Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 426 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zero

poniedziałek, 28 lutego 2011 21:29

 

 

            Każdy człowiek jest inny, ale wszyscy są równi.


 

             Mnie ten film zaczarował. To prawdziwa uczta dla kinomana. W czasach gdy już ma się trochę dosyć kina akcji. Gdy wszelkiego rodzaju doświadczenia z efektami specjalnymi zaczynają nudzić. Gdy komedie nie śmieszą, a na westernach się przysypia, potrzeba jest czego innego. Czegoś co podziała na zmysły. Czegoś co trudno będzie opisać, sprecyzować, a co na długo pozostaje w głowie oglądającego.

            I co ciekawe, mówię dziś o naszym kinie. Polskim kinie. Tym, które już od ładnych kilku lat, się odradza.

            Moi przeciwnicy pewnie zaraz zarzucą mi, że przesadzam. Że to przecież wcale nie jest kino na poziomie światowym. Że już coś takiego wcześniej oglądaliśmy. Przykładem niech tu będą takie produkcje jak : Babel, czy Magnolia. Ale mówię Wam, ja oglądając polskiej produkcji film w reżyserii Pawła Borowskiego pt „Zero”, wpatrywałem się w niego z otwartą gębą.

            Doba z życia mieszkańców wielkiego miasta. Tak można by streścić cały film. Tym jednym zdaniem. Bo, tak naprawdę, to nie ma tu głównego bohatera. Tu nie ma treści, akcji. Tu jest pokazany człowiek. Zwykły człowiek. Jego przeciętny dzień z życia. I nieważne tu jest, czy ten człowiek, jest akurat bogaczem. Nie ważne czy jest biedakiem. Prezesem firmy, lekarzem, taksówkarzem, czy też sprzedawcą gazet. Historia każdego z nich, każdego człowieka, to historia pełna wzlotów i upadków. Sukcesów i porażek. Chwil wesołych, pełnych nadziei i rozczarowań jednocześnie.

            W filmie oglądamy małych bohaterów, takich o których można by powiedzieć, że są bohaterami w swoim domu. Oglądamy i też kanalie. I co ciekawe, nie zawsze jest tak że bohater, to bohater, a kanalia to kanalia. Bywa i tak, że zamieniają się oni rolami. Ot, po prostu. Ludzie jakich wiele. Tacy właśnie żyją obok nas. Jedni starają się by przeżyć, inni nie mają problemów ze zdobywaniem dóbr doczesnych. Jedni mają zasady, inni maja te zasady gdzieś. Ale wszystko to są ludzie. Ludzie jakich wielu.

            Oglądając film, można się jednak (zwłaszcza na początku) bardzo łatwo pogubić. Przyzwyczajeni jesteśmy najczęściej do tego, że mamy jakąś akcję i poznajemy bohaterów. Tutaj jest troszkę coś innego. Oglądamy jednego człowieka, by za chwilę śledzić losy drugiego, a zaraz dalej znów następnego i następnego. Dopiero po ładnych dwóch, trzech kwadransach zaczynamy to wszystko pomału zlepiać w całość i zlepiamy to aż do samego końca. Filmowi można zarzucić również przerysowania niektórych postaci. Mnie to specjalnie nie raziło, wręcz odwrotnie, ale komuś przyzwyczajonemu do tradycyjnego kina, postać aktorki grającej w filmach porno, czy biznesmena pijącego codziennie do nieprzytomności mogą wydawać się nierealne.

            Zero, nie jest to film dla mojej mamy. Nie polecałbym go swojej żonie czy też szwagrowi. Znam ich gusta. Jednak tym, którzy poszukują kina niecodziennego, film mogę z czystym sumieniem polecić. Film, i jego reżysera. Trzeba bowiem zwrócić uwagę, że Paweł Borowski, tym filmem debiutuje na dużym ekranie. Co pokaże w przyszłości? Nie wiem, ale mam nadzieję, że następne jego dzieło nie będzie gorsze.

 



            Moja ocena filmu to:………. 8,5/10

 

 

            I jeszcze jedno. Muzyka. Muzyka jest hipnotyzująca. Polecam film, choćby ze względu na nią.

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Kochanek w szafie

niedziela, 27 lutego 2011 21:17

 

            W 1991 roku Quentin Tarantino nakręcił film „Wściekłe psy”. Kilku facetów, po nieudanym napadzie na sklep jubilerski spotyka się w opuszczonym magazynie. Tu zastanawiają się, kto z nich jest zdrajcą. Ot, i można powiedzieć cała treść filmu.

             Teraz ,Malcolm Venville, nakręcił coś w podobnym klimacie. Film pt " 44 Inch Chest". Czterdziestokilkuletni mężczyzna, bogaty, a jakże, w dodatku mafiozo, został zdradzony przez swoją żonę. Tak go to rozwścieczyło, że ją pobił i wymusił na niej zeznanie kim jest ten nowy. Później porwał go, wywiózł do jakiegoś mieszkania a następnie zamknął w szafie. I tu zaczyna się film. Nasz bohater zaprosił do mieszkania kilku kumpli, by ci poradzili mu co ma teraz zrobić. No i panowie rozmawiają, dyskutują, wymyślają przeróżne scenariusze działania. Tymi słowami można by streścić cały film. Wszystko.

            Mnie w tym całym obrazie najbardziej spodobał się klimat. No, o to tu zapewne chodziło. O klimat i o monolog jaki prowadzi zdradzony mąż z kochankiem swojej żony. Jak to mu tłumaczy, czym tak naprawdę jest prawdziwa miłość.

 


            Film niezły. Wart obejrzenia. Moja ocena to: 6,5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Piła

niedziela, 27 lutego 2011 21:09

 

            Bardzo lubię takie dowcipy. Wręcz, kocham takie. Mówię o nich, że to są dowcipy na inteligencję. Nie każdy jest je w stanie zrozumieć, nie każdego śmieszą, ale jak dla mnie, to, to są prawdziwe majstersztyki. Gdybyście mieli coś podobnego, to podrzućcie, proszę. A ten, znalazłem na blogu Hanuli 1950.

 

            Nawalony facet wraca do domu i na podwórku zarzuciło go na drzewo rosnące przy ścieżce.
 Z logiką normalną dla takiego stanu, postanowił zemścić się na drzewie, czyli wyciąć je w pień.
Wszedł do domu i dłuższy czas, bezskutecznie szuka piły. W końcu podchodzi do żony i pyta:
- Gdzie piła?
Żona wystraszona odpowiada:
- U sąsiada.
- A dlaczego dała sąsiadowi?
Żona coraz bardziej wystraszona, odpowiada drżącym głosem:
- Dała, bo piła.

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Kabaret Skeczów Męczących

sobota, 26 lutego 2011 22:03

 

            Jedząc sobie kolacje i próbując właśnie co zrobionego świeżego sernika, oglądam sobie w TVP2, KMS – czyli Kabaretową Siłę Miłości. Program rozrywkowy. I tu wpadł mi w oko, a raczej w ucho, powinienem powiedzieć, skecz Kabaretu Skeczów Męczących pt… Nie. Nie podam Wam tytułu, bo od razu byście się zorientowali o co chodzi. A zaskoczenie jest dużym atutem tego występu.

            Skecz, koniecznie chciałem Wam pokazać w pliku wideo, ale nie mogę znaleźć kopii, o dobrej jakości. Przepraszam więc, że zamieszczę tylko link, gdzie znajdziecie i dobry dźwięk i obraz. Zajrzyjcie TUTAJ. Warto uśmiechnąć się.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dragonella i Nasza klasa

sobota, 26 lutego 2011 10:34

 

 

            Jestem przeciwnikiem powszechnej edukacji. No może nie do końca. Ale uważam że obowiązek nauki, a raczej chodzenia do szkoły, do ukończenia osiemnastu lat to jakaś bzdura. Kiedyś, może to miało jakiś sens, teraz jednak już nie. Po cóż bowiem człowiek w wieku powiedzmy siedemnastu lat ma się uczyć wzorów matematycznych, z których nigdy w życiu nie będzie korzystał? Po cóż ma poznawać różnice między literaturą francuską, a rosyjską, jeżeli po zakończeniu edukacji, on nigdy nie weźmie książki do ręki? Dlaczego wciśnięty administracyjnie do danej klasy musi uczyć się języka, którego akurat nie znosi? Bo tak każe prawo? Jakiś ustawodawca, a nie rozsądek? Tak? Czyż ma, chodzić do szkoły, wtedy gdy w ogóle tego nie chce robić? Pytam więc po co? Po co zmuszać szesnasto... siedemnastoletniego chłopaka (dziewczynę) do tego? Bywa, że oni sami już są rodzicami, a postępujemy z nimi jak dziećmi. Często są wyżsi, silniejsi, operatywniejsi niż ich nauczyciele. Im niepotrzebna jest już nauka, a wychowania szkoła im dać nie potrafi.

           Obowiązek nauki powinien kończyć się na piętnastym roku życia. I koniec. Później za naukę powinno się już płacić. Wiedza powinna być dobrem do którego się świadomie dąży, a szkołę powinno się traktować jak świątynię. Oczywiście powinna funkcjonować szeroko rozumiana sfera finansowania szkolnictwa, polegająca jednak na tym, że opłaca się naukę uczniom zdolny. Tym którzy chcą się uczyć i robią to efektywnie. Nauka (wiedza) to bowiem inwestycja. Inwestycja w samego siebie jaki  i również w obywatela – członka społeczeństwa.

            Dlaczego o tym piszę? Otóż, zaglądam czasami na blog Dragonelli. Dragonella to nauczycielka języka polskiego w jednym z polskich gimnazjów. W nietypowym gimnazjum. Sama o swojej szkole, mówi że to zoo. I wcale jej się nie dziwię. Sytuacje które ona opisuje, mnie dorosłego człowieka przyprawiają o ciarki na całym ciele. Uczniowie, którzy bowiem przychodzą (czasami przychodzą powinienem powiedzieć) na lekcje, wcale nie przychodzą (znowu przychodzą – ach jak to brzmi niepoprawnie) tam by zdobywać wiedzę. Więc po co? Po nic. Nie mają co ze sobą akurat zrobić. Nie chcą więcej awantury z kuratorem, albo z którymś z rodziców, lub po prostu żeby przezimować. Jak zrobi się cieplej to wyruszą w teren.

            Oglądałem kiedyś film „Nasza Klasa" (Klasa). Film Estoński, oparty na prawdziwych wydarzeniach. Uczniowie jednej z klas znęcają się okrutnie nad jednym ze swoich kolegów. W stosunku do tego, który staje w jego obronie, również są bezwzględni. W końcu dochodzi do tragedii. Tragedii której można by uniknąć, choćby wtedy, gdyby nauczyciele bardziej interesowali się swoimi podopiecznymi. Tragedii, której by nie było, gdyby uczniowie wiedzieli po co tak naprawdę chodzą do szkoły

 

 

 


            Większość tych młodych ludzi nie szła do szkoły po naukę, po wiedzę. Oni tam szli, bo im kazali rodzice. Bo koledzy też tam byli. Bo tak trzeba było. A ja się pytam, po co to? Dlaczego?

            Akty przemocy w szkole są coraz częstsze. Nauczyciele nie radzą sobie z problemami. Jak tu bowiem utemperować takiego wyrośniętego osiłka, któremu bardziej zależy na popisywaniu się przed rówieśnikami niż na nauce. Nie da się. Tym bardziej, że za dzieciakami często stoją okoniem ich rodzice. Dają im przyzwolenie na bycie agresywnym. Musi sobie przecież radzić, taki w życiu, bo jak się nie nauczy w szkole to kiedy?

           Ale czy na pewno o to tu chodzi? O taką szkołę?



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Eksperyment

piątek, 25 lutego 2011 10:03

 

            Ciekawie się zaczyna. Sfilmowanymi obrazami agresji ze świata zwierząt. Później mamy akty agresji człowieka. To zdjęcia dokumentalne. Później dopiero zaczyna się sam film. Film z udziałem takich gwiazd jak Adrien Brody i Forest Whitaker. Zwłaszcza ten drugi, rewelacyjny w swojej roli.

           „Eksperyment” to jakby kalka z wcześniejszego filmu produkcji niemieckiej z 2001 roku. Czy dostajemy gorszy produkt niż ten jaki zrobili nasi sąsiedzi? Nie. Uważam, że ten obraz broni się sam. A broni się właśnie dobrą grą aktorską.

            Grupa ochotników zostaje odizolowana od świata i zamknięta w pomieszczeniach przypominających więzienie. Ochotnicy podzieleni są na strażników i więźniów. Traf chce (a może to nie traf, a przemyślane działanie), że Travis i Barris, którzy zakolegowali się przed przystąpieniem do eksperymentu przydzieleni zostają do przeciwstawnych sobie obozów.  Uparty i zawzięty w sobie Travis ma teraz grać rolę więźnia, a trochę szalony i żądny władzy Barris – strażnika więziennego. Relacje międzyludzkie mają być obserwowane przez „fachowców” i oczywiście w razie czego, przerwane by nikomu nie stała się krzywda. Agresja jednak narasta z każdą chwilą, a reakcji z zewnątrz nie ma żadnych. To powoduje, że „strażnicy” stają się coraz bardziej brutalni, a „więźniowie” bardziej oporni. My, widzowie, domyślamy się, że musi nastąpić jakaś tragedia. I oczywiście ona następuje.

            Eksperyment przewidywany był na 14 dni. Już czwartego, (a może i wcześniej) to wszystko już za daleko zaszło, a co działo się dalej, to możecie oczywiście zobaczyć w filmie Paula Scheuringa.

 


            Moim zdaniem film niezły. Wart obejrzenia, tak na sobotę, na niedzielę. Dla relaksu. Ja oceniam go na 7/10. I mam wrażenie, że do niego jeszcze wrócę.



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Aż po grób

czwartek, 24 lutego 2011 10:14

 

            Każdy ma jakąś swoją tajemnicę. No, może nie każdy, no i może ta tajemnica wcale nie jest jakaś taka wielka, ale większość z nas coś tam skrywa na dnie swojego serca. Swojej pamięci. U mnie też jest podobnie. Jakieś zadry siedzą tam… głęboko i pewnie nigdy nie da się ich wyjąć. Samemu trudno bowiem sobie poradzić z tym co nas dręczy. A jeśli to trwa wystarczająco długo, to później coraz trudniej i trudniej…

             Felix Bush jest kimś właśnie takim. Jest człowiekiem skrywającym swoją historię. Swoją tajemnicę, która nie daje mu żyć. I to już od 40 lat. Tyle lat bowiem minęło od czasu pewnych tragicznych wydarzeń, po których Felix postanowił odizolować się od społeczeństwa. Z dala od miasteczka, wybudował sobie chatę, gdzie żyje samotnie stroniąc od ludzi. Jednak jego życie dobiega końca. On wie, że już niedługo przyjdzie mu pożegnać się z tym światem. Postanawia więc rozliczyć się z przeszłością i wyjawić okolicznym mieszkańcom swoją historię. Wokół niego bowiem urosły legendy. Każdy coś tam mówi. Każdy coś tam wie. Taki samotnik, taki dziwak, to przecież dobra pożywka dla plotek.

            Ale jak tu przekazać wiadomość, przesłanie, swoją historię ludziom, gdy żyje się na początku XX wieku, gdzie nie ma przecież Internetu, a wokół jest kryzys i bieda? Felix Bush ma pomysł. Postanawia urządzić swoje… przyjęcie pogrzebowe. Przyjęcie na które może przyjść każdy i żeby każdy opowiedział coś co wie o naszym bohaterze. Aby zachęcić ludzi organizuje loterię. Wpłać 5 dolarów, a będziesz mógł wziąć udział w losowaniu, którego stawką jest cały dobytek Busha.

            Film „Aż po grób” to ciepłe, refleksyjne kino mówiące o przemijaniu, o samotności, mówiące o tym że każde z nas ma w sobie jakąś historię, która mogłaby zaciekawić innych. Może historię niewielką. Nie jakąś spektakularną, w której jesteśmy bohaterami na miarę Rambo czy jakiegoś innego Supermana. Ale taką przyziemną. O niespełnionej miłości. O chorobie. Czy jakimś innym, małym drobnym bohaterskim dokonaniu.

 

 


 

            Moja ocena filmu to: 6/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wciąż dokarmiamy ptaki

wtorek, 22 lutego 2011 9:30

 

            Zima nie odpuszcza. Na dworze mróz, że aż piszczy. Ja, a właściwie ja z moją żoną cały czas dokarmiamy ptaki. Te zaokienne, przylatujące do zrobionego karmnika. Rano, gdy tylko pojawia się świt na dworze, wraz z nim przylatują i ptaki. Najczęściej przybywają do nas sikorki bogatki i wróble, ale i zdarzyło się przylecieć sikorce modrej, grubodziobom (pierwszy raz z tak bliska widziałem grubodzioby) i chyba, piszę chyba bo do końca nie jestem pewien, dzwońcom. A i jeszcze jedno. Przylatuje też czasami sierpówka, ale ta wyjadłaby zaraz wszystko i dlatego jest po chwili odganiana.

            Dlaczego tak chętnie ptaki do nas przylatują? Ano dostają codziennie i systematycznie karmę. I to tą dobrą. Dostają sam słonecznik. Im w to graj, a ja, jak zima się prędko nie zakończy, to pewnie pójdę na dziady i sam będę musiał chodzić po prośbie.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Takie to Walentynki

poniedziałek, 21 lutego 2011 11:18

 

 

            Już nie pamiętam, czy go wcześniej publikowałem, czy nie, ale kiedyś napisałem taki oto tekst:

 

            Walentynki. Dzień świętego Walentego. Dzień Zakochanych. To synonimy tego samego święta. Skądinąd jest to sympatyczne, nowe święto, które już chyba zadomowiło się w naszej kulturze na dobre.

           Mi przyszło tego dnia, spędzić czas, jednak nie w zaciszu domowym, ale na zaległych imieninach. Taki zwyczaj. Siedzimy, rozmawiamy, podjadamy, oczywiście popijamy również. W kącie gra sobie telewizor. Niech sobie gra. Czasami zerknę, co akurat leci. Jakieś programy, jakieś stacje telewizyjne. Specjalnie zainteresowany nie jestem.

            W pewnym momencie jednak, zaczynam zwracać uwagę na pasek z napisami, biegnący na dole, wzdłuż ekranu. Na tym to pasku pojawiają się sms-y napisane przez zakochanych do swoich wybraków (wybranek). Nie do końca rozumiem, dlaczego oni to wysyłają do telewizji, a nie do adresata, no ale to już inna sprawa. Czytam te napisy i czytam, i coraz bardziej włosy mi stają na głowie.

            Bo gdy jakiś Jacek pisze, że kocha Zosię, to niech sobie pisze. Gdy Kasie kocha Jasia - rozumiem.  Potrafię nawet zrozumieć, że swoja walentynkę wysłał Kamil do Artura. Jestem w tych tematach tolerancyjny. Nic mi do tego, co kto z kim i dlaczego. Ale w pewnym momencie czytam, że jakaś Ania wysyła walentynkę swojej córeczce Natalce. Zgłupiała baba, czy co - myślę sobie. Zakochała się we własnej córce? Rozumiem miłość matczyną, ale coś takiego? Ale szczytem wszystkiego była walentynka babci Krysi do swojego ośmioletniego wnuczka.  Coś jej się popieprzyło (i nie tylko jej) i to zdrowo. To nie to święto. I albo kobieta zupełnie nie wie co i dlaczego robi, ot pogubiła się w dzisiejszym świecie, albo trzeba ją faktycznie umieścić w jakimś ośrodku zamkniętym.

            Czym innym bowiem jest Dzień Dziecka, czym innym Dzień Babci, a czym innym Dzień Zakochanych. Ktoś kto nie potrafi tego odróżnić, i pisze takie głupie sms-y niech lepiej się dobrze zastanowi, co tak naprawdę robi. Bo czasami ktoś może to wziąć na serio i to może się bardzo źle skończyć.

 


            Tekst ten przypomniał mi się z powodu czegoś co mnie spotkało akurat wczoraj. Zaglądam sobie oto, do swojej skrzynki mejlowej i widzę list. List wysłany przez (tu uwaga, chwila koncentracji) żonę wujka mojej mamy (niby się przez mojej mamy ciotkę, ale to trochę nie do końca tak). Moja mama nie korzysta z komputera, a wujek jest już tak stary, że również sobie z tym już nie radzi. Między nimi była jednak korespondencja internetowa przy pomocy mojej skromnej osoby. Niech będzie. Jakieś listy, jakieś zdjęcia i takie tam różne drobiazgi.

            Teraz jednak dostaję list ja. Na mój adres i do mnie. Wiadomość nie dla wszystkich, lecz dla mnie. Muszę jeszcze zaznaczyć, że tej „ciotki”, ciotki mojej mamy, to ja nigdy na oczy nie widziałem. Otwieram więc wiadomość i co ja widzę? Walentynę. Ja pier…! Ludziom naprawdę wali w czajnik.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Tezcatlipoca

sobota, 19 lutego 2011 18:46

 

            Nie będę tego komentował. Nie chcę. Nie umiem. Nie wiem co na ten temat powiedzieć. Mi, się to bardzo podoba, i tyle. Obejrzyjcie, a pewnie nie pożałujecie. I muzyka (jakżeż znana) i animacja piękne.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Komentarz do komentarzy

sobota, 19 lutego 2011 18:39

 

 

            Dziś chciałbym podziękować wszystkim. Wszystkim którzy czytają moje teksty (zwłaszcza o Drzyzdze i Musze). Tym którzy czytają, i również tym którzy komentują. I również WP, która to upubliczniła.

            Dziękuje za słowa pochwały i za krytyki. Choć często były moje intencje niezrozumiałe, dziękuję wszystkim.

            A teraz może kilka słów wyjaśnienia.  Po pierwsze. Błędy. Tak. Pojawiają się błędy w moich tekstach. I językowe i rzeczowe, stylistyczne i ortograficzne. Jesteście w stanie je odnaleźć. Nie zaprzeczam. Ale to, co ja robię, to nie jest pisaniem artykułów. To nie jest żadna praca magisterska, czy też książka. Tak, wiem, zawsze powinno się pisać poprawnie i nic nie usprawiedliwia błędów. Ale dajcie mi trochę luzu. Ja robię sobie po prostu wpisy. I są one robione ( nie bierzcie to za arogancję) dla mnie. Tak dla mnie. Są one bowiem czymś w rodzaju terapii. By nie obumierały szare komórki, jak ja to mówię. A o tym, że kobieta która wyszła za mąż, jest zamężna a nie żonata, to ja dobrze wiem. Naprawdę Tu polecam komentarz podpisany przez Magia (trzecia strona od końca).

            Po drugie. Wpisy które zrobiłem poruszają pewne tematy. Tematy które uważam za ważne. Dlatego myślę, że komentarze powinny dotyczyć właśnie ich. Tych tematów. Ich bohaterów, a nie mnie. No cóż, niektórzy wolą opluwać moją skromną osobę, niż trzymać się treści. Może tak łatwiej, a może po prostu niewiele sami mają do powiedzenia. Ale nich im będzie. Niech sobie ulżą.

            Po trzecie. Do tych, którzy mówią, że Drzyzga robi dobrą robotę, a ja tylko wygaduję głupoty. Można mi zarzucić, że to nie ma znaczenia, ale poszukałem sobie i znalazłem. Pani Drzyzga jest z wykształcenia filologiem rosyjskim. Myślę, że do rozmów o ludziach ma takie samo przygotowanie jak i ja. Takie samo, czyli żadne.

            Po czwarte. Dobre rady dla mnie. To zaskakujące, jak ktoś, kto zupełnie mnie nie zna, nie wie kim ja jestem, ani ile mam lat, ani jakie wykształcenie, wyznanie itd. daje mi rady. Mnie to trochę śmieszy, bawi, a jednocześnie przeraża. Wszyscy są bowiem tacy mądrzy. A ja, ja taki głupi. Czyżby?

            Po piąte. Być może, ja nie zawsze piszę zrozumiale. Może trudno nadążyć za moją myślą. Ale mam wrażenie, że coraz więcej ludzi ma problemy z czytaniem tekstu. Teraz to się chyba nazywa czytaniem tekstu ze zrozumieniem (tak jakby było jakieś inne), kiedyś nazywało się to po prostu umiejętnością czytania.

            Po szóste. Jest takie stwierdzenie mówiące o tym, że należy znać swoje miejsce w szeregu. To tak dla przypomnienia, tym którzy się za bardzo zapędzają.

            I po siódme. Niech będzie ostatnie. Mam propozycję dla tych którzy tak bardzo bronią stanowiska by wszyscy ze wszystkimi przechodzili na ty. Zacznijcie od księdza. Niech jakaś dwudziestolatka pójdzie do swojego proboszcza, albo biskupa i spróbuje od razu mówić mu na Ty. Ciekawe jak ten zareaguje. Gdy pójdziecie do lekarza, to mówcie mu „ słuchaj Tomek, boli mnie tu i tu…”. Tak samo zachowujcie się gdy zatrzyma Was policjant za przekroczenie prędkości. „Zdzichu, no wiesz jak jest. Jechałem 150 ale przecież po starej znajomości…” Gdy będziecie starać się o pracę, to też od razu walcie do potencjalnego pracodawcy na Ty. Na pewno dostaniecie intratną propozycję. Tak myślicie? No to życzę powodzenia.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Mucha u Lisa

czwartek, 17 lutego 2011 21:14

 

 

            W ostatnim odcinku programu „Tomasz Lis na żywo” (odcinek z dnia 14.02.2011r) zaproszeni goście dyskutowali o kondycji kina polskiego. Ściślej mówiąc dyskutowali o kondycji polskiej komedii. Do programu zostali zaproszeni między innymi twórcy filmu fabularnego (podobno komedii, której jeszcze nie oglądałem i do której wcale mi się nie śpieszy) pt. „Och Karol 2”. Scenarzystka i producentka Ilona Łepkowska, odtwórca głównej roli Piotr Adamczyk i aktorka Anna Mucha. Oni bronili filmu. Rozumiem. Każda pliszka swój ogon chwali. Trzeba więc chwalić swoje ogony, jakie by one nie były. Ja to rozumiem i nie będę, tym bardziej że przecież nie oglądałem filmu, ani go krytykował, ani chwalił. Mogę powiedzieć jedynie, co już pewnie nieraz mówiłem, że moim zdaniem kino polskie się odradza. Tak uważam. I cieszę się z tego.

            Dziś jednak, mimo tego wstępu, chciałbym napisać troszeczkę o czymś innym. Otóż w pewnym momencie, tak prawie na początku programu zostałem troszeczkę zniesmaczony. Troszeczkę zbulwersowany. O, to będzie lepsze słowo. W czym rzecz. Otóż w pewnym momencie pan Tomasz Lis zwrócił się z pytaniem, bardzo grzecznie oczywiście, do pani Anny Muchy. I pytanie i odpowiedź nie jest w tej chwili ważna. Nie w tym bowiem rzecz o czym rozmawiali, ale od czego zaczęła swoją wypowiedź pani Mucha. „Pozwolisz, że przejdę na Ty, bo tak będzie mi wygodniej” powiedziała aktorka. I te słowa mnie właśnie uderzyły. Pozwolisz… Będzie mi wygodniej…

            Jestem już pewnie człowiekiem starej daty. Nie podobają mi się za bardzo takie rzeczy. Takie bezpośrednie traktowanie się. Taka poufałość i to jeszcze publicznie. Mucha wzięła Lisa przez zaskoczenie. Ten nieśmiało, cichym głosikiem powiedział, że pozwoli, ale nie jestem pewien, że mówił on to z przekonaniem. Tym bardziej, że później w programie dalej zwracał się do niej per Pani. Ja, gdybym tam siedział razem z innymi zaproszonymi gośćmi (gdybym się oczywiście odważył cha, cha, cha) od razu bym się wtrącił i powiedziałbym „a do mnie proszę, gdyby co, jednak zwracać się per Pan”. No tak. Mnie jednak tam nikt nie zaprosił. A nikt z gości tak właśnie nie zareagował. I Mucha nie dowiedziała się o swoim nietakcie.

            Gdy ja zaczynałem swoją karierę ( tu powinien być cudzysłów) zawodową, to kilka lat starsza ode mnie kobieta (siedem – osiem lat może) zaproponowała mi na przejście na Ty. Odbyło się to po jakichś dwóch miesiącach pracy i oczywiście działo się to w naszym zamkniętym kręgu pracowników. Ja, długo nie mogłem się przełamać. Tym bardziej, że ona była już żonata, dzieciata, a ja taki nieopierzony pracownik. Teraz to wszystko poszło w innym kierunku. Gówniarz, który ledwo co zaczyna pracować od razu wali na Ty każdemu. Człowiek mógłby być w wieku jego ojca, a on od razu wali na Ty. Bez krępacji, bez szacunku, bez jakiegokolwiek dystansu.

            Skąd się to wzięło? Z wychowania. A raczej z braku wychowania. Nikt bowiem dziś nie uczy ludzi manier. Nikt nie uczy jak należy się zachowywać. Kiedy i jak prawidłowo postąpić. Jak mówić.. Wzorce zachowania czerpie się między innymi z telewizji. Często z podwórka. Od kolegów. Nie ma ludzi którzy mogliby kreować prawidłowe zachowanie. Od których można by brać pozytywne przykłady. I z tego powodu naśladujemy pierwszych lepszych. Tych którzy się nam akurat napatoczą. Często od takich ludzi mediów jak Dorota Rabczewska, Kuba Wojewódzki czy też Anna Mucha. Skądinąd bardzo ładna kobieta.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (471) | dodaj komentarz

Przybliżanie sztuki malarstwa

środa, 16 lutego 2011 9:31

 

            Malarstwo, to dość trudna sztuka. Wielu ludzi się nią zajmuje, wiem. Wielu ludzi maluje, rysuje, coś tam tworzy, ale ja myślę w tej chwili o umiejętności odczytywania. O umiejętności odpowiedniego odbioru tego co znajduje się na płótnie. To nie takie proste. Do tego trzeba mieć przygotowanie. Trzeba mieć podstawy. Dlatego pewnie, patrząc na jakieś dzieło sławnego malarza, najczęściej ograniczamy się do stwierdzenia, że nam się to podoba, lub też nie. Ale to mało. A szkoda. Z drugiej strony, szkoła na lekcji wychowania plastycznego, nas tego nie nauczyła. W szkole ograniczano się jedynie do tego, by coś narysować, namalować. Ot, wszystko. A szkoda. Wielka szkoda. Bo to naprawdę malarstwo bardzo ubogaca zwykłego człowieka.

            Jest taki blog, Spod Pędzla, który chciałbym Wam polecić. Ładne malarstwo znanych artystów, z krótkim opisem i interpretacją tego co widzimy. Ciekawe. Warte by tam zajrzeć.

            A teraz, jeszcze jedna forma przybliżania zwykłemu człowiekowi tej sztuki. Obejrzyjcie, proszę, poniżej zaprezentowany sposób, na to jak można bardzo przyjemnie i rozrywkowo, przybliżać tą sztukę. I nie chodzi mi tu akurat o Jacka Yerka. Bo tak można przecież pokazywać i Beksińskiego i Siudmaka i wszystkich przecież tych wielkich i tych małych.

            Dobry sposób na przybliżanie sztuki.

 


 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdrajca

środa, 16 lutego 2011 9:05

 

            Jestem już dużym chłopcem. Chodzę po tym świecie już kilkadziesiąt lat i nauczyłem się, że nie jest on czarno biały. Że to co widzimy, to co często słyszymy, to co ktoś nam mówi, bo wie. To, to wszystko najczęściej nie jest prawdziwe. To, to najczęściej nie jest prawdą. Każdą informację, która do mnie dociera, przesiewam przez sito. Takie moje sito. Ważnym jest dla mnie to, kto mówi, kiedy i po co. Ile ma lat rozmówca i jakie ma doświadczenie życiowe. I tak się nieszczęśliwie składa, nieszczęśliwie dla mnie, że nie mam zaufania prawie do nikogo. Ciężko jest tak żyć, ale cóż. Już za często się sparzyłem na tym, że polegałem na innych. Teraz zgodnie z powiedzeniem „umiesz liczyć, to licz tylko na siebie”, tak właśnie robię. Liczę i ufam właściwie tylko sobie.

 


             Kim jest Samir Horn? Przez pierwsze trzy kwadranse nie wiemy. Nie wiemy czy pracuje on dla Rządu USA, czy też jest raczej wysokiej klasy specjalistą, aktywnie działającym terrorystą? No, można powiedzieć, że nie wiemy, bo przecież tytuł filmu, zdradza nam, kim on jest. Zdrajcą! Ale czy on naprawdę zdradza? I kogo? Tu mamy wątpliwości. Oczywiście, te wątpliwości zaraz się rozwieją, ale w filmie, jest to, o czym pisałem wcześniej. Nie ufać nikomu. Nie wierzyć nikomu. Nie słuchać nikogo. Trzeba mieć swoje poglądy na życie. Najlepiej oparte na doświadczeniu i na dobrych wzorcach. Religijnych? Nie koniecznie. Bo religia jest bardzo mocno zakorzeniona zarówno po jednej jak i po drugiej stronie konfliktu.

            Film „Zdrajca” (Traktor) z 2008 roku, zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Dobrze skonstruowana intryga trzymająca w napięciu i to powtarzające się pytanie, po której on właściwie jest stronie, to zalety filmu. Można by tu jeszcze do zalet dodać niezła grę Dona Cheadle.

            Ogólnie mówiąc film, wart obejrzenia

 


            Moja ocena to: 6/10.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Last of the Mohicans Theme-irish dancing

niedziela, 13 lutego 2011 18:34

 

            Nie mogłem się oprzeć, by Wam nie pokazać tego teledysku. Znalazłem go na blogu Polarnego, i od razu mnie zachwycił. Kapitalna, wręcz hipnotyzująca muzyka ( z filmu) i ten niebywały taniec. Smukłe i naprężone jak struny dziewczyny. I ci wyprostowani chłopcy. Oglądam to już piąty, szósty, siódmy … raz i pewnie obejrzę znowu. Piękne. Przepiękne.

 


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  4 846 589  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 4846589
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 12494
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3329 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl