Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 977 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Eden Lake

niedziela, 28 marca 2010 8:32


             To ci trzeba mieć pecha, chciałoby się powiedzieć, po obejrzeniu filmu „Eden Lake". Ale od początku. Steve i Jenny to młoda para ludzi. Właśnie wybierają się na kilka dni za miasto, by tam odpocząć na łonie natury. Stevowi na tym wypadzie zależy szczególnie. Kupił właśnie pierścionek i ma zamiar się oświadczyć.

            Gdy młodzi docierają do celu, są zachwyceni. Jezioro, lasy, spokój... chce się żyć. Rozbijają wiec swoje małe obozowisko, odpoczywają i oczekują nocy. I taki mamy nastrój sielanki, przez dwadzieścia, dwadzieścia parę minut. Niby nic się nie dzieje, ale my wiemy, że coś stać się musi, bo „Eden Lake" to thriller z elementami grozy, czy wręcz horroru.

            Napięcie zaczyna pojawiać się, a później już tylko rośnie i rośnie, gdy na plaży zjawia się grupka rozwydrzonych, miejscowych dzieciaków z psem. Są hałaśliwi, bezczelni i są w grupie. Czy reagować na ich zachowanie, które jest chamskie i wręcz prowokujące? On, jest mężczyzną, próbuje, więc jakoś reagować, ale dzieciaki są niedobre i mają swojego prowodyra. Zaczyna się, więc eskalacja przemocy. Kto wygra i jak to się skończy, dowiecie się oczywiście po obejrzeniu filmu.

            Ja ze swojej strony, mogę powiedzieć, że tym razem mamy do czynienia z naprawdę dobrym przedstawicielem swojego gatunku. Film trzyma w napięciu i chociaż jest przewidywalny, to ogląda się go z dużymi emocjami na twarzy i w sercu. Bo są chwile, gdy można się faktycznie bać. Jednocześnie obraz ten porusza i głębsze myśli, każące nam zastanowić się nad wychowaniem współczesnej młodzieży. Nad narastającą przemocą. Nad bezczelnością, prostactwem, agresją...

 


 

 

            Moja ocena filmu to:7,5/10


            Oprócz trailera zamieszczam jeszcze scenę, która dla mnie jest szczególnie wymowna. Scenę, w której i te młodsze i słabsze dzieciaki poczuwają się, że mają przewagę, a jednocześnie swoim zachowaniem dają uzasadnienie postępowania swoich kolegów.

 


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Piotruś i Marzanna

czwartek, 25 marca 2010 17:59

- Piotrusiu, dlaczego jesteś taki mokry?
- A, bo byłem utopić Marzannę.
- I co?
- Broniła się.



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Łuk

środa, 24 marca 2010 16:44


           W jednym z numerów Angory, jest artykuł Anety Kubas Pt „Miłość nie zna granic". Rzecz dotyczy granic, wieku małżonków. On, Irlandczyk ma 72 lata. Ona, Polka z Krakowa, ma 29 lat. Właśnie szykują się do ślubu, bo... zaliczyli tak zwaną wpadkę. I ponoć ich związek nie ma nic wspólnego z jakimikolwiek jego pieniędzmi, bo jej rodzice są zamożniejsi niż sam narzeczony.

            Niedawno naszą rodzimą prasę obiegła inna sensacja. Andrzej Łapicki ożenił się. Jego wybranka, Kamila Mścichowska, ma 60 lat mniej.

            O wydarzeniach można by powiedzieć, że to nic nadzwyczajnego. W historii takie przypadki nie jeden raz już miały miejsce. Ale historycznie rzecz biorąc, to kiedyś takie małżeństwa miały jakiś sens. Były, bowiem uzasadnione czy to potrzeba przeżycia, czy też kontynuacją rodu, czyli sprawami wagi państwowej. W dzisiejszych czasach, jakoś mi to... nie pasuje. I co ciekawe, i pewnie bardziej kontrowersyjne, ale bardziej jestem przychylny związkom homoseksualnym niż takim, o których przed chwilą wspomniałem.

             Film „Łuk" to bardzo ciekawy obraz. Jak zresztą każdy stworzony przez koreańskiego reżysera Ki-duk Kima. Na kutrze rybackim, gdzieś po środku morza, żyje sobie stary człowiek. Jego jedynym źródłem utrzymania są ryby, które złowi i użyczanie swojej łodzi wędkarzom amatorom. Starzec jest samotnikiem i jednocześnie bardzo dobrym łucznikiem. Jego łuk to pewnie najcenniejsza rzecz, jaką posiada. Stanowi on broń, jak i co ciekawe, instrument muzyczny. Wygrywa na nim przepiękne melodie, którymi potrafi urzekać wielu. Ale starzec ma swoja tajemnicę. Otóż na jego łodzi, żyje ktoś jeszcze. Jest to młoda dziewczyna. Dziewczyna, która nie zna innego świata, niż ten, na którym właśnie żyje - kutra rybackiego. Starzec ma jednak wobec dziewczyny swoje plany. Ma ustaloną datę, dzień, w którym pojmie za żonę to dorastające już dziecko. I wszystko szło by zgodnie z planem gdyby nie pojawił się ten trzeci. Młody, interesujący, wesoły, otwarty chłopak

            Film Kim-duk Kima  to zupełnie inny obraz niż taki do jakich jesteśmy najczęściej przyzwyczajeni. Mamy tu do czynienia z symbolami, z dłużyznami, z gestami, obrazami. Co ciekawe, główni bohaterowie, nie wypowiadają ani jednego słowa, a jednocześnie mówią, samymi sobą, cały czas.

            Lubię tego reżysera. Lubię wszystkie jego filmy. O „Łuku", mówią, że to jedno z jego słabszych dzieł. Ale ja serdecznie zachęcam do obejrzenia tego niecodziennego filmu. Pełnego uroku, melancholii, spokoju...

 


 

            Moja ocena filmu to:8/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Drzwi w podłodze

wtorek, 23 marca 2010 11:39


            Człowiek, jest już w takim wieku, że zaczyna już wspominać. Wspominać, wspominać już czas - chciałoby się powiedzieć. Z metryką się nie wygra, a że doświadczeń przybywa z roku na rok, przypominamy sobie tedy coraz więcej tego, co nas dotyczyło w przeszłości. I jak każdy, i ja też miałem w swoim życiu wydarzenia bardziej i mniej przyjemne Ciekawsze i nudniejsze. Ot, życie.

            Najbardziej fascynujące są jednak chyba te wydarzenia z naszego życia, które zaistniały w nim po raz pierwszy. Pierwsza szkoła, pierwsza praca, czy też pierwsza miłość. Tak, to wspaniałe przypomnieć sobie o pierwszej fascynacji drugą płcią. Fascynacji młodzieńczej, naiwnej, niedojrzałej. I często tragicznej.

            Edie jest nastolatkiem, który w przyszłości chciałby zostać pisarzem. Wykorzystując znajomości swojego ojca, na czas wakacji zostaje zatrudniony, jako asystent u Teda Cole'a, autora poczytnych książek dla dzieci. Ma pomagać, pracować i jednocześnie uczyć się zawodu, któremu chciałby się poświęcić w swoim dorosłym życiu. Trafia jednak do rodziny Colów w złym momencie. Małżeństwo przechodzi właśnie duży kryzys, spowodowany śmiercią ich dwóch synów. Edie ma jednak to szczęście, a może i nieszczęście, że jest trochę podobnym, do jednego z nich.

            Ted, popada w alkoholizm. Jego żona, Marion  w odrętwienie. Jednak, gdy on, stara się jakoś radzić sobie z realiami życia, trochę pisze, maluje, opiekuje się kilkuletnią córką, to jej, nie interesuje już nic. Żyje, jakby poza tym światem. Przyjazd Ediego, ma pomóc im obojgu. Oboje coś zyskują. Ted asystenta, opiekuna, Marion.... kochanka.

            Film noszący dość tajemniczy tytuł „Drzwi w podłodze" to dość ciekawy obraz. Obraz ukazujący ludzką destrukcję. Rozpad człowieka. Bezradność i nieumiejętność radzenia sobie w sytuacjach naprawdę kryzysowych. Takie małe bohaterstwo (a może i nie) dnia codziennego.

            W rolach głównych zobaczymy tu bardzo dobrze wykonującego swoją robotę Jeffa Bridgesa, jak i Kim Basinger, która też wypadła całkiem nieźle, choć jej zadanie było jakby trochę łatwiejsze do wykonania.

 


 

            Moja ocena filmu to mocne 7, 5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ojciec Mateusz, a abonament

poniedziałek, 22 marca 2010 8:39


             Od ładnych już kilku miesięcy telewizyjna jedynka nadaje w niedzielę serial „Ojciec Mateusz". Serial kryminalny, rodzinny, na niedzielne popołudnie akurat. Nic wielkiego, ale ogląda się to nawet z przyjemnością. Ksiądz Mateusz (w tej roli Artur Żmijewski) pomaga, a tak naprawdę to rozwiązuje przeróżne zagadki kryminalne. Kiedyś czymś w tym rodzaju był amerykański serial „Detektyw w sutannie". Starsi pewnie go pamiętają. Teraz mamy, całkiem udaną, rodzimą produkcję.

            Mi się to nawet podoba. Oglądam jak mam okazję, ale ni cholery nie mogą zrozumieć, dlaczego telewizja publiczna, zaczęła nadawanie tych odcinków zarazem w niedziele jak i w czwartki. Po co to? Czyżby już nie mieli innych pomysłów, innych filmów? W najlepszych godzinach nadawania programu - powtórki. Czy za to powinno się płacić abonament?

 


 

          Moja ocena filmu to: 7/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wiosna idzie?

piątek, 19 marca 2010 9:12

Rudy kocur z trudem przebijający się przez zaspy, z wysiłkiem odrywając swoją zmrożoną męskość od lodu krzyczy na całe gardło:
- No i kurwa gdzie?! Pytam was - gdzie jest ta pierdolona wiosna do kurwy nędzy? Co za pojebana pogoda! Gdzie dziewczyny, przebiśniegi, świergolenie skowronków?! Choćby ćwierkanie wróbli, choćby krakanie wron - gdzie to kurwa wszystko jest?! A odwilż kiedy wreszcie przyjdzie? Śnieg z nieba napierdala jakby się tam w górze wszystko pojebało... Niby ponoć wiosna już jest, kurwa - łgarstwo i oszustwo na każdym kroku, kurwa
...
A ludzie słysząc kocie krzyki uśmiechają się do siebie i mówią
łagodnie:
- Słyszysz jak się drze? Wiosna idzie... Kotów nie oszukasz...

 

 

Przepraszam za przekleństwa, ale myślę sobie, że w tym przypadku, to były one uzasadnone.



Podziel się
oceń
1
1

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wojna polsko ruska

wtorek, 16 marca 2010 16:37


            Przyszedł kiedyś do mnie kolega. Powiedział, że był w kinie. Obejrzał film, ale nie wie, co o nim sądzić. Trochę mnie to zdziwiło, bo kolega zna się na kinie. Zna się na literaturze, na sztuce i w ogóle na wszystkim, co można by nazwać kulturą, przez duże K.

            Kolega był trochę zdezorientowany po obejrzanym seansie - pamiętam, ale mnie do oglądania tego obrazu ani nie zachęcał, ani też nie odradzał. Ja zresztą wcale się nie garnąłem by się z tym zapoznawać. Wcześniej miałem okazję zacząć czytać książkę na podstawie, której został nakręcony film. Piszę, „miałem okazję zacząć czytać", bo tak w rzeczywistości, to przeczytałem jedynie kilka stron. Dalej nie dałem rady strawić tego... bełkotu. Tak to przynajmniej wtedy odbierałem.

             Film „Wojna polsko ruska" mnie jednak zaskoczył. Bardzo pozytywnie zaskoczył. Ale od razu mówię, że jest to dość trudne w odbiorze dzieło. Xawery Żuławski zrobił, bowiem bardzo zakręcony film. Taki, w którym wszystko jest przesadzone, przerysowane. Film pokazujący współczesny świat młodych ludzi z pogranicza marginesu społecznego. Ich troski, obawy, ich życie codzienne.

            Film pokazuje jakby Dorotę Masłowską -autorkę książki- w trakcie pisania „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną". Bo to ona chyba tak naprawdę jest główną bohaterką filmu, a nie postać przez nią stworzona, czyli niejaki Silny (Borys Szyc). Silny natomiast, jest typowym przedstawicielem subkultury tzw dresiarzy. Wygolonego na łyso, w spodniach od dresu i najczęściej w podkoszulku, spotykamy w różnych sytuacjach i z różnymi ludźmi. To podrywa dziewczyny, to włóczy się po mieście, pije, ćpa, zaczepia, awanturuje się, rządzi. Rządzi, bo Silny to przecież jest ktoś. Ma krzepę i marzenia.

            Film jest bardzo dobrze zrobiony wizualnie. Ale nie spodziewajcie się, ani pięknych krajobrazów, ani wspaniałej scenografii, czy też kostiumów. Niecodzienna wizualność, bowiem jest... no właśnie, jak to nazwać... pokazana jakby surrealistycznie. Tak, to będzie chyba dobre określenie.

            Aktorzy są dobrzy. Wszyscy podkreślają rolę Szyca. Ale mi się wydaje, że i panie grające przy jego boku wypadają również świetnie. Nawet sama Masłowska, grająca siebie, wypadła jak dla mnie rewelacyjnie.

            Jak już wyżej wspominałem, książki nie przeczytałem i chyba nie przeczytam. Ale film jest wart uwagi. To jeden z niewielu tak nowatorskich, tak odważnych obrazów w polskim kinie. Swojej mamy, bym do niego nie zachęcał, ale każdego młodszego i otwartego na świat człowieka już tak. Obejrzyjcie - warto. Choćby po to by móc podyskutować, bo film z pewnością ma sporo zagorzałych zwolenników jak i przeciwników.

 

 

 

            Moja ocena filmu to: 7,5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Przekładaniec

poniedziałek, 15 marca 2010 21:13


            Pojawiają się czasami filmy, w których akcja dzieje się z częstym zastosowaniem retrospekcji. Raz akcja posuwa się do przody, a raz oglądamy to, co już wydarzyło się wcześniej. Taki zabieg, wymaga od widza dodatkowej uwagi. Łatwo, bowiem pogubić się w chronologii. Gdy mamy do tego jeszcze wiele wątków i wielu bohaterów to już czysta desperacja. Ja lubię takie zabiegi. Mi się to podoba. Bawię się takimi filmami i często wracam do nich, by móc wychwycić to, co umknęło mi wcześniej.

             Właśnie takiego szarpanego stylu użyli twórcy filmu „Przekładaniec" z 2004 roku. Tym razem ja jednak nie zostałem zachwycony. Nie mogę powiedzieć, film jest sprawnie zrealizowany, ale ja, co chwilę się gubiłem. Może to wina niewyspania, braku koncentracji? Nie wiem.

            Fabuła dzieje się w świadku przestępczym. Jedni mafiozi starają się wykiwać drugich. Co chwilę ktoś ginie, a główny bohater grany przez Daniela Craiga (dobrze zagrana rola) balansuje na pograniczu życia i śmierci.. Wszyscy chcą, bowiem przejąć dużą porcję narkotyków, co mogłoby ich ustawić do końca życia. Gra jest, więc warta świeczki.

            Film, niekoniecznie polecam. Obraz jak myślę, nie dla wszystkich. Jeśli ktoś chce zaryzykować, to proszę bardzo.

 


 

            Moja ocena filmu to: 4/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Samochód

niedziela, 14 marca 2010 18:50


            Sprzedałem samochód. Sprzedać, to już jest nawet problem. Tych, którzy chcą, bowiem pozbyć się swojego pojazdu, jest mnogo. No, ale udało się. Samochód już nie najmłodszy, ale był zadbany. Zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz nie wyglądał na swoje lata. Ludzie dziwili się, że to ten rocznik. Nie chcieli wręcz wierzyć. No w każdym bądź razie - sprzedany jest i koniec.

            Teraz jest problem z kupnem. Niby się na rynku jest samochodów dużo, ale co tu wybrać? A przecież człowiek ma i swoje preferencje i ograniczenia. Z tego względu, że majątku po rodzicach nie odziedziczyłem żadnego, zarobków nie posiadam też zbyt dużych, muszę się jakoś ograniczać finansowo. Powiedziałem sobie, że jestem w stanie wydać 10 -11 tysięcy.  Tego za bardzo nie przeskoczę, no może jeszcze z tysiączka by się uzbierało. Chciałbym również, aby samochód nie był starszy niż dziesięcioletni. Im młodszy, tym oczywiście lepiej, ale rok produkcji 2000 to data graniczna. Silnik 1,2 - 1,4. Taki mi wystarczy w zupełności. Przydałoby się również dobrze wyposażone wewnętrzne, jakieś ABS-y, elektryczne szyby itd. Mógłbym ewentualnie zrezygnować z klimatyzacji. No i marka. To ważne. Podobają mi się od kilku lat Peugeoty 206. Słyszałem jednak trochę o ich awaryjności. Nie do końca wiem, czy to prawda, czy nie, ale mam teraz pewne obawy. Coraz większym upodobaniem darzę ostatnio Renault Clio. Podoba mi się nawet Opel Corsa. W Renault Megane nawet niedawno siedziałem. Oglądałem gotowego do sprzedaży. Jak dla mnie była to prawie bajka. Zadbany, wyposażony no, ale za drugi.  Pojechałem w pewnym momencie obejrzeć Toyotę Yaris. Miała być zadbana i niedrogo. Stosunkowo niedrogo było, ale w środku grasował chyba jakiś duży pies, bo wszystko było poszarpane razem z podsufitkę i nawet plastikami. Aż nieprzyjemnie.

            Co kupię? Jeszcze nie wiem. Dwie oferty, którymi byłbym ewentualnie zainteresowany, uciekły mi z przed nosa. Ale nic to. Poczekam. Uruchomiłem ostatnio trochę swoje znajomości. Trzy osoby zajmujące się sprowadzaniem i handlem samochodów z zagranicy zaczynają mi coś szukać. Dwie propozycje już nawet dostałem. Ale pojazdy są uszkodzone i w takim stanie mnie nie interesują.

            Ale gdy znajdę coś takiego       i za dobrą cenę będę już naprawdę zadowolony.

 

Zdjęcie ukradzione z Otomoto.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Canis Majoris

sobota, 13 marca 2010 21:18

 

            Kiedyś prenumerowałem sobie miesięcznik National Geographic. Gdzieś w szafie, mam pochowane kilka roczników tego niezwykłego czasopisma. Zdjęcie, które zamieszczam poniżej, przypomniało mi, że w jednym z wydań była pewna wkładka. Wkładka ta przedstawiała niecodzienną mapę. Nie Polski, Europy, czy też znanego nam świata. Nie była to nawet mapa naszego układu słonecznego, czy też galaktyki. To było coś większego. Tam można było zobaczyć, jak wygląda wszechświat. Cały wszechświat. To naprawdę ogromna rzecz.

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Co za sprawiedliwość w tym kraju...

czwartek, 11 marca 2010 18:01


            Wczoraj w wiadomościach powiedzieli, że nie będą sądzić Piesiewicza. Sprawa dotyczy posiadania przez niego kokainy i nakłaniania innych do jej zażywania. Senator Piesiewicz, ma immunitet i jedynie, co można zrobić, to umorzyć postępowanie w jego sprawie. Skandal.

            Całkiem niedawno, gdy aresztowano Polańskiego, słyszało się głosy, że nie można go sądzić, deportować do USA, bo przecież ma on wielkie zasługi dla sztuki filmowej. Bo jest sławnym i wielkim artystą. Bo wszystko działo się dawno I nie wszystko było z jego winy. Zapomniano przy tym, że samo oskarżenie nie oznacza od razu skazania. A i tak, jeżeli sąd uzna go za winnego, to przecież może wymierzać też różne kary. I w zawieszeniu pewnie również.

            Karę w zawieszeniu otrzymali u nas w kraju ostatnio dwaj policjanci. Zagazowali na śmierć niemieckiego kierowcę. Był zdenerwowany, zdezorientowany, trochę pewnie krzyczał, więc co tam. Poczęstowano go gazem. I jeszcze raz i jeszcze... Facet nie wytrzymał i umarł. Jak dla mnie to czyste zabójstwo. I pewnie tak też i stwierdził sąd (sędzia), ale karę wymierzył w zawieszeniu. Ciekawe czy wszystkim zabójcom takie kary wymierza.

            Pewien człowiek, kierownik z naszej firmy, jadąc niedawno samochodem, przejechał kobietę na pasach. Kobieta zmarła. Babinka miała ponad osiemdziesiąt lat i była samotną osobą. Kierowca stwierdził, że kobieta nagle wtargnęła na jezdnię. Pewnie wpadła na pasy z prędkością kuli karabinowej. A co? Taka staruszka... Normalne w jej wieku. On nawet znalazł po dwóch dniach świadków, że tak właśnie było no i z tego co wiem, to wszystko rozejdzie się po kościach. Zresztą od jakiegoś czasu już znowu pracuje, tak jakby nic się nie stało.

            Co za czasy. Co za świat, chciałoby się powiedzieć. Co za sprawiedliwość w tym kraju. 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Hitman

środa, 10 marca 2010 17:35

          

            I ja czasami grywam sobie w gry komputerowe. Teraz może trochę mniej, ale kilka gier w swoim życiu przeszedłem w całości. Tak mi się spodobały, że mimo wielu kłopotów, ale przebrnąłem do ich końca. Jedną z takich pozycji był „Hitman". Gra, która spodobała mi się niezwykle. Każdy z etapów, musiałem zaczynać po wielokroć, by w końcu odnaleźć sposób na jego ukończenie. Jak dla mnie, była to jakby wędrówka z przeszkodami. Za każdym razem trzeba było odnaleźć sposób na wykonanie zadania. Grałem w pierwszą jak i w drugą część. Pierwsza mi się o wiele bardziej podobała.

            Podobnym szacunkiem darzę jeszcze grę „Projekt IGI". Tym razem wcielając się w żołnierza, nie jak w poprzednim przypadku w zawodowego mordercę, trzeba było wykonywać powierzone zadania. A zadania te można było wykonać na wiele sposobów. To mi się podobało i też jak w poprzednim przypadku udało mi się przejść pierwszą i drugą część.

             Gry, jednak żyją swoim życiem. Jedne mają wieloczęściowe kontynuacje, inne zostają sfilmowane. Hitmana, właśnie sfilmowano. Czy udanie? Nie jestem przekonany. Obraz ten, to nie to samo, co gra, w której było wiele etapów i każdy o innym zadaniu. Tutaj mamy do czynienia z jedna misją i to wszystko. Misja jedna i nie do końca zrozumiała. Tym bardziej, że obok naszego bohatera raptem pojawiają się jacyś inni podobnie mu wyglądający. Czyżby Hitmanów było więcej? To jakieś nieporozumienie.

            Film jest przeciętny. Ja nie mogłem sobie jednak odpuścić, by go nie obejrzeć i to do końca. Może się podobać, mniej wymagającej widowni, bo jest tu trochę akcji, walki, strzelaniny jak to u takiego bohatera być powinno, ale ogólnie to nic mnie nie zachwyciło.

 


 

            Moja ocena filmu to: 4,5/10

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dzień Kobiet

poniedziałek, 08 marca 2010 18:05

            Dziś jest Dzień Kobit. Święto nieuznawane przez niektórych. Traktowane często jako pozostałość po poprzednim systemie. Ale nic to. Ja ten dzień trktuję poważnie. I z tego to powodu, składam najserdeczniejsze życzenia wszystkim paniom.

 

 

            Z drugiej strony, jeżeli może być światowy dzień windy, to dlaczego nie powinno być Dnia Kobiet?


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Deliver Us From Evil

niedziela, 07 marca 2010 8:24

 


             Wyobraźcie sobie scenę, w której siedzi sobie na kanapie dwoje starszych ludzi. Są małżeństwem zbliżającym się pewnie do siedemdziesiątki.. Opowiadają o przeszłości. Oni mówią, a właściwie to tylko ona mówi. On milczy. Stateczny spokojny starszy pan. Jednak w pewnym momencie nie wytrzymuje. Zaczyna mówić. Wręcz krzyczy. Krzyczy ze łzami w oczach mając pretensje do siebie, do niego, do wszystkich wokół. Jak mogłem być tak ślepym!? Jak?! Wydziera się.

            Gdy rano wstawałem do pracy,  - opowiada-, on odmawiał już poranną modlitwę. Tu w naszym domu. Gościliśmy go, karmiliśmy. Mieszkał u nas. Gdy ja wychodziłem z domu, on zostawał sam, z naszą pięcioletnią córką. I molestował ją! Pięcioletnie dziecko! Jak mógł?! My mu ufaliśmy, a on?

            To przerażające wycie starego człowieka trzeba usłyszeć. Trzeba zobaczyć. Bo on ma pretensje do samego siebie. Kiedyś, w dzieciństwie powiedział swojej córce, że jeżeli ktoś by ja skrzywdził, to takiego kogoś on zabije. Córka wiedząc, że za morderstwo idzie się do więzienia, chcąc chronić ojca, nic nie mówiła o krzywdach, jakie ją spotykają.

            Tenże człowiek w pewnym momencie krzyczy: Ja już nie wierzę w Boga! Nie ma Boga! To oni go sobie wymyślili, a nam wmówili, byśmy się ich bali!

Podobnych, wstrząsających scen w filmie jest jeszcze kilka. Wyobraźcie sobie kardynała kościoła katolickiego, siedzącego na przesłuchaniu. Pytanie - Czy jego eminencja, czytała list mówiący o praktykach molestowania seksualnego dzieci, przez księży? Odpowiedź (trzęsącego się z przerażenia księdza) - nie pamiętam. Pytanie - Czy możliwe jest, aby ksiądz nie pamiętał takiego listu? Brak odpowiedzi. Za to w tle słyszymy głos mówiący, że jest to nękanie świadka. Nękanie świadka, rozumiecie? Liczy się dobro świadka, a nie krzywda dziecka.

            Albo wyobraźcie sobie końcową scenę, w której dwie kobiety przyjechały specjalnie z USA do Watykanu. Chciałyby przekazać swój list, opowiadający ich historię i oskarżający instytucje Kościoła Katolickiego, papieżowi. Nie wpuszczono ich.

            Nie, nie, nie. Wiecie co? Nie wyobrażajcie sobie tego wszystkiego. Ale raczej obejrzyjcie film dokumentalny pt „Deliver Us From Evil". Film, który o tym wszystkim opowiada. Naprawdę warto. Ale przestrzegam. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

 

 


            Moja ocena filmu to: Mocne 8/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

W chmurach

piątek, 05 marca 2010 11:58


            Czy byliście kiedyś na bezrobociu? Ja, muszę się przyznać, że miałem tą wątpliwą przyjemność być. Było to jakiś czas temu, ale wciąż dobrze pamiętam jak to jest. Jak to jest, gdy z dnia na dzień, człowiek staje się raptem niepotrzebnym. Przegranym. Gdy siedzi się w domu bezradnym i nie wiadomo, co ze sobą począć. Jak, człowiek zaczyna bać się przyszłości.

            U nas w pracy, znowu kryzys. Dzieje się to samo, co rok temu. Zwalniają ludzi wręcz masowo. Na jednym z działów poleciało jednorazowo ponad pięćdziesiąt osób. Tam gdzie ja pracuję zrezygnowano na razie z trzeciej zmiany. Przez cały luty pracowaliśmy zaledwie na 50% możliwości.. Ja miałem jak na razie to szczęście, że cały czas byłem potrzebny. Teraz jednak wcisnęli mi parę dni urlopu. Inni idą na wolne, ty też trochę musisz. Trudno.


              Ryan Bingham ma dziwny zawód. Zajmuje się bowiem zwalnianiem ludzi z pracy. W imieniu pracodawcy informuje pracowników, że od tej pory są już firmie nie potrzebni. Nietypowe zajęcie i niewdzięczne. Ale jemu bardzo odpowiada. Ludźmi, z którymi rozmawia, których wywala z pracy nie zastanawiając się wcale, czy słusznie, czy też nie, wcale się nie przejmuje. Bo ludzi ci, nie są dla niego ważni. Ważne, jest coś innego. Samorealizacja, wysokie dochody i kolekcjonowanie kilometrów. A raczej mil, bo to przecież Ameryka. Ryan Bingham pragnie dokonać niezwykłego wyczynu. Chce bowiem mieć na swoim koncie przelatanych 100 000 mil. To, pozwoli mu znaleźć się w elitarnym klubie kilku osób na świecie, którym się ten wyczyn udał.

            Ryjan ma swoja pasję, ale tak naprawdę to jego życie jest bardzo puste. Z początku tego nie dostrzega, ale dzięki znajomości z  Alex, zaczyna jakby myśleć, że coś mu w życiu ucieka. Inni budują domy, tworzą rodziny, a on samotnik posiadający zaledwie skromne mieszkanku, w którym pojawia się tylko na chwilę i to zaledwie parę razy w roku. I już, już wydaje się, że nasz bohater jest na dobrej drodze do ustatkowania się, do ułożenia sobie życia, a tu zimny prysznic. Spóźnił się. Tak to już jest w życiu, że jeżeli przegapi się przejeżdżający pociąg, to już się do niego nie wskoczy.

            Film " W chmurach", jest dobrze zrealizowany. To mu trzeba przyznać. Dobrze zagrane role. Dobrze wybrani aktorzy (chociaż nie podobała mi się Anna Kendrick, ale rozumiem, że jako odtwórczyni, do roli swojej pasowała). Dobry montaż, scenariusz, scenografia. A zwłaszcza muzyka, trochę przypominająca mi w swoim stylu, zespół „Simon and Garfunkel" ze swoimi piosenkami w „Absolwencie". Wszystko to jest dobre. Na poziomie. Ale to nie jest kino wybitne. Jakoś niczym nie powala na kolana. Dlatego w ogóle nie rozumiem, dlaczego aż tyle nominacji do Oscara. 6 to przecież sporo. No i te inne nagrody jak choćby Złoty Glob dla najlepszego aktora. George Clooney jest niezły, ale czy aż tak?

            Czy obraz dostanie Oscary, czy też nie, okaże się już niedługo. Ja osobiście, nie przykładam do tego większego znaczenia. Może jedynie w kategorii - najlepszy film. Oscary nie są według mojej skromnej osoby wyznacznikiem tego co jest naprawdę najlepsze. Wolę opinie z jakimi zapoznaję się na blogach. No, ale to już taka moja osobista refleksja.

 


 

 

            Moja ocena filmu to: 6/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  5 127 203  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 5127203
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 13198
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3507 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl