobie wtedy pytanie, dlaczego ja? Dlaczego ja muszę tak ciężko pracować? Dlaczego mam tak niewdzięczną robotę? Dlaczego wszyscy mnie wykorzystują, niedoceniają? Dlaczego na mnie skupia się wszystko co najgorsze, najcięższe, a do tego kiwają mnie jeszcze na zarobkach.

            Tak. Lubię się użalać nad sobą. Mam to jakby w naturze. Moja mama mówi, że jak tak dalej będę się katował to długo nie pożyję. A prawda jest taka, że za bardzo przykładam wagę do sprawiedliwości, uczciwości, ładu między ludźmi, zasad jakie powinny panować i obowiązywać wszystkich. A tego jest jak na lekarstwo i tego się nie da wyegzekwować

            Z drugiej jednak strony, wiem przecież, że ludzie są jacy są i ich się nie zmieni. Trzeba żyć własnym życiem i przestrzegać swoich wypracowanych zasad. Ich się trzymać, a jakoś to będzie. I nie narzekać (łatwo powiedzieć), a przynajmniej ograniczać narzekania, bo wielu jest takich co to ma w życiu jeszcze gorzej.

 

 

            Nawal Marwan urodziła się na południu Libanu w rodzinie chrześcijańskiej. Gdy już dorosła, gdy stała się kobietą pokochała mężczyznę. Palestyńskiego uchodźcę. Rzecz, wydawałoby się normalna, ale nie czterdzieści lat temu i nie na tamtych terenach. Cóż więc się dalej stało? Otóż zastrzelono po prostu faceta na jej oczach, a ona sama ledwo uszła z życiem. Co gorsza. Okazało się, że Narwal jest w ciąży. Okryła hańbą całą rodzinę. A rodzina przecież nie może jej pozwolić tak żyć. Narwal więc rodzi dziecko (synka) które jest jej zaraz zabrane. Ona jednak obiecuje mu, że zawsze będzie go kochać.

            W Libanie wybucha wojna domowa. Nasza bohaterka zostaje wplątana w politykę, a wszystko to bo poszukuje ona swojego zaginionego synka. Nie raz ociera się o śmierć. Ma wycelowaną lufę pistoletu w samą głowę, ale zawsze udaje jej się jakoś ujść z życiem. Jednak najwięcej cierpienia doświadcza trafiając do więzienia. Bicie, tortury, upokarzania, gwałty – to jej codzienność. Pewnie dlatego, aby nie oszaleć, zaczyna śpiewać. Zostaje nazwana więc śpiewającą. I znów dosięga ją tu tragedia. Znowu zachodzi w ciążę.

            Ale o tym wszystkim, my widzowie, dowiadujemy się ze wspomnień. Bo historię życia głównej bohaterki poznajemy od samego końca. Narwal Marwan bowiem właśnie umarła. Jej ostatnią wolę, odczytuje w obecności dwójki dzieci, jej pracodawca, a jednocześnie przyjaciel, notariusz.

            Testament jest bardzo dziwny. Zmarła bowiem zażyczyła sobie, aby pochowano ją nagą, twarzą do ziemi, odwróconą plecami do świata, bez trumny i bez nagrobku. A to do czasu gdy dzieci odnajdą swojego brata i wręczą mu przygotowane listy. Wtedy dopiero wyraża zgodę na normalny pochówek.

            Dużo faktów zdradziłem z filmu „Pogorzelisko”. Ale to nic. Nie martwcie się, bo to co najlepsze, to co najbardziej zaskakujące, a jednocześnie tragiczne ,to pozostanie jeszcze do odkrycia, gdy zdecydujecie się na poświecenie czasu i obejrzenie tego dzieła. A film ten jest dziełem wręcz ocierającym się o tragedie antyczną. I niejedna osoba mogłaby uronić łzę nad losem Narwal Marwan. Bo jej, faktycznie należy współczuć. Ona miała w życiu gorzej.

            Film wbija widza w fotel. Akcja rozwija się dwu, a nawet trzy- torowo. Współcześnie i przed czterdziestu laty. Pokazuje okrucieństwo i tragedię ludzkiego losu. Mówi o jednostce i o tym jak to często niewiele zależy od samego człowieka. Daje dużo do przemyślenia. I zadaje pytanie, czy prawda może człowieka wyzwolić? Czy należy dążyć do prawdy, do odkrywania przeszłości… Czy może lepiej zostawić za sobą to co było i żyć tylko teraźniejszością.

 

 

 

            Film szczerze polecam. Moja ocena to co najmniej 8/10. I jeszcze jedno. Tytuł, jest naprawdę świetnie dobrany.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Super 8

niedziela, 27 listopada 2011 19:45

 

            Nie lubię filmów dla dzieci. Przede wszystkim pewnie z tego powodu, że już dawno z nich wyrosłem, tak jak wyrasta się z krótkich spodenek. Ale też całe kino familijne mnie raczej nie bawi. Nie interesuje mnie. Jakoś… zestarzałem się pewnie.

            Ale czasami zdarzają się produkcje  co do których mogę śmiało powiedzieć, że i mi się spodobały. I jednocześnie mogę je również rekomendować. Rzadko na takie natrafiam, ale w natłoku produkcji filmowej i takie się zdarzają. To fakt. Kiedyś czymś takim był na przykład Shrek. A teraz trafiłem na dzieło wyprodukowane przez samego Stevena Spielberga – „Super 8”. Nie wiem dlaczego taki właściwie tytuł, z samego filmu raczej to nie wynika – może ktoś ma jakieś propozycje? (już nie trzeba – doczytałem się).

            Film to wycinek z życia kilku nastolatków. Dzieciaki mają coś co ja ze wszech miar zawsze pochwalam. Mają pasję. A jest nią właśnie - film. Robienie filmów. Jeden z dzieciaków jest reżyserem inny odpowiada za efekty specjalne, ktoś inny jest aktorem, a nasz główny bohater – charakteryzatorem. Pewnego razu podczas kręcenia swojej produkcji o zombi dostrzegają nadjeżdżający pociąg. To jest dla nich gratka i chcą wykorzystać ten fakt w swoim dziele, kierowanym na konkurs. Ale nie przypuszczają oni, że zaraz pociąg się wykolei, a przyczyną tego tragicznego wydarzenia jest ich nauczyciel biologii. On to z premedytacją zderza się z lokomotywą powodując olbrzymią katastrofę. Nawiasem mówiąc to dla samej tej katastrofy film warto obejrzeć, tak dobrze ona jest nakręcona.

            A później to dopiero akcja zaczyna się rozwijać. Bo do katastrofy zamiast służb ratowniczych, tak jak w takich przypadkach powinno chyba zawsze być, przyjeżdża wojsko. Ono to militaryzuje całą miejscowość a okoliczną ludność zbiera w jednym miejscu aby nikt się z niego nie wydostał. Ale nie byłoby przecież filmu, gdyby nasi dzielni bohaterowie nie ruszyli w miasto by rozwikłać zagadkę dziwnej katastrofy i by nie ratować swojej koleżanki porwanej przez… niebywałe monstrum pochodzące z kosmosu. Nawiasem mówiąc, owe monstrum jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, przypomina mi sławnego IT, ale trochę bardziej jakby posuniętego wiekiem.

            Dlaczego film się podoba? Ktoś napisał, że jest on robiony na wzór produkcji z lat 70/80. Ktoś inny pisze, że jest to prosta i porywająca historia. A ja powiem zwyczajnie. Film jest dobrze zrobiony. Cały czas trzyma w napięciu. Dzieciaki przekonywująco odgrywają swoje role i oczywiście wszystko dobrze się kończy. Pomijając oczywiście totalne zniszczenie miasta.

 

 

 

            Moja ocena filmu to; zdecydowanie 8/10. Bardzo dobra pozycja, zwłaszcza na sobotnio niedzielne wieczory i z pewnością dla całej rodziny.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wielka cisza

sobota, 26 listopada 2011 16:37

 

            Żyjemy w czasach gdzie wszyscy stale się śpieszą. Już dzieciaki w wieku gimnazjalnym nie mają na nic czasu. A to szkoła, a to zajęcia pozaszkolne, korepetycje, basen, dodatkowe lekcje tańca, rytmiki czy też angielskiego. Szybciej, więcej, dalej. Wyścig szczurów. Bo jak nie pędzisz razem z innymi to odstajesz, odpadasz, a później stajesz się nikim. Przynajmniej w oczach najbliższego otoczenia.

             Pośpiech liczy się w szkole, w pracy w domu. Tyle rzeczy jest jeszcze do nauczenia się. Tyle roboty jeszcze trzeba wykonać, a w domu… no cóż książki nieprzeczytane, filmy nieobejrzane, obejście nieposprzątane, zakupy nieporobione. A tu w odwiedziny trzeba iść.

            Ja tak mam. A Wy? Ja wciąż pędzę, gonię i im bardziej staram się łapać dzień, łapać chwilę, tym bardziej mi czas przepływa przez palce. Cóż więc zrobić? Macie może jakieś rady? Posłużycie jakąś pomocą potrzebującemu?

             Kiedyś pomyślałem sobie, że dla mnie, dobrym by było, spędzić trochę czasu w jakimś odosobnieniu. Dwa tygodnie bez pracy, bez rodziny, telewizji, komputera, Internetu, czy nawet prasy i książki. Gdzieś w jakiejś głuszy zaszyć się i… i nie myśleć o niczym. Tylko czy ja bym tak potrafił? Czy bym nie zwariował, gdy na co dzień moje myśli wciąż pędzą z prędkością wojskowego myśliwca?

            Gdzieś czytałem, że modnym stają się pobyty w klasztorach. Ponoć, niektóre klasztory oferują ludziom takie turnusy, gdzie można czas spędzić za murami. Nie ma tam hałasu, mediów, nie ma informacji docierających z zewnątrz. Trzeba tylko opłacić pobyt i wejść  w rytm życia tam panujący. Kiedyś nawet taki pomysł mi świtał, ale ja… ja bym tam nie wytrzymał. To nie moje klimaty.

 

 

            „Wielka cisza”. Na ten film czekałem dość długo. Jakoś trudno mi było do niego dotrzeć, a ciekaw byłem jak wygląda życie w klasztorze, więc szukałem i szukałem… I w  końcu udało mi się i… I poczułem się zawiedziony. Film mnie znudził, znużył. Nie dałem rady przebrnąć przez cały seans. Trzeba naprawdę mieć duże zaparcie, albo po prosu trzeba to lubić, aby dotrwać do końca. Życie zakonne w Wielkiej Kartuzji, największym zakonie kartuzów we Francji jest bardzo monotonne. To jest zrozumiałe. Ale reżyser,   Philip Gröning      zabiera nas w prawie trzygodzinna podróż do tego miejsca. To stanowczo za długo.

            W filmie nie ma oprawy muzycznej. Słuchamy tylko czasami psalmów kościelnych. Dialogi ograniczone są do minimum. Scenografia jest naturalna i bardzo skromna. Tu wszystko jest skromne. Całe życie naszych bohaterów. A oglądamy ich jak się modlą, jak jedzą, jak pracują…

            Taki znaleźli sobie oni sposób na życie. Ale czy chciałbym do nich dołączyć? Jednak nie. Nie dla mnie jest taka asceza. I myślę, że mało komu by przypadło do gustu takie życie. Zresztą, z tego co wiem, coraz mniej chętnych jest by tak żyć.

 

 

            Moja ocena filmu to; zaledwie słabe 5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jestem miłością

czwartek, 24 listopada 2011 21:00

 

            Przez żołądek do serca, chciałoby się powiedzieć, ale dzisiaj nie będzie o jedzeniu, chociaż ono pewną swoją rolę odgrywa. Dziś będzie o filmie trochę innym. Takim bardziej na poważnie. Takim co to nie jest przeznaczonym dla przeciętnego widza, a dla takiego który szuka kina ambitnego. Filmów tego rodzaju w dzisiejszych czasach jest stosunkowo niewiele, a takich co to są dobrze zrobione, jeszcze mniej.

             Polańskiemu (moim zdaniem oczywiście) przy produkcji „Autora widmo” trochę się nie udało za to Luca Guadagnino swoim filmem „Jestem miłością” jest o krok dalej. Nie jest to zapewnie arcydzieło które przejdzie do historii kina, ale… ale widać tu dobrą rękę twórcy.

         „Jestem miłością” to opowieść o rodzinie Ricchich. Są oni paskudnie bogaci i wpływowi. Poznajemy ich w dniu urodzin seniora rodu. Tego też dnia senior przekazuje decyzje co do swoich następców. Mają nimi zostać wspólnie jego syn i wnuk Edoardo. Ale to nie oni są tu głównymi postaciami tego filmu. Bo całość akcji tak naprawdę toczy się wokół Emmy - żony Tancrediego Ricchi. To w jego domu właśnie odbywa się cała uroczystość

         Ale jest jeszcze ktoś. Zawsze musi być ktoś jeszcze. To Antonio. Kucharz, a jednocześnie przyjaciel syna pani Emmy, Edoarda. Antonio przyszedł na uroczystość z prezentem. Sam go zrobił, jak to kucharz. Wręczył go i zaraz po prostu się ulotnił. I niby się nic wielkiego, ale pozostał jakiś smak.

            No i zaczęło się. Zaczął się gorący romans starszej, bogatej pani (Emmy) z młodym chętnym kucharzem.

            Film, jak już wspominałem, jest tego rodzaju co to ma ambicje. Dostał nawet kilka nominacji w różnych konkursach. I rzeczywiście, ma kilka niesamowitych atutów. Niezły scenariusz, dobra reżyseria, zdjęcia, muzyka… I są jeszcze dwie sceny, które mnie osobiście bardzo przypadły do gust. Pierwsza to ta która rozpoczyna sam film. Cała ta uroczystość rodzinna jest świetnie zrobiona. Czuje się tą współczesną arystokrację. Ten wielki świat, piękny dom, mnóstwo służby, wspaniale ubrani gospodarze. To wszystko robi wrażenie.

            Jest jeszcze scena jaka się rozgrywa między kochankami. Scena miłosna oczywiście. Gdzie jest dużo szczegółów, dużo zbliżeń. Widać nawet pojedyncze włoski na piersi Emmy. Pot i zmiany kolorów nas skórze Edoarda. Ociera się to wręcz o pornografię, ale tylko ociera. Mamy tu natomiast dużo czułości, dotyku, pieszczoty…

            Jakie życie wybierze dla siebie nasza bohaterka? Czym to wszystko dla niej się skończy? Tego oczywiście Wam nie powiem. Dla zachęty mogę jednak jeszcze dodać, (tak, żeby was zachęcić, podkręcić) że pochodzi ona z Rosji. Życie w kraju komunistycznym zamieniła na życie u boku kochającego ją męża w bardzo bogatej rodzinie kapitalistów zachodnich.

 

 

 

            Film oceniam na 8/10, a za największą jego wadę uważam urodę Tildy Swinton, odtwarzającej główną rolę. Ona jest… delikatnie mówiąc, brzydka. Ale to może tylko moje wrażenie.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pierwszy sukces na Euro 2012

środa, 23 listopada 2011 17:03

 

             Słyszałem, że Grzegorz Lato wycofał się z pomysłu koszulek naszej reprezentacji w piłce nożnej, bez orła białego. Zamiast orła, był znaczek PZPN-u. Kto mu ten głupi pomysł narzucił i dlaczego on się na to zgodził, stanowi dla mnie wielką zagadkę. Ale pewnie chodziło o kasę, jak najczęściej w takich wypadkach. Ktoś przecież musiał zrobić projekt, ktoś go zatwierdzić, ktoś inny musiał to wszystko wykonać… Dziwię się Lacie, a on powinien się z tego wytłumaczyć. Takie jest moje zdanie. Natomiast sam prezes, mówi że nie będzie się nikomu z niczego tłumaczył. Bo to jego sprawa. Ale chyba nie do końca. Już się słyszy że na najbliższym posiedzeniu zarządu może paść propozycja odwołania go z zajmowanego stanowiska.

 

            Ale nie ma co narzekać. Słyszeliście może, że nasza reprezentacja w piłce nożnej osiągnęła już swój pierwszy sukces w związku z Mistrzostwami Europy 2012? A tak, tak. Mamy sukces. I to wielki. I nawet jeszcze przed samym rozpoczęciem się imprezy. Nikt jeszcze takiego nie osiągnął. Chodzi mianowicie o to, że wszystkie reprezentacje chciałyby grać razem z nami w grupie. Takim się cieszymy powodzeniem.

            Gratulacje.

 

 



Podziel się
oceń
1
1

komentarze (9) | dodaj komentarz

Conan Barbarzyńca 3D

wtorek, 22 listopada 2011 19:43

 

            I jeszcze jeden film o tamtych czasach. Tamte czasy. Jak to nieprawidłowo brzmi w sytuacji, gdy przecież nie było żadnych takich, tamtych czasów. Fikcja. To wszystko. Ale niech będzie.

              O istnieniu postaci Conana, dowiedziałem się po obejrzeniu filmu Johna Miliusa „Conan Barbarzyńca”. Było to dawno temu, a ja młodzieniaszek byłem. Film więc mi się spodobał, a Schwarzenegger zwłaszcza. Później przyszła kolej na kontynuację filmu i oczywiście książki poświęcone temuż bohaterowi.

            Teraz gdy pojawiła się nowa filmowa wersja opowiadająca o przygodach bohatera, pomyślałem sobie, że obejrzę, ale tylko po to by móc porównać. Nie oczekiwałem bowiem epokowego widowiska. I dobrze zrobiłem. Dobrze że od samego początku podszedłem do filmu z dużym dystansem. Dzięki temu nie miałem wielkich oczekiwać, a co za tym idzie i nie otrzymałem rozczarowań.

             Powiem krótko. Pierwotna wersja mi się bardziej podobała.

 

 

            Po obejrzeniu dwóch filmów tego rodzaju, czekam teraz jeszcze na "Immortals. Bogowie i herosi".  Mam nadzieję, że będzie najlepszym z trójki.

 

  

            „Conana Barbarzyńcę 3D„ oceniam najwyżej na 5/10


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Thor

poniedziałek, 21 listopada 2011 17:53

 

            Dawno, dawno temu można było kupić pewien komiks. Nazywał się on… nazywał… (ładnych kilka godzin próbowałem sobie przypomnieć, jak?) Relax. Na łamach tegoż miesięcznika pokazywane były przygody niejakiego Thorgala. Potomka obcej cywilizacji wychowanego przez Wikingów. Postać była stworzona przez Polaka, Grzegorza Rosińskiego i jak na tamte czasy był to naprawdę fenomenalny komiks.

             A przypomniałem sobie o nim, bo właśnie obejrzałem coś podobnego. Ale w wersji filmowej. Mówię o filmie fantazy „Thor”.

            Do filmu nie będę namawiał. Dla niektórych bowiem, będzie on całkowitym badziewiem. Stratą czasu. Plastikową papką do oglądania. Innym natomiast, takim co to lubią komiksowych bohaterów fantazy może on się nawet spodobać.

            Treść kiepska. Przyznaję. Ale jest coś co robi wrażenie. To właśnie ta komiksowość. Plastikowość. Mnóstwo kolorów i błyskotek.

             I jeszcze coś co może przyciągnąć widza. Coś, a raczej ktoś, czyli Antony Hopkins i Natalie Portman.

 

 

 

 

             Moja ocena filmu: Tak z sympatii, trochę na wyrost, wiem, ale dam prawie 6/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Umowa o pracę i expose premiera w sprawie emerytur.

sobota, 19 listopada 2011 17:15

 

            Kończy mi się umowa o pracę. Już ładnych kilka lat pracuję w firmie, poznałem ludzi, robotę, wiem co, gdzie i kiedy, kto z kim i jak. Krótko mówiąc zadomowiłem się na dobre, ale umowa jest umową i właśnie kończy się. Robota nie lekka i może niezbyt ambitna, ale przez te lata pozwalała mi na spokojne życie w kwestii finansowej. I co z tego, można powiedzieć, że człowiek wracał często z pracy tak styrany, że ani ręką ani nogą mu się nie chciało ruszyć, ważne że na chleb czy mieszkanie starczało. A zawsze to się liczy. Co dalej?

            Nie lubię czekać. Nie cierpię niepewności. Na odchodnym więc złapałem torbę i szoruję do szefa. Mówię co i jak, lekko stremowany, a on robi zdziwioną minę i mówi, że ja mam jeszcze jakieś wątpliwości? Oczywiście że w firmie zostaję i umowę dostanę na najlepszych warunkach jakie w tej chwili obowiązują w zakładzie. Ulżyło mi. Właściwie tego powinienem się spodziewać, ale zawsze jest jakaś niepewność.


 

 

 

            We wczorajszym expose, premier Donald Tusk zapowiedział, że wydłuży mi wiek emerytalny o dwa lata. Czyli dwa lata dłużej będę teraz musiał pracować, by uzyskać prawo do emerytury. No tak. Niby się rozumiem. Sytuacja w kraju… brak pieniędzy… kryzys. Ale z drugiej strony to ni cholery nie przemawia do mnie jego argumentacja.

             Premier mówi, że ja będę musiał dłużej pracować. Ale mój sąsiad, dłużej już nie będzie musiał pracować. Dlaczego? Otóż on należy do tzw mundurówki. Nie wolno zmieniać zawartych przecież umów twierdzi Tusk. Ja zaczynając swoją karierę zawodową, zawarłem jakąś tam umowę z ZUSem. Według tej umowy miałem pracować do 65 roku życia i wtedy ZUS miał mi zacząć płacić emeryturę. Z moich składek oczywiście. Teraz premier rządu mówi, że zmieni moją umowę zawartą z ZUSem (moją umowę!!! - on). A z jakiej to racji, pytam się otwarcie. Ja z Rządem w niczym się nie umawiałem. Ja od Rządu nie dostaję ani uposażenia, ani też przyszłej emerytury (teoretycznie). Rząd płaci emeryturę policjantom - to fakt, z moich pieniędzy - to też fakt, bo policjanci nie płacą składek emerytalnych, - i to również jest fakt. Więc niech sobie Rząd zmienia zasady w resortach które należą do Rządu. Wara Tuskowi wsadzać nos między mną a ZUSem! Ale nie. Donald ma władzę i teraz będzie mi rzucał kłody pod nogi bo inaczej nie potrafi wzmocnić finansowo kraju.

            Skutki takich decyzji jednak będą raczej opłakane. Dlaczego? To proste. Jeżeli starzy będą musieli dłużej pracować, to gdzie znajdą zatrudnienie młodzi. Na rynku pracy już teraz jest tragedia. Olbrzymi procent bezrobocia wśród młodzieży. I ten procent dzięki takim decyzjom się zwiększy. Nie ma co mówić. Na pewno tak będzie. Chyba że młodzi będą jeszcze bardziej uciekać z kraju i wtedy będziemy jeszcze bardziej starzejącym się społeczeństwem.

            Z drugiej strony, znając realia, kto tylko będzie mógł, jak tylko będzie potrafił, będzie uciekał na rentę. Prawdziwe, czy też lipne renty. Nieważne. Ważne że ludzie będą się starali jakoś sobie radzić. Zwrócić należy też uwagę na to, kto będzie chciał trzymać starych pracowników. Do jakich zawodów bowiem nadają się sześćdziesięciokilkulatkowi? Będą kierowcami autobusów, tirów a może tramwajów? Może sześćdziesięcioletnia kobieta będzie fryzjerką cały dzień na nogach a może kasjerką pracującą w systemie w jakimś Teslo? Wyobrażacie sobie sześćdziesięciotrzyletniego murarza który buduje wieżowiec w Warszawie? Ja sobie takiego nie wyobrażam. A może ten murarz ma się przekwalifikować i zostać na stare lata powiedzmy…. fizykiem jądrowym?

             Wiem, że istnieją i też całkiem dobrze sobie radzą sześćdziesięciokilkuletni posłowie. W tym wieku pracuje też niejeden przedstawiciel tzw wolnych zawodów czy też właściciel małej firmy rodzinnej. Ale proszę mi powiedzieć, jak mają sobie radzić pozostali? Jak ma pracując na akord stary człowiek dorównać młodemu? Jak ma sobie poradzić murarz, kominiarz, spawacz, kucharz, kelnerka, fryzjerka, szwaczka...? Wy wiecie? Bo ja nie mam zielonego pojęcia. Nie mam zielonego pojęcia jak mają sobie poradzić i kto ich będzie chciał zatrudniać.

             Czarno widzę swoją przyszłość Panie Premierze, chciałoby się powiedzieć. I choć wiem, że przecież moje słowa nie dotrą tak daleko, tak wysoko to może gdzieś, ktoś, coś napomknie o tych sprawach. A może znów zmieni się władza i znów będziemy mieli reformę emerytur. Tylko czy ja tego doczekam?



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Krzyż

czwartek, 17 listopada 2011 11:29

 

             We wczorajszym programie „Za a nawet przeciw”, Kuba Strzyczkowski zajął się tematem krzyża. Tego oczywiście, który wisi w Sali Sejmowej.

            Temat wałkowany, można powiedzieć już do znudzenia, w każdej stacji radiowej czy telewizyjnej od dawna. Krzyż ma oczywiście swoich zwolenników jak i przeciwników. Wszyscy oni mają swoje „mocne” argumenty. Przeciwnicy mówią, że to nie miejsce dla niego, że to urąga jego godności. Że jego powieszenie to taka samowolka (budowlana?), że to niezgodne z konstytucją itd. Zwolennicy natomiast używają argumentów jego wyjątkowości, tego że krzyż jest symbolem pokoju (nie gołąbek?), że taka jest tradycja polska i że w końcu, komu to ma przeszkadzać?

            Mi - odpowiadam. Mi krzyż w tym miejscu przeszkadza. W sejmie mają się ścierać różne poglądy. Ma się dyskutować o polityce, o przyszłości Państwa. Sejm ma mieć charakter świecki. Tu dozwolone są jedynie symbole państwowości polskiej. A więc godło polskie, flaga narodowa i hymn. Nie ma więc żadnego rozsądnego argumentu, by wisiał tu symbol jednego z odłamów wiary chrześcijańskiej.

            A że nasze społeczeństwo jest w większości katolickie. No i co z tego? Ci którzy używają tegoż argumentu, czy oni sami takie właśnie poglądy by wyznaczali gdybyśmy byli w większości innego wyznania? Pewnie nie. Wtedy by krzyczeli o prawach mniejszościowych.

            Po co więc wieszać krzyż, jeżeli on wzbudza jakiekolwiek nieporozumienia. Jeśli jest on choćby w najmniejszym stopniu przyczyną niezgody, ma go w danym miejscu nie być. (Ma go nie być. Co za fikołek słowny). Nie takie jest bowiem zadanie krzyża. A może właśnie o to chodzi?

            Obrońcy tegoż symbolu często powołują się na historię. Mówią, że Polska zawsze była katolicka i z krzyżem. Ale czy rzeczywiście. Nawiasem mówiąc, ciekawy artykuł o początkach chrześcijaństwa w Polsce, o jego wprowadzaniu możecie przeczytać TUTAJ.

            Ja się na historii nie znam, ale z tego co wiem to nigdy w naszych dziejach nie byliśmy tak jednolicie katoliccy jak po II Wojnie Światowej. Przed wojną grono naszych obywateli stanowili prawosławni, czy też żydzi. Wcześniej byliśmy krajem bardzo tolerancyjnym na inne religie i to u nas ukrywali się zbiedzy ścigani przez katolików z innych krajów. A samo chrześcijaństwo zakorzeniało się u nas przez wieki i jakoś trudno mu było z tego co wiem.

            No więc, czy Polska zawsze była przywiązana do tego symbolu? Ja jako osoba często przekorna przypomniałem sobie o jeszcze jednym wydarzeniu. Kojarzycie może, co to takiego Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie? Jasne. To popularnie zwani przez nas krzyżacy. Najświętszej Marii Panny, jak to pięknie brzmi. I ten ich wielki, wspaniały krzyż na płaszczach które nosili. Właśnie – krzyż. czyż nie powinniśmy oddawać mu czci? Ale Zaraz, zaraz. Przecież my, Polacy, pokonanie (pobicie) tych z krzyżami uważamy za jedno z najwspanialszych naszych sukcesów. Przeciwstawiliśmy się zakonowi mającemu krzyż i Maryję Pannę Zawsze Dziewicę. Na czele „naszych” stanął jakiś Jagiełło. Litwin, nawiasem mówiąc.

            Nie jest więc z tym krzyżem sprawa taka jasna. Niech więc najlepiej wisi zawsze tam, gdzie jego miejsce. W kościele więc, lub też w prywatnych domach. Tam nie wzbudza kontrowersji. Złych emocji. I jeszcze jedno. Ja zawsze w takich sytuacjach pytam tych zaciętych katolików o to: Jak myślisz, co Jezus by powiedział na to? Czy on byłby za, czy też przeciw?



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

16. 11

środa, 16 listopada 2011 23:36

 

            Zawsze jest jakieś święto!

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Uwikłanie

wtorek, 15 listopada 2011 11:28

 

            Nie jest źle. Mogło być lepiej, ale ogólnie mówiąc nie jest źle. Najsłabszym elementem filmu „Uwikłanie”, moim oczywiście zdaniem, są aktorzy. Ci grali mało przekonywująco. Marek Bukowski, czy też Maja Ostaszewska zagrali na pół gwizdka, a przecież to im powierzono główne role. Andrzej Seweryn i Krzysztof Pieczyński, ci spisali się trochę lepiej.

            Ale główną zaletą filmu jest jego treść. To pewnie jest zasługą książki Zygmunta Miłoszowskiego, na podstawie której został nakręcony. Ciekawa, wciągająca i tak zakręcona akcja, że wszystko należy oglądać do ostatniej chwili bo mimo że już wydaje się że to koniec, a tam jeszcze kryje się drugie dno. A może i trzecie i czwarte…

            Podczas sesji terapeutycznej zostaje zamordowany Henryk Telak. Śledztwo prowadzą we dwójkę komisarz Sławomir Smolar i prokurator Agata Szacka. Wydaje się, że sprawa powinna być prosta. Jest trup i należy znaleźć mordercę. Ale to morderstwo ma drugie dno. Jego przyczyny sięgają dalszych czasów. Czasów ubiegłego systemu. Milicji, UB, układów, układzików itd. Prokurator Szacka jest niedoświadczona ale ambitna. Nie zdaje sobie jednak sprawy w jak bardzo przestępczy i powiązany świat, wkroczyła. W pewnym momencie, nie tylko jej życie jest zagrożone, ale również jej bliskich, bo jak się okazuje system mamy już inny, ale ludzie pozostali ci sami.

            Tak, wiem. Film ma wady. Poczytałem sobie opinie na jego temat. Ale ważne jest coś innego. Mianowicie to, że obraz ten oglądałem do końca nie nudząc się ani przez chwilę, mimo, że trwa to dobre dwie godziny, a tego właśnie najczęściej oczekuję.

 

 

 

             Moja ocena filmu to: Jestem gotów dać prawie 7/10.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Mała matura 1947

poniedziałek, 14 listopada 2011 9:03

 

 

             Jestem rozczarowany filmem „ Mała matura 1947”. Co prawda nie wiem, czego powinienem się spodziewać, filmu historycznego, przygodowego… skierowanego do młodego czy też starszego widza… W każdym bądź razie gdy w czołówce filmu zobaczyłem takie nazwiska jak Kondrat, Pszoniak, Zborowski, Żmijewski, Bohosiewicz, Łukaszewicz czy Opania, to pomyślałem sobie, że będzie dobrze. Gdy do tego zobaczyłem dobre zdjęcia i wyraźny żywy obraz mówiłem sobie – o już jestem zadowolony. Jednak po chwili mój zachwyt zaczął maleć i maleć…

            Film „Mała matura…” opowiada o dojrzewaniu męskiej młodzieży w latach powojennych. Ale mam wrażenie, że jest to obraz bardzo zakłamany. Taki ulizany. Młody chłopak Ludwik Taschke wraz z rodzicami przyjeżdża do Krakowa. Tu zaczyna naukę w gimnazjum. Poznaje nowych kolegów, nowe miasto i nową rzeczywistość. Życie w Polsce Ludowej.

            Temat przyzwoity. Można było z tego zrobić co by się chciało. A wyszedł filmik dla grzecznych dzieci. Nasi bohaterowie są sterylnie czyści. Ich dowcipy są delikatne, subtelne, co prawda w pewnym momencie wybierają się nawet do domu publicznego, ale w ostatniej chwili oczywiście rezygnują. Tacy to poprawni chłopcy.

            Wszystko w filmie jest zresztą poprawne. Budynki, ulice, stroje… wszystko to jest wypucowane, wymuskanie, jakbyśmy nie oglądali roku 1945/1946 a przynajmniej jakbyśmy to wszystko oglądali tak jakby Krakowa nie dotknęła wojna.

            Poza tym aktorsko film byle jaki. Mdły. Starzy aktorzy wypadają całkiem nieźle, ale ich role są tylko epizodyczne. Całość skupia się na młodocianych bohaterach, a odtwórcy tych ról nie sprostali zupełnie powierzonemu zadaniu.

 

 

 

            Moja ocena filmu to: 5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zupełnie inne love story.

sobota, 12 listopada 2011 10:04

 

            Przyznacie mi chyba rację, gdy powiem, że w dzisiejszych czasach nie można się opędzić od nowości filmowych. Co chwilę pojawia się nowy film. A to rodzimej produkcji, a to zagranicznej. Z bliższych czy też z dalszych krańców świata. Do tego stopnia jest tego wiele, że oglądając jeden film dziennie, robimy sobie olbrzymie zaległości. Gdyby do tego dodać jeszcze seriale… Czasu brakuje na wszystko.

            Trzeba więc dokonywać wyborów. Ale i z tym jest trudność. Wciąż bowiem umykają nam ciekawe pozycje. Tych, wydawałoby się powinno być niewiele. W każdym bądź razie na tyle mało, że powinniśmy dawać sobie radę z ich opanowaniem. Problem jednak pojawia się wtedy, gdy zadajemy sobie pytanie, co tak naprawdę nam się spodoba. Można bowiem zawsze sobie powiedzieć, że coś podobnego to już przecież było. Trudno bowiem o oryginalność.

 

             Dziś mam jednak dla Was propozycję filmu, który wydaje mi się, ma dość oryginalny scenariusz. To zupełnie inny film. To „Zupełnie inne love story”.

           Jonas to całkiem przeciętny facet. I prowadzi on zupełnie przeciętne życie. Banalne wręcz, można powiedzieć. Ma dom, żonę, dzieci. Ma swoje marzenia, ma pracę. Z pracy, nie jest do końca zadowolony. Jest fotografem pracującym dla policji. Robi zdjęcia nieboszczykom i dokumentuje miejsca zbrodni. Fotografia zawsze była jego pasję, i miał też nadzieję, że to też będzie jego zawodem, ale myślał, że będzie jeździł po świecie i robił zdjęcia do prasy. Nie udało się. Wymarzoną Polinezję ogląda jedynie na stronach Nationale Geografic, a domowy budżet nie pozwala mu nawet na kupno nowego samochodu (stary już ledwo co zipie) a co tu dopiero mówić o wycieczkach zagranicznych.

            I to ten nieszczęsny samochód, jest przyczyną tego co nastąpi w przyszłości. Tego co doprowadzi do zwrotu w życiu Jonasa. Jadąc bowiem pewnego dnia z rodziną, są oni świadkiem, a poniekąd i przyczyną bardzo tragicznego wypadku. Uderza w nich jadąca z tyłu młoda dziewczyna. Jej samochód kilkakrotnie koziołkuje. Ona wypada na zewnątrz. Żona stara się uchronić dzieci przed przerażającym widokiem. On stara się pomóc poszkodowanej.

            Julia, młoda dziewczyna pochodząca z bardzo zamożnej rodziny, ma problemy natury osobistej. Zbuntowana córka przechodząca właśnie kryzys miłosny. To ona właśnie, jest ofiarą wypadku. W szpitali lekarze orzekają, że będzie żyć, ale będzie miała problemy z poruszaniem się, prawdopodobnie nie odzyska wzroku, a do tego będzie miała problemy z pamięcią. Tragedia dla niej i dla rodziny. Ale i też tragedia dla Jonasa, bo ten poczuwa się do winy za spowodowanie wypadku.

            Bierze więc nasz bohater kwiaty i idzie do szpitala. Ale tam, tak jak i u nas w kraju, obcych nie wpuszczają. Jonas więc posuwa się do małego kłamstewka. Mówi, że jest jej chłopakiem. Te słowa otwierają mu drzwi szpitalne, jak by to były słowa zaklęcia i wydawałoby się, że teraz już wszystko pójdzie gładko, tylko że w sali gdzie leży nieprzytomna Julia, są właśnie jej najbliżsi. Ty jesteś Sebastian, narzeczony naszej córki? Dziwią się, ale akceptują jej wybór. Teraz mają do niego ogromną prośbę, by ten nie opuszczał jej i pomógł w terapii. Jonas zamiast wytłumaczyć się od razu ze swojego kłamstwa, brnie w nie coraz dalej. I lekarze i pielęgniarki i rodzice dziewczyny coraz bardziej się do niego przekonują, a on sam, niespodziewanie, zakochuje się w niej.

            Jednak przejmowanie cudzej tożsamości może okazać się zgubne w skutkach. Kim bowiem tak naprawdę był Sebastian, tego nikt nie wie. A przeszłość jak cień sunie się właśnie za prawdziwym chłopakiem Julii

            Film „Zupełnie inne love story” to oryginalny i trzymający w napięciu thriller. Dobra reżyseria, ciekawy scenariusz, niespodziewane zwroty akcji. Film zaczynający się i kończący jedną sceną. A my, widzowie oglądamy wszystko to, co dzieje się w międzyczasie.

            Polecam serdecznie.

 

 

 

           Moja ocena filmu to: 8/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Posłuchać warto

piątek, 11 listopada 2011 10:34

           

            U niejakiej „Złotowłosej” znalazłem dwa… ciekawe teledyski. I może to trochę nieładnie, tak kopiować cudze pomysły na wpis blogowy, ale co mi tam. Teledyski mnie zaintrygowały, a że sieć uważam za własność należącą do wszystkich ściągam pomysł i piszę parę swoich słów komentarza.

 

            1. Całujcie mnie wszyscy w dupę. No cóż. Tytuł dość mocny. A i tekst również. I co ciekawe jest to napisane przez… Juliana Tuwima. Piosenka ze spektaklu „Tuwim dla dorosłych” wystawianego w Teatrze Roma.

            Wysłuchałem to już trzy razy i mówię – dobre. Mi trochę przypomina taką piosenkę (niewielu Was pewnie ją zna) Miasto mężczyzn. To takie luźne skojarzenie.

 

 

 

 

            2. Po obejrzeniu tego teledysku, a zwłaszcza po wysłuchaniu tej właśnie piosenki, powiedziałem sobie, że musze gdzieś posłuchać i innych utworów zespołu „Gote”. Już szukam.

             Rewelacja. Dawno nie wciągnęło mnie nic tak bardzo.

             Koniecznie posłuchajcie "Somebody That I Used To Know".

 


 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Boska

środa, 09 listopada 2011 17:05

 

            Jakieś dwa miesiące temu, na jednym z blogów przeczytałem bardzo dobrą recenzję sztuki teatralnej pt „Boska”. Sztuka wyreżyserowana przez Andrzeja Domagalika, wystawiana w Teatrze Polonia ,z Krystyną Jandą w roli głównej. Pomyślałem sobie wtedy, jaka szkoda że nie mam możliwości tego obejrzeć. Warszawa daleko, bilety pewnie drogie, a i kolejki z pewnością są bo jak czytałem widownia wciąż dopisuje w komplecie.

            Jakież więc było więc moje zaskoczenie, gdy dwa tygodnie temu, z okładem, w telewizji w programie 1 mogliśmy obejrzeć na żywo tą że sztukę.

            Tak na żywo. Bo Telewizja Polska postanowiła raz w miesiącu obdarzyć nas, widzów, możliwością przeżywania tego bezpośrednio. To wspaniały prezent dla widzów. Tak uważam. I mam nadzieję, że nie jestem w tym odosobniony. Nie każdy ma możliwość bywania w teatrze. Powodów tego jest z pewnością wiele. Nie będę się w to teraz wdawał, ale jak dla mnie ta namiastka przebywania ze sztuką bezpośrednio, to wielka rzecz. Uczestniczymy w przerwach teatralnych (jakże inny mają one smak od tych przerw reklamowych), słyszymy reakcje widzów, a nawet możemy (podobno, bo nie sprawdzałem) oglądając to za pomocą Internetu, sami sobie wybierać kamery i za pomocą ich oka delektować się sztuką.

            „Boska” Petera Quiltera to sztuka lekka i zabawna. Jej główną bohaterką jest Florence Foster Jankins. Postać autentyczna. To bardzo bogata amerykanka, która postanowiła zostać diwą operową. Co gorsza, taką też została. A mówię, co gorsza, bo była to osoba całkowicie pozbawiona talentu i słuchu muzycznego. A jako że miała dużo pieniędzy, potrafiła przyczynić się do tego, że dawano jej możliwość występowania.

            Na jej występy ponoć przychodziły( co ciekawe) tłumy. Ale nie, żeby raczyć się sztuką, a tylko dlatego by się z niej naigrywać. Ona jednak tego nie dostrzegała. Zapatrzona w siebie, otaczająca się jedynie ludźmi jej schlebiającymi, prowadziła beztroskie życie spełniając jedynie swoje marzenia.

            Krystynie Jandzie występującej w roli głównej, towarzyszyli Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski i Krystyna Tkacz. Kto nie oglądał, niech żałuje.

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  5 127 198  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 5127198
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 13198
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3507 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl