Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 426 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

David Lodge

poniedziałek, 25 lutego 2013 18:04

 

 

          W literaturze jest dużo seksu i nie ma dzieci; w życiu – na odwrót.

 

David Lodge


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Rozstanie.

poniedziałek, 25 lutego 2013 18:01

 

            Nigdy nie byłem poza granicą naszego kraju. Ale wydaje mi się, że wiem jak żyją ludzie w Anglii, w Niemczech, czy też w Rosji. Zawsze wydawało mi się, że będąc w miarę oczytanym, że oglądając w miarę dużo wiadomości, filmów itd. człowiek może dobrze się orientować, jak żyje się gdzie indziej. Czyżbym aż tak się mylił.

 

            Obejrzałem właśnie wielokrotnie nagradzany film "Rozstanie" i pomyślałem sobie, że jeśli w Iranie ludziom żyje się tak jak tu jest przedstawione, to wcale tam nie jest tak źle. Kobieta co prawda jest uzależniona od mężczyzny, to widać często, ale ma ona swoje zdanie, swoje życie itd. Kobiety pracują, jeżdżą samochodami, podejmują decyzje... A przecież to Iran, kraj kojarzący się z ortodoksyjnością. Tak. Religia wplata się tu w życie codzienne. Ma wielkie znaczenie, ale poziom życia zwykłego człowieka tutaj pokazany, zaskoczył mnie zupełnie. Dobre samochody, nienajgorsze mieszkania, sądownictwo jak na moje oczekiwania trochę nieprzystające na XXI wiek, ale do przyjęcia.

 

            Co do filmu natomiast to... No cóż. Trochę jestem rozczarowany. Tegoroczny laureat Oscara, w tej samej kategorii "Miłość" to film bardzo dobry. "Rozstanie natomiast jest trochę przynudnawe. Końcówka podkręcona, ale całość wlecze się niemiłosiernie i trzeba być wytrwałym widzem by dotrwać do końca.

            Film poprawnie zrobiony, to fakt, ale myślę, że obsypywanie go tak wieloma nagrodami to przesada. No, chyba że konkurencja słaba. 

 

 

             Moja ocena filmu to: 6/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Rzeź.

niedziela, 24 lutego 2013 13:56

 

             Spodziewałem się czegoś mocniejszego. Czegoś co wali w łeb z siłą kija bejsbolowego. Z drugiej strony, znając trochę twórczość Polańskiego, powinienem wiedzieć, że aż tak drastycznie nie będzie. W każdym bądź razie lekki zawód był.

            Co nie znaczy oczywiście, że "Rzeź" to zły film. Wszystko tu jest dopracowane do najmniejszych szczegółów, tytuł jednak sugerował coś mocniejszego. No bo jakimż tytułem moglibyśmy opatrzyć prawdziwą rzeź?

            Do mieszkania państwa Longstreet, przyszli z wizytą państwo Cowan. Ich celem jest wyjaśnienie sprawy (przeproszenia) swojego syna. Ten otóż uderzył ich dziecko kijem tak mocno, że ten ma wybite zęby i opuchniętą twarz. Początkowo wizyta przebiega spokojnie, jest pełna wymuszonej grzeczności i taktu, z czasem jednak każdy zaczyna kłócić się z każdym. Wiadomo: napięcie wewnętrzne, alkohol, przedłużająca się wizyta to wszystko nie może doprowadzić do pokojowego zakończenia.

            A jakie jest zakończenie? No właśnie. Nijakie. Powiem Wam, że z wrażenia aż otworzyłem usta, tak mnie zamurowało to zakończenie.

 

            Ogólnie mówiąc, filmem jestem trochę rozczarowany mimo że główne role odtwarzają amerykańskie gwiazdy. A... za Foster nigdy nie przepadałem i uważam ją za brzydka kobietę. Winslet - to samo. Reilly - misiowaty poczciwina i Waltz, który sprawdził się najlepiej z nich wszystkich.

            Podobało mi się natomiast miejsce akcji filmu. Czyli po prostu pokój państwa Longstreet. Świetnie urządzony pokój do mieszkania. I co ciekawe, naliczyłem się w nim aż siedem lamp stojących. A co jedna to ładniejsza.

 

 

 

           

                Moja ocena filmu to: -7/10

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Hitschock

sobota, 23 lutego 2013 16:29

 

            Byłem jeszcze dzieckiem. Nie wiem już ile miałem wtedy lat, ale raczej poniżej dziesięciu. Było lato, wakacje, a ja przebywałem u dziadków na wsi. Z grupą zbliżonych do mnie wiekowo dzieciaków byliśmy na łące, gdy ktoś rzucił hasło "idziemy na Hitschoka". Wtedy nie wiedziałem co to znaczy, kto ów, ale jak grupa to grupa. I poszedłem ze wszystkimi. Już nie wiem jakim to sposobem, ale w godzinach dopołudniowych puszczano w telewizji "Północ - północna zachód". Aby jednak obejrzeć film w środku dnia, a w dodatku za pomocą odbiornika czarno białego, trzeba było wtedy użyć pewnych sposobów. Słońce bowiem wpadające do pokoju przez okna uniemożliwiało jakiekolwiek oglądanie. I nie wystarczyło pozasłaniać zasłony. Trzeba było jeszcze okna uszczelnić kocami, tak aby najmniejsze oznaki światła dziennego nie docierały do pomieszczenia.

            Seansu tego nie pamiętam. Za mały wtedy byłem. Co nie znaczy że filmu w późniejszym wieku nie obejrzałem po raz drugi. Niemniej tak wyglądało moje pierwsze spotkanie z mistrzem suspensu. Po kilku latach, a byłem wtedy już bardziej świadomym młodzieńcem oglądałem "Ptaki". By obejrzeć jednak "Psychozę" musiałem jeszcze trochę dorosnąć. Takie filmy bowiem nadawano w późnych godzinach nocnych i z koniecznym ostrzeżeniem, że seans przeznaczony jest wyłącznie dla widzów dorosłych.

            Jakim cudem teraz takie rzeczy można oglądać o każdej porze dnia i bez ograniczeń wiekowych, to do mnie za bardzo nie dociera, no ale cóż. Zestarzałem się chyba. Z drugiej strony widać, że o wiele bardziej wzrosła rola rodziców w tym, co mają, mogą i powinny oglądać ich pociechy.

 

            Film biograficzny pt "Hitschock" zaczyna się w momencie wielkiego triumfu reżysera po zrobieniu przez niego "Północ - północny zachód ". Teraz jego nazwisko jest na ustach wszystkich. Ma swój punkt kulminacyjny sławy. Ale później przychodzi chęć zrobienia czegoś jeszcze lepszego. Początkowa posucha jeśli chodzi o pomysły, w końcu  przynosi "Psychozę" Ale o dziwo, producenci, sponsorzy jakoś nie są za bardzo zainteresowani pomysłem. Nasz mistrz więc postanawia zaryzykować własnym majątkiem by zrobić dzieło na punkcie którym ogarnia go przymus jego realizacji.

            W filmie oglądamy jego zmagania z producentami, aktorami, a zwłaszcza z cenzurą. Sceny które w dzisiejszych czasach nie budzą większych emocji, wtedy chciano najchętniej powycinać. Reżyser jednak walczył o swoją wersję zaciekle. W końcu udało mu się stworzyć, swój chyba najlepszy obraz w karierze, a jeśli nie najlepszy to na pewno medalowy.

 

            Film biograficzny "Hitchcock" to film poprawny. Szału może nie ma ale ogląda się go nieźle. Dodatkowo mamy tu ciekawy wątek związku Alfreda z Almą Reville, kobietą jego życia która miała jak się okazuje duży wpływ na jego życie. Jak się okazuje mistrzowie też potrzebują swoich kapitanów, którzy będą nimi czasami z ukrycia kierować.

 

 

            I jeszcze jedno. Moim zdaniem, a nie jest to zdanie fachowca, filmowi zaszkodził ( i tu zaskoczenie) Anthony Hopkins. Nie podobał mi się w tej roli. Wyniosły? Może i powinien taki być. Ale Hopkins w roli Hitchcocka bardziej budził we mnie politowanie, niż szacunek.

 

  

 

            Moja ocena filmu to: -7/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Nivea - reklama.

poniedziałek, 18 lutego 2013 20:49

 

 

            Nivea. Wystarczy kliknąć w logo, a można obejrzeć reklamę na wysokim poziomie.

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Alex Cross

niedziela, 17 lutego 2013 21:06

 

            Nie posłuchałem dobrych rad, a i dałem zwieść się zwiastunowi. "Alex Cross" to bardzo przeciętny thriller, a mogło być naprawdę dobrze. Tytułowy bohater to istny Sherlock Holmes czasów współczesnych, ale jego umiejętności są tu ukazywane sporadycznie. Jedynie po to by mógł on zabłysnąć w towarzystwie. Zadanie jakie mu w pracy przydzielono jest bardzo trudne. Musi się on zmierzyć z psychopatycznym, wielokrotnym mordercą, który teraz bierze sobie za cel jego rodzinę.

            Fabuła sztampowa, ale można z tego zrobić pełnometrażowy film trzymający w napięciu. W dodatku naprzeciw naszego detektywa staje perfekcyjny i bezwzględny morderca. I takie właśnie kino lubię. I z tego to właśnie powodu dałem się na nie skusić.

            Coś tu jednak nie zgrało. Fabuła, akcja, napięcie jest, ale wszystko to na poziomie takim, że podczas oglądania filmu można sobie jednocześnie spokojnie rozwiązywać krzyżówkę. Dwóch głównych bohaterów, stojących jednocześnie po przeciwnych stronach nie zachwyca, choć powinni. Picasso - uzdolniony artystycznie, o nadspodziewanej sile i przebiegłości bezwzględny morderca staje do rywalizacji z inteligentnym stróżem prawa. Czy można mieć lepszy pomysł na thriller? Trudno - prawda? Co więc zawiodło? A no, po trosze wszystko.

 

  

 

            Moja ocena filmu to: -5/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Szpital

sobota, 16 lutego 2013 8:42

 

            Stało się. Kilka dni w szpitalu. Pierwszy raz. W nocy nastąpił jakiś atak w okolicy żołądka. Sześć godzin cierpienia i w końcu decyzja o wezwaniu pogotowia. Dali jakiś zastrzyk i po chwili przeszło, ale wizyta u lekarza rodzinnego skończyła się na skierowaniu do szpitala.

            Różne badania, wyniki i ogólnie mówiąc to nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Lepiej? No tak, czego ja chcę, bo przecież w porównaniu z niektórymi chorymi to jestem okazem zdrowia.

            A leżało tam kilku naprawdę chorych ludzi. Na przykład ten trzydziestosześcioletni facet od dwóch tygodni naprawdę cierpiący, a na poprawę się nic nie zapowiada. Widać to choćby po minach lekarzy. Ich bezradność w tym przypadku jest widoczna jak na dłoni.

            Albo ten dziewiętnastolatek. Chojrak i bystrzak jak mało kto. Naukę zakończył na gimnazjum, a ma swoją firmę budowlaną. Zatrudnia ludzi, jeździ Audi o wartości 80 tys, a teraz buduje dla siebie halę w której chce uruchomić hurtownię owoców i warzyw. Mówi co prawda okropnie, bardzo kaleczy słowa, klnie na każdym kroku, ale o dziwo wiedzy ma sporo. W wielu tematach orientuje się lepiej niż niejeden stary.

            Lubię obserwować ludzi. Tak z ukrycia, gdy nie wiedzą oni o tym. Nie robię nikomu krzywdy w ten sposób, ot po prostu podglądam troszeczkę ich prywatność. Widzę czasami rozpacz, wstyd, próby ukrycia swoich słabości - to wewnątrz, bo na zewnątrz to najczęściej grają bohaterów. Ale to do czasu. Bo gdy przyjdzie prawdziwe nieszczęście to boją się jak dzieci i wszędzie poszukują słów pociechy.

            A koniec przyjdzie na każdego z nas. Prędzej czy też później - nie ważne. Ważne by się choć trochę przygotować, trochę poukładać swoje sprawy, uporządkować je by w ciszy i spokoju móc odejść. A dokąd? Ja myślę, że w nicość.

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Harakiri :Śmierć samuraja.

poniedziałek, 11 lutego 2013 18:39

 

            Honor. Czym jest honor? W pierwszej chwili, wydaje nam się, że wiemy o czym mowa, ale gdyby przyszło do wyrażenia definicji, to pewnie pojawiłby się wielki problem.

            Często mówimy "ja mam swój honor". Tak jakby mój honor różnił się od honoru kolegi. Czy mój honor może być czymś innym niż honor ogółu?

            A tak naprawdę, to wydaje mi się, że coraz rzadziej możemy spotkać się w życiu codziennym, z honorowym zachowaniem.

 

            Wychowywałem się na takich książkach jak Winnetou, na przygodach Tomka Wilmowskiego, czy też na trylogii Sienkiewicza. I wydaje mi się, że mam poczucie honoru. Że potrafię odróżnić człowieka honorowego, od zwykłego cwaniaka.

 

            Do domu Ii rządzonym przez Kageyu przybywa młody ronin Motome z prośbą by pozwolono mu tutaj dokonać rytualnego harakiri. Mieszkańcy domu, mają wrażenie, że przytrafił im się oszust. Postanawiają więc, że mu nie odpuszczą. Zdarza się bowiem, że krążą samurajowie, którzy tylko udają, że chcą popełnić rytualne samobójstwo, w duszy natomiast marzą o tym, by wzbudzić litość i by wyłudzić pieniądze, lub też posadę. Tym razem jednak ceremonii ma się stać dość. Motome ma jednak pewną prośbę. Czy zostanie ona spełniona?

            Kilka miesięcy później trafia tu inny samuraj - Hanshiro, który również chce popełnić harakiri. Kageyu stara się go odwieść od tej decyzji, ale Hanshiro jest zdecydowany. Przedtem, on jednak ma również pewną prośbę. Chce sobie wybrać asystentów, tych o dziwo, nie ma w pobliżu. Wtedy to decyduje się na opowiedzenie pewnej historii. Ale o niej dowiecie się dopiero gdy obejrzycie sobie film "Harakiri - śmierć samuraja"

 

            Nie oglądałem pierwowzoru z 1962 roku. Ponoć jest dużo lepszy. Mi jednak nowa wersja bardzo się spodobała. Zrobiła na mnie wrażenie scena rytualnego samobójstwa jakiemu poddał się Motome. Wzbudziła we mnie prawdziwe współczucie historia jego życia. Końcowa walka (pojedynek) Hanshiro jest trochę teatralna. Takie rzeczy jednak, to w filmach japońskich normalność. No i oczywiście temat honoru jest tu bardzo ciekawie postawiony. Nad nim można się zastanawiać. Bo czy inaczej postrzegamy swój honor i honor innych? Chyba tak.

 

  

 

            Moja ocena filmu to: 7/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wykiwana śmierć.

niedziela, 10 lutego 2013 8:16

 

 

Aby obejrzeć, kliknij na obrazek.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Kinatay.

czwartek, 07 lutego 2013 9:20

 

            Dzień. Wstaje dzień. Słońce świeci, ludzie szykują się do swoich zajęć, ale nie dla każdego będzie on takim samym dniem jak inne. Peping i Cecile też już wstali. Zbierają się do wyjścia. Biorą ze sobą małego synka. Za chwilę dziecko oddadzą pod opiekę ciotki, bo dla nich dwojga ten dzień jest szczególny.  No może nie do końca - szczególny, w naszym rozumowaniu, ale jednak inny od dnia codziennego. Młodzi bowiem dzisiaj biorą ślub.

            W filmie "Kintay" oglądamy dwa rodzaje ślubów. Jeden - to dawany zbiorowo. Hurtem. Drugi to uroczystość typowo urzędowa, gdzie mistrzem ceremonii jest sędzia. W takim biorą udział właśnie nasi bohaterowie. Cecile jest jeszcze młodziutka. Ma dziewiętnaście lat. Już się nie uczy. Musi zająć się domem i dzieckiem. Peping jest niewiele starszy. Ma lat dwadzieścia i jeszcze chodzi do szkoły. Uczy się popołudniami w szkole policyjnej. Trzeba będzie w przyszłości jakoś utrzymać rodzinę.

            Ślub, który jest jakby się wydawało wyjątkowym wydarzeniem, tutaj oglądamy jako zwykłą rejestrację urzędową. Później Peping udaje się do szkoły na zajęcia. Ma jeszcze nadzieję, że jego dość bogaty chrzestny obdaruje go motorem. Mógłby z niego później zrobić mototaxi i wieczorami sobie dorabiać.

            Taką właśnie, młodą tajska rodzinę poznajemy na początku.

 

            Noc. Na ulice miasta wychodzą przedstawiciele grup mafijnych. Zbierają haracze od ulicznych handlarzy. Wśród nich jest i Peping. Nie, nie. Nie wśród handlarzy. On jest jednym ze zbierających haracz. Pracuje dla jakichś szefów. Sam pewnie nie wie dokładnie dla kogo. Zna tylko tych których wolno mu znać. Kilka szczebli wyżej. Właśnie oddał on zebrane pieniądze. Teraz wsiada do samochodu i zacznie się jazda. Kilku facetów ma bowiem wyrównać rachunki z Madonną. Podstarzałą już prostytutką i narkomanką. Jest ona winna kupę szmalu i właśnie został wydany na nią wyrok. W całej akcji bierze udział i Peping. Przyszły policjant. Bezpośrednio nie będzie on mordował. Jeszcze nie teraz. Jego współudział jest jednak faktem.

 

            Filipińsko Francuski film "Kinatay" to prawdziwy zapis zbrodni. Ze szczegółami oglądamy znęcanie się nad ofiarą, mordowanie jej, ćwiartowanie zwłok. Oglądamy bezdusznych sprawców, którzy robią swoje, a później jak gdyby nic, idą rano na śniadanie. Przyzwyczaisz się - mówią naszemu młodzikowi, bo dla niego jest to jednak szok, to co widział i w czym brał udział. Ciekawym jest zestawienie faktu kierunku nauki jaki sobie wybrał Peping, z działalnością w jaka się wmieszał. Ten na początku wydawałoby się sympatyczny chłopak wszedł na drogę z której nie ma już dla niego odwrotu. Został bandziorem i pewnie prędzej czy później zginie. Jak nie zastrzelony przez swoich kumpli - bandytów, to przez swoich kumpli - policjantów.

 

            Czy film ten jest wart polecenia? Na Filmwebie dostał raczej marną ocenę (5,7). Ja jednak myślę, że zasługuje on na więcej. Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na to skąd on pochodzi. Filipińskich produkcji raczej niewiele oglądamy. Trzeba się wczuć w klimat, tak różny od tych z jakimi mamy do czynienia na co dzień. Niektórych widzów mogą denerwować, dłużyzny poszczególnych scen, jak na przykład jazdy samochodem wiozącym Madonnę, czy samej zbrodni. Ja jednak uważam, że to wszystko ma swój cel i całkiem dobrze się udało to zrobić.

            "Kinatay" to film dla wytrwałych kinomanów. Dla dojrzałych oglądaczy. Dla ludzi, którzy niejedno już widzieli i potrafią mimo niedogodności wytrzymać do końca seansu. I myślę jeszcze, że po obejrzeniu takiej produkcji, może ona dawać ludziom  dużo tematów do dyskusji. Ja polecam.

 

  

 

            Moja ocena to: 7+/10

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Powstanie styczniowe.

środa, 06 lutego 2013 9:25

 

            Historia nie była moim ulubionym przedmiotem w szkole. Niby się prosta sprawa, a zawsze jakoś szło mi przyswajanie tej wiedzy opornie. Dziwne, bo zawsze lubiłem czytać, opowiadać, więc z historią nie powinienem mieć problemów, jednak gdy coś mi się narzuca, to moja dusza staje się oporna.

            Pamiętam jak kiedyś, podczas wystawiania ocen na koniec roku szkolnego, nauczycielka zapytała się mnie wprost, czy ja umiem tą historię, czy tylko robię takie wrażenie. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że robię takie wrażenie. Dobrze, że nie miała czasu sprawdzić mojej wiedzy, bo to co opowiadali ci którzy poprawiali się na dostateczny przekraczało moje wyobrażenie. Dostałem cztery i byłem zadowolony.

            Im odleglejsza jednak była historia, tym lepiej przeze mnie przyswajalna. Najgorzej było z tą dziewiętnastowieczną i tą do połowy XX wieku. Rozróżnienie powstania styczniowego od listopadowego stanowiło dla mnie rzecz nie do ogarnięcia.

            Później się to zmieniło. Będąc już dorosłym, lepiej zacząłem rozumieć sytuacje Polski z czasów zaborów. Tworzenie się państwowości po odzyskaniu niepodległości też stało mi się bliższe. Może to jest tak, że jeżeli człowiek nie musi, a wystarczy, że chce, to lepiej przyswaja sobie wiedzę.

 

            Niedawno obchodziliśmy rocznicę powstania styczniowego. Na czym ono polegało, czym się różniło od listopadowego, jakie miało znaczenie i kiedy nastąpiło (wiadomo, że w styczniu, ale coś więcej? :) ) jeśli nie Wiecie, to w prosty sposób możecie się dowiedzieć oglądając krótki filmik dokumentalny. Wystarczy kliknąć na obrazek i poświęcić mały kwadrans ze swojego życia. Myślę, że warto.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pytanie do posła Godsona i... do mojej żony.

wtorek, 05 lutego 2013 10:28

 

            U Tomasza Lisa gościem był wczoraj poseł Godson i nie w tym rzecz, jakie on ma poglądy, ale jak je argumentuje. W pewnym momencie bowiem, stwierdził, że ewentualne zalegalizowanie związków partnerskich (homoseksualnych) to pierwszy krok w kierunku adopcji dzieci przez pary żyjące w jednopłciowych związkach. Pierwszy krok. No tak. A co z pozostałymi krokami i ile by ich miało być. Bo jeżeli na przykład pięćdziesiąt tysięcy, to tak na prawdę poseł Godson nie powinien się chyba niczego obawiać. Długa droga przed nami (przed nimi :) ).

            Ale zwróciła moja uwagę swoją ripostą Karolina Korwin-Piotrowska. Zapytała się bowiem - no i cóż miało by się takiego strasznego wydarzyć, gdyby para homoseksualistów adoptowała dziecko? No właśnie. Czy stałoby się coś złego? Czy spotkała by w ten sposób kogoś bezpośrednio krzywda?

            Zastanówmy się.

            Wyobraźmy sobie taką sytuację. Z jednej strony dwie kobiety żyjące w związku. Są one młode, dobrze zarabiają, kochają się. Są one dobrze sytuowane i pozytywnie nastawione do świata i ludzi. Z drugiej strony wyobraźmy sobie czteroletnią dziewczynkę. Dziecko cierpiące i nieuleczalnie chore. Dziecko pozostawione przez rodziców i spragnione bliskości, uczucia, miłości... I wyobraźmy sobie, że te dwie kobiety chciałyby adoptować tą mała dziewczynkę.

            Ja mam pytanie do posła Godsona. Dlaczego on swoją decyzją, swoimi poglądami, zabrania temu dziecku zaznać ciepła, miłości, spokoju... dlaczego? W imię swoich ideałów? W imię swojej wiary, egoizmu, swojego poczucia nieomylności?

            Pośle Godson. Jeszcze niedawno, w niektórych kręgach, czarnoskórym za związek z osoba o białym kolorze skóry strzelano w łeb. Warto się obudzić i mieć trochę więcej tolerancji dla innych ludzi i pozwolić im żyć tak jak chcą, jeśli swoimi czynami oczywiście nie krzywdzą innych. Warto - mówię panu.

 

 

            A jak już jestem przy Lisie i przy politykowaniu, to powiem Wam, że zadałem mojej żonie pytanie. Czy uważasz, że posłanka Anna Grodzka powinna zostać wicemarszałkiem sejmu? Jak ty byś zagłosowała? Moja żona odpowiedziała (zgodnie z tym czego się spodziewałem) że zagłosowałaby na tak. A ja? No cóż. Ja głosowałbym przeciw. Ale nie chodzi mi o osobę pani Grodzkiej. Ja uważam, że nasz sejm, nasi parlamentarzyści, jeszcze nie dorośli do takiego wicemarszałka (takiej wicemarszałkini). Uważam, że dla dobra sejmu, dla dobra powagi miejsca i urzędu powinienem byłby zagłosować - przeciw.

            Wyobrażam sobie bowiem, co by się działo, gdyby obrady prowadziła pani Grodzka. Już słyszę, te kpiny pani Pawłowicz, śmiechy ze strony konserwatywnych posłów, już widzę to demonstracyjne opuszczanie sali przez pana Kaczyńskiego  i jego wiernopoddańczą świtę.

            I myślę sobie, że Polska na to nie zasługuje. Na taki cyrk jaki będzie wtedy robić PiS i temu podobni.

            Dla dobra Polski, dla dobra powagi Sejmu, zagłosowałbym przeciw. W tym składzie, z tymi ludźmi daleko się nie ujedzie.

 

            I moje ulubione przysłowie: Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć.

 

 

 


Podziel się
oceń
3
2

komentarze (7) | dodaj komentarz

Prawdę mówiąc i... Roman Paszke

poniedziałek, 04 lutego 2013 9:45

 

            Od czasu gdy Kuba Strzyczkowski wyruszył w samotny rejs przez Atlantyk, moja żona zaczęła interesować się takimi rejsami. Jej zainteresowanie polega właściwie, na fascynacji tego typu dokonań. Na słuchaniu w radiu o takich wydarzeniach, czy też oglądaniu jakichś telewizyjnych relacji. Nic więcej. Ale to i tak dobrze. Warto przecież choćby w najmniejszym stopniu, ale poszerzać swoją wiedzę, czy jakieś tam zainteresowania.

 

            Gdy byliśmy tydzień temu u mojej mamy, ta poleciła nam telewizyjny cykl programów pod wspólnym tytułem "Prawdę mówiąc". W jednym z odcinków, bohaterem jest Roman Paszke. Gdy to znaleźliśmy w internecie http://www.tvp.pl/vod/audycje/publicystyka/prawde-mowiac oczywiście trzeba było od razu zobaczyć. Tym bardziej, że teraz rezygnacja, tegoż podróżnika i sportowca, z dalszego rejsu jest dosyć głośna.

            Gdy popatrzyłem sobie na pana Paszke, pomyślałem, no... facet jest już pewnie po pięćdziesiątce, a tak dobrze się trzyma. Ale gdy zajrzałem do wikipedi i rzuciłem okiem na datę jego urodzenia, to faktycznie mnie to zaskoczyło. On jest już po sześćdziesiątce. Brawo! Chciałbym mieć jego sprawność fizyczną gdy doczekam jego lat.

 

            Nawiasem mówiąc, program "Prawdę mówiąc" - polecam. Świetna jest choćby rozmowa z prof. Wiktorem Osiatyńskim.  

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Lemański o pogrzebie Glempa.

niedziela, 03 lutego 2013 8:46

 

            Właściwie nie chodzę na pogrzeby. Nie lubię ich i na nie, nie chodzę, chyba że już naprawdę muszę. Że już nie wypada nie pójść, no bo jak?

            Zacząłem jednak czytać klepsydry. Zauważyłem, że z wiekiem czytam je coraz częściej. Patrzę na lata przeżyte i myślę sobie, ile to mi jeszcze zostało. Ile zostało, i o ile kogoś znowu przeżyłem.

            Smutne to, ale też i nieuniknione.

 

            Niedawno zmarł jeden z większych współczesnych Polaków, co by tu nie mówić, Prymas Józef Glemp. Nie, nie. Na pogrzebie oczywiście nie byłem, oglądałem jedynie jakieś wstawki w telewizji. Pogrzeb jak pogrzeb, myślałem sobie, no może trochę bardziej uroczysty ze względy też i na osobę zmarłą. I na dłużej bym się przy tej sprawie nie zatrzymał myślami swoimi, gdyby nie wpis księdza Wojciecha Lemańskiego na ten temat. Wydawałoby się bowiem, że taka uroczystość musi przebiec perfekcyjnie. Że tu wszystko będzie zapięte na ostatni guzik, a tu jak wynika z relacji - wielka klapa.

            No cóż, ktoś powie. Księża też ludzie. Ja naiwny jednak myślałem, że na swojej robocie to oni się znają i choćby coś takiego jak pogrzeb i to swojego szefa to oni przygotują doskonale. A tu klapa.

 

            Wpis możecie przeczytać TUTAJ.

            Myślę że warto.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  4 846 597  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 4846597
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 12494
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3329 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl