Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 426 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Wystrzałowego Sylwestra!

poniedziałek, 31 grudnia 2012 9:36

 

          Wystrzałowej zabawy noworocznej życzy wszystkim AJAR.

 

 

          No, może nie aż tak wystrzałowej, ale trochę hałasu w tym dniu to nie zaszkodzi.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wigilia w Radomiu.

niedziela, 30 grudnia 2012 9:12

 

                Nie mogłem się oprzeć, by Wam nie pokazać tego. Wigilię w Radomiu. Wiem, że to wstyd dla mieszkańców tego miasta, ale nic to. W każdym mieście byłoby tak samo. Kliknijcie na obrazek i obejrzyjcie, jeśli jeszcze tego nie znacie.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Podzielony świat mediów.

sobota, 29 grudnia 2012 18:06

 

            Od dłuższego już czasu możemy obserwować powolną degradację mediów. Dziennikarstwo schodzi na psy, a przodują w tym dziennikarze zajmujący się bieżącymi sprawami i polityką.

            Coraz mniej chce się tego słuchać, czy oglądać, a z przekazem informacji (wiadomości) ma to coraz mniej wspólnego i czasami zastanawiałem się, czy oni tego nie widzą?

            Czy na przykład, chociażby taka pani Monika Olejnik, nie widzi tego, że staje się pośmiewiskiem, i że z szanowanego zawodu jakim jest bycie dziennikarzem, stała się tylko celebrytką?

            Wiadomo. Słupki popularności są ważne. I ważnym jest pracować tak, by szefostwo było zadowolone, ale czy zawsze tak trzeba? Czy zawsze ważniejsze jest zadowolenie przełożonych i duże zarobki niż misja której się poświęciło swoje życie? Przynajmniej teoretycznie.

            Ale czy tylko my, zwykli ludzie to dostrzegamy? Bo przecież chyba niemożliwym jest, by dziennikarze, którzy uczyli się swojego zawodu i którzy w nim mają duże doświadczenie tego nie dostrzegali.

 

            Jakiś czas temu zebrała się grupa dziennikarzy pod przewodnictwem: Jacka Żakowskiego, Adama Michnika, Igora Janke, Wojciecha Mazowieckiego, Jarosława Gugały i Stefana Bratkowskiego. Dyskutowali oni o kondycji dzisiejszego dziennikarstwa. O mediach, o ich przyszłości jak i o przeszłości.

            Wynika z tego co można od nich wysłuchać, że oni to bardzo dobrze rozumieją. Że zdają sobie sprawę, z tego co się wokół nich dzieje i że bardzo źle to oceniają. Jest to chyba pierwsze tak otwarte spotkanie branżowe, w którym ta grupa zawodowa, tak szczerze i rzeczowo krytykuje postępowania swoich kolegów zawodowych. Krytykuje ich brak profesjonalizmu i sprzedajność.

            Nagranie jakie jest na Youtube jakościowo nie jest za dobre. Słyszymy pokaszliwania, szeleszczącą folię i wiele jest tam trzasków i stuków. Jednak treść jaka możemy tam wysłuchać jest na tyle interesująca, że można to ścierpieć i polecam wysłuchanie tej dyskusji. Trwa ona dobre dwie godziny, ale czas ten nie jest czasem straconym. Polecam serdecznie.

 

Część I

Część II

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Choinka.

piątek, 28 grudnia 2012 9:15

 

            W domu, choinkę mam zwykłą. Tradycyjną. Gdy urządzaliśmy pierwsze święta "na swoim" to postanowiłem, że będzie ona duża. Taka od podłogi do sufitu.

            Gdy mieszkałem u rodziców choinka była nieduża, rzadka i przyozdobiona w różniaste bombki. Upodobanie do różnorodności, do tego by drzewko to błyszczało i świeciło, pozostało mi do dzisiaj, chociaż wielkość przestaje mieć dla mnie znaczenie. Teraz nasza choinka (sztuczna, nawiasem mówiąc) jest trochę mniejsza. W przyszłości - już postanowiliśmy- gdy będziemy kupować coś innego, będzie jeszcze mniejsza. Ciekawe, czego to jest oznaką?

            Ale cenię sobie choinki oryginalne. Takie gdzie pomysł się liczy. Na przykład, gdy jest to coś takiego:

 

  

 

            Nie mówiąc już o czymś takim :)

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Syn Boga.

środa, 26 grudnia 2012 21:35

 

            Pewien mój kolega, zarzuca mi, że walczę z Bogiem. To bzdura. Ja nigdy nie walczyłem z Bogiem. Jak mógłbym zresztą to robić? Moja krytyka zawsze skierowana jest do urzędników Pana Boga, a i przy okazji zawsze staram się zrozumieć.

            Tak już mam, że na wiarę to się mnie nie weźmie. Nad wiarę, przedkładam wiedzę, a jeśli chodzi o religię, to wiedza w tym temacie trochę mnie fascynuje i dlatego czasami staram się coś czytać na ten temat, oglądać, czy też jak mam okazję - podyskutować.

            Tenże kolega stwierdził, że jeśli nie należę do "jego" kościoła (tak jakby Kościół Katolicki był jego Kościołem - nie moim) to jakim prawem go krytykuję. Tak jakby krytyka była możliwa tylko od wewnątrz, a z zewnątrz już nie.

            Ponad to, nie mam pojęcia dlaczego on stwierdził, że nie należę do KK? Wszak zostałem ochrzczony, byłem u bierzmowania i nawet mam ślub kościelny. Czy tylko dlatego, że mam bardzo krytyczny stosunek do tejże instytucji i często też podważam to co ona głosi?

 

            Nie znacie moich rozmów z owym kolegą, więc pewnie trudno byłoby się wam ewentualnie do nich ustosunkować, ale nie o to mi dzisiaj chodzi.

            Jak jednak ja postrzegam wiarę, religię i co tam jeszcze? Otóż na to pytanie odpowiem Wam zachęcając do obejrzenia ciekawego filmu dokumentalnego Syn Boga".

            Film można obejrzeć na YoutubeTUTAJ

 

 

 

 

            Moja ocena to: 9/10. Dużo. Wiem.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wigilia ateisty.

wtorek, 25 grudnia 2012 9:10

 

            Zapytał się mnie kolega, jak ja ateista, mogę spędzać obecne święta? Wszak nie wierząc w boskość Jezusa, świąt nie powinienem obchodzić.

            Nie zmieniło się nic. Wigilii i Świąt Bożego Narodzenia nie lubię. Ale jest to związane z tym, że bardzo sztucznie to wygląda w moim otoczeniu. Wszystko jest zrobione z obowiązku i bardzo minimalistycznie. Aby odbimbać to co koniecznie trzeba, i niech każdy zajmie się sobą. Kiedyś było inaczej. Choinka, prezenty, śpiewy, jedzenie i picie. Dobry nastrój i sympatyczne towarzystwo. Teraz każdemu zależy najbardziej, aby to wszystko się jak najprędzej skończyło.

            Wczoraj wracając do domu znowu byłem zły i obrażony na wszystkich, a i dzisiaj muszę to kontynuować. Muszę, bo będę jeszcze gorszym niż jestem.

 

            Wracając do obchodów świąt, to powiem że dla mnie jest to przede wszystkim tradycja. Ale w bardzo dobry sposób, na to pytanie odpowiedział Janusz Omyliński. Polecam zapoznanie się z jego wypowiedzią, w artykule Wigilia ateisty.

            Na dole jest jeszcze piosenka Tima Minchina, (z polskimi napisami) która jest świetnym uzupełnieniem tego tematu.

 

            Jeżeli macie otwarty umysł, to przeczytajcie, wysłuchajcie, a na pewno nie pożałujecie.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Bambino Jazzu.

poniedziałek, 24 grudnia 2012 10:45

 

            Chciałem Wam dziś dedykować z okazji Świąt kolędę, ale znowu coś szwankuje i nie mogę wkleić teledysku z Youtube. Trzeba więc kliknąć na zdjęcie, a usłyszycie nowoczesną pieśń w wykonaniu Artura Andrusa i Doroty Miśkiewicz - Bambino Jazzu.

            Pomysł świetny, bo kto wie. Może Jezus faktycznie lubi jazz?

            A poza tym, oczywiście zdrowych i wesołych życzę tym wszystkim, którzy do mnie zaglądają. I prezentów pod choinkę, bo niech kto mówi co chce, ale te prezenty maja jednak pewną wartość :)

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jak tu pomóc, takiej Tajin?

niedziela, 23 grudnia 2012 21:04

 

            Wczoraj odbyła się kolejna walka Tomasza Adamka. Wygrał na punkty i zarobił... może milion dolarów, może dwa. Może więcej, może trochę mniej - nie ważne.

            Przeczytałem gdzieś w plotkarskiej prasie, że w bieżącym roku Anna Mucha zarobiła na tym, że jest celebrytką, jakieś 600 000 zł. To tyle ile niektórzy z Was zarobią przez całe swoje życie.

 

            Rodzina Tajin zarabia kilkadziesiąt dolarów na miesiąc. Cała rodzina, czyli ojciec, matka i dzieci razem wzięte, zarobią tyle pracując po dwanaście godzin dziennie w warunkach, w jakich Wy na pewno nie zgodzilibyście się pracować nigdy.

            Kim jest Tajin? To dwunastoletnia dziewczynka. Bardzo ładna. W oczy rzucają się jej piękne, białe zęby. Jest uśmiechnięta, sympatyczna i nad podziw pozytywnie nastawiona do życia. Mieszka w jednej z wiosek Bangladeszu i wie dobrze, że nie uda jej się wyrwać z piekła w jakim przyszło jej żyć.

            Codziennie chodzi do pracy. I mimo swojego wieku pracuje ciężko w cegielni po dwanaście godzin nosząc cegły. Takich jak ona jest więcej. Dzieciaki noszą po sześć, osiem, a co silniejsze i więcej cegieł. Wyobraźcie sobie, że macie dwanaście lat i nosicie na głowie ich osiem (układa się na głowę taki stos, jak wysoko można sięgnąć rękami). Każda z nich waży po dwa kilo. Razem daje to szesnaście kilogramów. I tak, tam i z powrotem. Z miejsca na miejsce. Koszmar. A do tego zarobek wystarcza jedynie na uzyskanie z tego minimalnej dawki żywieniowej.

            Dzieci tam pracujące wyglądają staro. Dwunastoletni chłopiec ma więcej zmarszczek na twarzy niż niejeden pięćdziesięciolatek w kraju tzw cywilizowanym. Te zmarszczki są wynikiem ciężkiej pracy fizycznej od najmłodszych lat. Bo w Bangladeszu dzieciństwo kończy się bardzo wcześnie. Dziećmi są jedynie niemowlęta. Bo gdy już ma się trochę sił to jest się zatrudnianym choćby do odwracania cegieł na druga stronę. By schły lepiej. Ktoś to musi przecież robić, a taki kilkulatek jest w stanie sobie z tym poradzić. Bo tu wszystko robi się ręcznie. Nie ma mechanizacji, nie mówiąc już o automatyzacji.

            Prawnie, w kraju jest zakaz pracy dzieciom do 14 roku życia. Ale co z tego, jeśli bez tego rodzina nie przeżyje. A w Bangladeszu rodziny są duże. Dzieci rodzi się sporo. Starsze więc musza pracować, na utrzymanie młodszych. A może któreś z nich pójdzie do szkoły? Może któremuś uda się wyrwać z tego zamkniętego kręgu?

            Ale to mrzonki. Na lepsze życie mało kto ma szanse.

            W cegielni lżej pracuje syn sołtysa, który jest jednocześnie właścicielem zakładu. Syn siedzi i liczy, ile kto cegieł przeniósł. Ale i on narzeka. Jest jeszcze dzieckiem, a musi cały dzień siedzieć na słońcu. Od tego często boli go głowa, a w dodatku musi się wykłócać z tragarzami, gdy się w czymś pomyli. A i niektórzy potrafią zrzucić niby się niechcący jakąś cegłę na niego. Więc czy to tak naprawdę jest lekka praca?

            Dzieci pracujące w cegielni jak i w zakładzie metalowym można było dziś obejrzeć w TVN24 w programie z cyklu "Ewa Ewart przedstawia". Nie znam tytułu tego dokumentu. Przegapiłem. Szkoda. Ale film jest wstrząsający. Ci którzy narzekają na swój los, powinni sobie coś takiego obejrzeć. Daje dużo do myślenia. Na prawdę.

 

 

 

            Moja ocena to: 9/10

 


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (2) | dodaj komentarz

Brudny glina.

sobota, 22 grudnia 2012 18:19

 

            Tak się złożyło, że miałem w swoim życiu okazję, poznać kilku policjantów. Nie były to żadne wielkie szychy, ot po prostu - zwykli policjanci. A co ja chciałbym powiedzieć o tych stróżach prawa? Otóż to, że żadnymi oni stróżami prawa nie są. Sami o swojej pracy mówią, że to jest służba, a ja myślę, że oni po prostu wykorzystują jedynie swoja pozycję jeśli mogą, a poza tym są takimi samymi cwaniaczkami życiowymi jak większość z rodaków.

            Policjanci ci, jak mogą oczywiście, to łamią przepisy ruchu drogowego, kombinują z podatkami, handlują lewym towarem, wykorzystują swoje stanowisko pracy do prywatnych celów i robią bokami jak tylko się da.

            To nic wielkiego, ktoś powie. Każdy orze jak może. To taka polska tradycja. A ja myślę sobie, że daleko z takim sposobem myślenia, to my nie zajedziemy. Bo jak "oni" mogą, to dlaczego nie "my"?

 

            Policjant Dave Brown pracuje w policji Los Angeles. On sam sobie ustala reguły według jakich "pracuje". On najlepiej wie, kogo należy skatować, a kogo tylko aresztować. Ma trochę haków na co niektórych ludzi i ma też trochę znajomości. Nie ma się co dziwić. Po tak długoletniej służbie to normalka.

            Kiedyś jednak ktoś sfilmował go gdy brutalnie bił człowieka na ulicy, i od tej pory wszystko zaczyna mu się usuwać spod nóg. Wydział wewnętrzny bada jego sprawę, a zagłębiając się w jego służbę doszukują się coraz to gorszych rzeczy. Dave bowiem nigdy nie cackał się z przestępcami. Sam też jeśli tylko mógł to wyciągał ręce po lewą kasę. Swoje stanowisko wykorzystywał do prywatnych spraw, a te w końcu zaczynają mu ciążyć tak jak jego pogmatwane życie osobiste. Dwie żony, które są jednocześnie siostrami i do tego dzieci z każdą z nich. A i jeszcze okazjonalnie różne kobiety. To wszystko wykańcza. Dave więc zaczyna sięgać po różne farmaceutyki i żyje tylko z dnia na dzień, nie przyznając się przed samym sobą do tego że zaczyna staczać się na dno.

 

            "Brudny glina" to kolejny "Zły porucznik". Chociaż film z Keitelem w roli głównej bardziej mi się podobał. Tutaj na pochwałę zasługuje jedynie Woody Harrelson. To on jakoś jeszcze podtrzymuje na swoich barkach całą tą historię. Bo co do scenariusza czy pomysłu to można mieć duże zastrzeżenia. Nic oryginalnego. Nic co by zaciekawiło widza. Film można obejrzeć, ale bez zachwytów.

 

 

            Moja ocena to: -5/10

 


Podziel się
oceń
1
1

komentarze (0) | dodaj komentarz

Atak na dzielnicę.

piątek, 21 grudnia 2012 17:01

 

            No i miał być koniec świata, a nie było. Jeszcze. Bo w momencie gdy piszę te słowa, to nie skończył się jeszcze dzień 21.12.2012 roku. Więc wszystko może się jeszcze stać. Teoretycznie, oczywiście.

            Ja tam osobiście w koniec świata nie wierzę. To znaczy, koniec jakiś kiedyś nastąpi. Co do tego nie mam wątpliwości. Rzecz jednak w tym, co my rozumiemy przez to pojęcie. Bo czym jest koniec świata? Czy to tylko śmierć jednostki? Czy przez koniec świata rozumiemy koniec życia na Ziemi. A może w ogóle koniec naszej planety, czy na przykład koniec całego naszego układu Słonecznego? A może pójdźmy dalej i powiedzmy, że koniec świata, to koniec całego kosmosu. To jednak raczej mało prawdopodobne.

            Ostatnio wyobraziłem go sobie trochę inaczej. Pomyślałem, że być może jesteśmy wszyscy i wszystko wokół nas jest, czymś w rodzaju projekcji telewizyjnej. Wydaje nam się, że istniejemy, ale tak naprawdę to jesteśmy jedynie postaciami takimi jakby filmowymi. I raptem ktoś naciska guziczek i... i wyłącza tą projekcję. Pstryk i nie ma nic.

 

            Obejrzałem sobie właśnie "Atak na dzielnicę". Film sf, ale taki trochę z przymrużeniem oka. W jednej z dzielnic Londynu spada kosmita. Szef młodzieżowego gangu - Moses, aby pokazać swoją siłę, zabija go. Nie wie jednak, że za owym kosmitą podążają na Ziemię inni jemu podobni. A są oni krwiożerczymi bestiami. Teraz piętnastolatek i jego kumple będą musieli zmierzyć się z obcymi by ratować Ziemię, a raczej swój blok w którym mieszkają, bo jak możemy się spodziewać, kosmici nie odpuszczą.

            Dzieciaki są niesamowite w wymyślaniu sposobów by pozbyć się natrętów, co nie jest wcale takie łatwe. Są oni śmiertelni, ale jednocześnie bardzo zdesperowani, i aby osiągnąć swój cel prędzej zginą niż będzie można z nimi dojść do jakiegokolwiek porozumienia.

 

            Film Joe Cornisha jest może....no z pewnością nie jest dziełem epokowym. Takie filmy nie przechodzą do historii kina i nie zdobywają Oscarów. Ja w przeciwieństwie do Torneya nie dam mu maksymalnej oceny, bo na coś takiego ten obraz nie zasługuje, choć musze przyznać, że ogląda się go całkiem przyjemnie. Dzieciaki, mimo że reprezentują najgorsze elementy społeczeństwa są całkiem sympatyczne. Mają ludzkie odruchy i w końcu przecież ratują świat przed zagrożeniem.

            Na sobotę przedświąteczną więc film się nadaje, bo mam nadzieję, że doczekamy jutra i może ktoś go jutro obejrzy. W wolnej chwili, oczywiście. Bo trzeba przecież pomagać w przygotowaniach świątecznych.

 

 

            Moja ocena filmu to: prawie 6/10.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Merida waleczna

wtorek, 18 grudnia 2012 20:34

 

            Nie jestem specjalnie zwolennikiem bajek. Filmów animowanych, dla dzieci. I trudno jest mi znaleźć tego typu obrazy, które by mi się spodobały. Shrek, czy też Odlot są tu wyjątkami, które naprawdę mnie zachwyciły.

            Do "Meridy Walecznej" jednak dałem się skusić ze względu na dobre recenzje czytane to tu, to tam. I nie zawiodłem się. Mimo, że baja to prawdziwa i mimo tego, że nie ma tu takiego humoru jak u zielonego stwora z bagien, czy tyle wzruszeń nie dostarcza jak uparty i  latający swoim domkiem dziadek, to Meridę ogląda się z przyjemnością.

            Zawdzięczamy to dobremu dubbingowi, świetnej szacie graficznej i sympatycznym postaciom tejże kreskówki. Wylewające się wręcz z ekranu rude włosy głównej bohaterki, jak i ona sama oczywiście, przykuwają uwagę przede wszystkim.

            Historyjka dzielnej i walecznej królewny, która sama chce decydować o swoim życiu i nie ma zamiaru zgodnie z tradycją wychodzić za mąż za któregoś z synów lordowskich, może jest i niezbyt oryginalna, ale przecież nie o to w bajkach chodzi. Tu mają się dobrze bawić dzieci, a i ich rodzice, przy okazji też. A w tym przypadku tak właśnie jest.

            Akcja, przygoda, napięcie, to wszystko tu jest. Jest dobrze opowiedziana i w dodatku, ciekawa historia. Jest zła czarownica, straszny potwór, magia, spryt no i oczywiście dobre zakończenie. Film jest więc wart obejrzenia.

 

 

            Moja ocena to: 7/10.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Miłość.

niedziela, 16 grudnia 2012 12:52

 

            Co znaczy - miłość? Wiecie? Wiecie!? Na prawdę? No cóż? Tylko pogratulować, jeśli tak.

 

            Georges i Anna to małżonkowie z pięćdziesięcioletnim stażem. Oboje są byłymi nauczycielami muzyki. Teraz emerytowani staruszkowie mieszkają we dwójkę w swoim dużym mieszkaniu w kamienicy. Wydawałoby się, że ich życie powinno już upływać w ciszy i spokoju. Jednak gdy jednak pewnego razu, podczas śniadania, Anna raptem zastygła w bezruchu, to od tej pory następuje dramat powolnego umierania.

            Anna bowiem dostała pierwszego, wydawałoby się niegroźnego wylewu. Prosta na pozór operacja, miała przywrócić ją do świata ludzi zdrowych. Jednak nie udało się. Anna ze szpitala powróciła z częściowym paraliżem i od tej pory jej zdrowie stale się pogarsza.

            Z początku wymusiła ona na Georgesie obietnicę, że nigdy już nie odda jej do szpitala. A później to już tylko (aż) oglądamy powolny proces umierania i opiekę nad chorą żoną. Georges robi to z wielką starannością i dbałością o żonę. Karmi ją, rehabilituje, pomaga w chodzeniu. Wciąż przebywa razem z nią. A że stan Anny się pogarsza, zatrudnia on do pomocy pielęgniarkę. Z czasem zatrudnia i drugą, bo opieka staje się coraz trudniejsza. On sam przecież już jest u kresu życia i sił zaczyna mu brakować. Jednak nie poddaje się.

            Trochę starają się pomóc sąsiedzi. A to ktoś porobi zakupy. A to ktoś posprząta. Czy choćby wspomoże dobrym słowem. To wszystko jednak jest mało. No i oczywiście za wszystko należy się odwdzięczyć, choćby jakąś drobną zapłatą.

            Córka mówi - musimy coś zrobić, podjąć jakąś decyzję. Ale co tu zrobić? Jaką podjąć decyzję? Czy sama weźmie matkę i będzie się nią opiekować? Nie. A może oddać kobietę do hospicjum? Na to mężczyzna, który przeżył ponad pięćdziesiąt lat z ukochaną osobą nie jest w stanie się zdecydować.

 

            My, widzowie, wiemy jak to się skończy. (Czy aby na pewno?) Każde życie kończy się śmiercią. Zresztą, na samym początku filmu oglądamy, jak to wezwani do domu strażacy i policjanci, odkrywają ciało zmarłej kobiety. Początek filmu jest jakby końcem całej tej opowieści o miłości. O miłości? A może to film o eutanazji jak to niektórzy próbują sugerować? Jednak nie. Mi się wydaje, że to jednak obraz opowiadający o miłości.

            Jest taka scena w której córka Georgesa mówi mu, że w dzieciństwie lubiła ona podsłuchiwać pod drzwiami jak oni (rodzice), kochali się. Wiedziała wtedy, była spokojna, że wszystko jest w porządku. Że nie ma się czego obawiać na przyszłość.

            Zresztą pięćdziesiąt lat przeżyć z drugim człowiekiem to nie byle co. To musi być miłość. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

            Ciekawych scen w filmie "Miłość" w reżyserii Hanekego jest wiele. Scen symbolicznych, takich które mogą mówić wiele i takich które dają dużo do myślenia - też. Zresztą jak najczęściej u niego przecież bywa, w niedopowiedzianych scenach, w dobrej pracy kamery, świetnym scenariuszu itd ukryte jest całe mistrzostwo tego reżysera.

 

            Film szczególnie polecam. Zwłaszcza ludziom wrażliwym. Mi osobiście bardziej się podobał od "Białej wstążki". Świetny obraz, zrealizowany bardzo skromnie, ale z wyjątkowo silnym przekazem i fantastycznymi rolami Jeana-Louisa Teintignanta i Emmanuelle Rivy.

 

 

 

            Moja ocena filmu to silne 8+ /10, a może nawet i więcej.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bestie z południowych krain.

czwartek, 13 grudnia 2012 11:39

           

            Przeczytałem niedawno, że w rankingu dobrobytu, przeprowadzonym przez brytyjski ośrodek badawczy Legatum, Polska znajduje się na 32 miejscu uwzględniając 142 kraje świata. Z pierwszej dziesiątki wypadło USA, a przodują państwa skandynawskie: Norwegia, Dania, Szwecja.

            Poprzednio znajdowaliśmy się na 28 miejscu, więc jak widać zanotowaliśmy spadek dobrobytu, czy jednak aby naprawdę jest u nas aż tak źle?

 

            Mój brat w tym roku zaczął się budować. Ten jego dom zapowiada się na całkiem spory. Sama piwnica (na razie tylko to widać) ma siedem pomieszczeń. Mój brat ma dwa samochody. Jak chce jechać na jakiś koncert - jedzie. Jak chce jechać na jakieś zawody - jedzie. Sam, też co prawda amatorsko, ale na poważnie, uprawia sport. Ma dwójkę dzieci. Nigdy nie było tak aby jego dzieci nie pojechały np na zieloną szkołę. Mają komputery, laptopy, sprzęt fotograficzny i co tam tylko chcą. W domu zawsze jest co zjeść i co wypić. A pije się i je, dużo i dobrze. Sam wiem. Nie ma i nigdy nie było w domu problemów z pieniędzmi, ale przekonanie jest jedno - BIEDA.

            Bieda, bieda i jeszcze raz bieda. Wszędzie jest bieda, a kraj, państwo chyli się ku upadkowi. I jak tu żyć, powtarza on ciągle za pewnym badylarzem któremu powinęła się noga.

 

            Nie wiem dlaczego ludzie tak bardzo mówią o niedostatku. Nie powiem, luksusów nie posiadam. A i sytuacja w kraju się pogarsza. Bo w tymże rankingu mierząc jedynie sytuację ekonomiczną to znajdujemy się dopiero na... 52 miejscu. To już raczej kiepsko.

            Sam też widuję ludzi grzebiących po śmietnikach. Czy jednak żyjemy w totalnej biedzie? Przyjrzyjcie się sami sobie i tak szczerze powiedzcie biedą jest to czy nie, to Wasze życie?

 

            Kilkuletnia Hushuppy mieszka wraz z ojcem w... w Wannie. Ale nie w takiej wannie jaką Wy macie w swojej łazience. Tym mianem okoliczni mieszkańcy nazywają tereny zalewowe, z których oni, tubylcy będą musieli się wynieść bo w niedługim czasie zostaną one zniszczone przez cywilizację.

            Hushuppy wraz z ojcem mieszka w chacie skleconej z desek. Z desek, z tektury, z kawałków blachy falistej i z tego wszystkiego co dało się znaleźć w okolicy. Żyją w totalnym brudzie gdzie meble, garnki i zwierzęta hodowlane stanowią jedność. W dodatku sąsiedzi ich mieszkają podobnie więc nie mają oni poczucia bycia gorszym. Wręcz przeciwnie. Dumni są ze swojego życia i czują się naprawdę szczęśliwi. Nie straszne są im żywioły przyrody, ani to że cywilizacja zmusza ich do opuszczenia swojego siedliska. O nie, będą walczyć do ostatniego tchu. Zarówno dorośli jak i dzieci. I nie ważne jest dla nich, że tam dalej, za murem, za horyzontem jest inne, może lepsze życie. Oni chcą mieszkać i żyć po swojemu. Tak wybrali i tak chcą.

            W trudnych chwilach przychodzi im z pomocą optymizm, a czasem ucieczka w świat cudów, fantazji i magii. Tu Hushuppy czuje się dobrze. Lubi sobie wyobrażać olbrzymie i niebezpieczne tury, które wyglądają jak przerośnięte dzikie świnie i lubi sobie pofilozofować. Bo Hushuppy to młoda, ładna, rezolutna i bardzo inteligentna dziewczynka. Szkoda tylko, że nie czeka ją szczęśliwa przyszłość.

            W świecie cywilizacji nie ma ona już szans na dogonienie rówieśników. Tu gdzie żyje, niedługo zostanie sama i będzie musiała ciężko walczyć o przeżycie. Umierający ojciec stara się jak może, nauczyć ją najistotniejszych rzeczy pozwalających przeżyć i robi to w najlepszy sposób w jaki potrafi, czy jednak to wszystko aby nie jest za mało z jego strony?

 

            "Bestie z południowych krain" to film magiczny, filozoficzny, film który oglądamy oczami małej dziewczynki. Film opowiadający o życiu, o przemijaniu, wreszcie o umieraniu.

            Świat widziany oczami dziecka to taki świat, który kiedyś i my mieliśmy w swoim sercu. W swoim umyśle. Więc jeśli pragniecie choćby na chwilę powrócić do tych czasów gdy mieliście nie więcej niż dziesięć lat i byliście szczęśliwi mimo wszystko, to zapraszam na seans. Na pewno się nie zawiedziecie.

 

Kliknij by przejść do zwiastuna.

 

            Moja ocena filmu to: 7/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Polak Wyjątkowy Song.

niedziela, 09 grudnia 2012 14:23

 

            Byłem wczoraj na imieninach. A co? A jak? Mi też się należy czasami... wypić. I jak to Polak z Polakiem... porozmawiać. O "Pokłosiu". O biedzie. O tym że kradną. Oni kradną. Bo przecież nie my. I popolitykować też. Jak to źle jest teraz, bo przecież mogłoby być lepiej. A jasne, że mogłoby. I że to wina ich bo my przecież, my jesteśmy w porzo.

            Do q... nędzy. Wciąż mówię, że ten kraj to najlepiej byłoby zaorać. Najwięksi krytycy filmu, to ci którzy go nie widzieli i oglądać nie mają zamiaru. Złodziei doszukują się ci, którzy sami kradną i oszukują na każdym kroku, a o biedzie najwięcej gadają ci, którym powodzi się całkiem dobrze.

            Wiedzieć, rozumieć, o co to, to nie. Najlepiej żyć w zakłamaniu, w przekonaniu do swoich racji i zamykać się na głosy rozsądku.

 

            Chciałbym Wam zaprezentować dziś pewną piosenkę. Dowiedziałem się o jej istnieniu właśnie na wczorajszych imieninach. Chciałem jak to zwykle mam w zwyczaju umieścić wstawkę z Youtube, ale nie wiem jak to zrobić. Pozmieniali coś, czy co? Nie wychodzi mi to i już. Nie wiem gdzie szukać przyczyny, więc na razie będzie tak, że kliknięcie przez Was na zdjęcie spowoduje przekierowanie na teledysk.

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dziedzictwo Borna

piątek, 07 grudnia 2012 21:16

 

            Obejrzałem ostatniego Bonda i obejrzałem sobie ostatniego Bourne`a. Ale Bourne`a tu nie było. To znaczy trochę był, bo pokazano jego zdjęcie i kilka razy wymieniono jego nazwisko. To wszystko co o nim było w filmie "Dziedzictwo Borna".

            Film mógłby z powodzeniem mieć zupełnie inny tytuł. Nie wiem dlaczego postanowiono stworzyć niby kontynuację. Może dla pieniędzy? Może myślano, że nawiązanie do sprawdzonego nazwiska przyciągnie widza? Nie lubię takich zagrywek. Myślę, że dobre dzieło samo powinno się obronić. Jak coś jest warte obejrzenia, drogą pantoflową (internetową) zawsze się to rozejdzie. Ktoś komuś poleci i wieść pójdzie w świat.

            Głównym bohaterem filmu jest Aaron Cross. Tajny superagent, który dodatkowo poddany jest modyfikacjom genetycznym. Jest on częścią planu, bo takich jak on jest więcej. Wszyscy biorący udział w eksperymencie muszą codziennie łykać dwie tabletki. Jedną na polepszenie sprawności fizycznych, drugą na zwiększenie inteligencji. Gdy jednak CIA decyduje o zakończeniu eksperymentu, każdy z agentów dostaje jedną tabletkę po zażyciu której... umiera. Crossowi udaje się uniknąć śmierci, ale jest on już uzależniony od medykamentów. I jak tu sobie poradzić w świeci gdzie teraz szefostwo zacznie na niego polować? Ano zaczyna się ucieczka i walka o przeżycie.

            Film Tony Gilroya to typowe kino akcji. Nie szokuje niczym nadzwyczajnym. Bardzo dobra jest ostatnia scena pościgu. Długa, ale dobra. Poza tym standard. Strzelaniny, pościgi, pojedynki, kobieta udzielająca pomocy no i zwroty akcji. W sumie ogląda się dobrze, ale daleko do rewelacji.


            Moja ocena filmu to: 6/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  4 846 587  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 4846587
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 12494
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3329 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl