Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 979 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Chciałbym umieć tak rysować

sobota, 30 kwietnia 2011 16:42

 

            Ludzie mają różne zdolności. Niektóre bardziej śmieszne, niektóre poważne, użytkowe. Zawsze imponowali mi ludzie pozytywnie zakręceni. Tacy co to poświęcają swój czas czy też pieniądze, na robienie czegoś co nie przynosi zysków, ale co daje dużą satysfakcję. Tacy ludzie, co to się cieszą z tego co robią i jednocześnie bawią innych, mają u mnie duży plus. Lepsze bowiem to, niż bezczynne przesiadywanie z piwem w ręku gapiąc się jednocześnie bezrozumnie w telewizor.

            Poniżej prezentuję Wam dwie grafiki w trakcie pracy pomysłowego autora. Pierwsza bawi pomysłowością. Zaskakuje widza. I śmieszy jednocześnie. Jak łatwo zwieść nasze oczy i mózg. Jak łatwo przejść z jednego obrazka w drugi.

            Co do drugiej grafiki, to mogę powiedzieć tylko – czapki z głów panie i panowie. Mnóstwo pracy. Piękny efekt. Z drugiej jednak strony, to nie wiem po co aż tyle wysiłku skoro podobny efekt można by pewnie osiągnąć mniej skomplikowanymi sposobami.

            W każdym bądź razie zachęcam do obejrzenia.

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Doda - Bad Girls

piątek, 29 kwietnia 2011 18:53

 

 

            Podobno jest to najlepszy polski klip. Ja się nie znam na tym za bardzo. Jak dla mnie jest tu wszystkiego trochę za dużo, za szybko i za głośno. Może tak ma być, ale to już pewnie nie dla mnie. Muszę jednak przyznać, że to sprawnie zrobiony teledysk. Widać, że dużo pracy i pieniędzy w niego włożono. Największym przebojem Dody to nie będzie, ale zachęcam do obejrzenia.


 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wielka tajemnica zaślubin.

piątek, 29 kwietnia 2011 18:24

 

            Dziś odbył się ślub księcia Williama i księżnej Cambridge Catherine. Wszyscy o tym wiedzą, więc to już nie nowina. Ja, uroczystości ślubnej nie oglądałem. Musiałem pracować. Ot, taka dola zwykłego zjadacza chleba. Ale ja nie o tym.


            Otóż nie wiem czy Wiecie, że ona (słowo ona być może powinienem napisać z dużej litery, ale niech będzie) według kościoła anglikańskiego, według tradycji i prawa, wychodząc za mąż za osobę mogącą w przyszłości zostać królem Anglii, ma obowiązek być… dziewicą. I to jest sprawdzane.

            Księżna Diana, matka Williama z tego co wiem, była pod tym względem sprawdzana. Przeszła kontrolę pozytywnie. Catherine, pewnie też. Ale jak jej się udało przejść ten test, skoro ogólnie wiadomo, że oboje młodzi, mieszkali ze sobą razem już od dawna?

            Dziwny jest ten świat. Oj dziwny.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (366) | dodaj komentarz

Dzień w Juriewie

środa, 27 kwietnia 2011 18:48

 

            Swoje dzieciństwo spędziłem na wsi. Tam mieszkałem. Tam się bawiłem Tam się wychowywałem. Ten okres mojego życia, to jeden z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszy, ze wszystkich jakie zaczynam wspominać. Bo w moim wieku, człowiek już zaczyna wspominać. Wspomnienia, to cenna rzecz, a jeśli jeszcze ma się coś pięknego w życiu, do czego warto wracać…

 


            Luba, to Rosjanka, która dawno temu wyemigrowała za granicę. Tam robiła międzynarodową karierę jako diwa operowa. Stała się sławna. Pokazywano ją nawet w telewizji. Teraz jednak i na nią przyszedł czas. Pojawiły się wspomnienia. Powrócił sentyment do dawnych lat. Postanowiła więc na jeden dzień przyjechać do swojego rodzinnego miasteczka, Juriewa, by tu pospacerować po ulicach i by popatrzeć na znajome jej okolice.

            Luba zabiera ze sobą swojego synka, Andrieja. Andriej jest już dorosłym człowiekiem. Ma dwadzieścia jeden lat. Wychował się w wielkim świecie i nic go nie ciągnie na rosyjską prowincję. Nic nie ciągnie oprócz matki. Wbrew swojej woli więc przyjeżdża do miasteczka, z którego najchętniej by od razu uciekł. Wysiada jednak z matką z samochodu. Idą zaśnieżonymi ulicami. Przechodzą przez rzekę. Jak się ta rzeka nazywała? Próbuje sobie przypomnieć Luba. Nic z tego. Pamięć zawodzi, a co ciekawe, napotkani po drodze ludzie jakoś nie są skorzy do pomocy. Później przychodzi pora na zwiedzanie starej cerkwi. Matka z synem wchodzą na wierzę dzwonniczą, gdzie nasza bohaterka zaczyna wyśpiewywać swoje piękne arie. Lekko zmęczona przysypia (?) na ławeczce, by po chwili się ocknąć. Ale cóż to? Gdzie się podział Andriej? Zszedł już na dół? Zaczynają się poszukiwania, ale brak jakichkolwiek śladów syna wzbudza strach matki. Co się mogło wydarzyć? W końcu widząc, że sama nie wiele będzie mogła zrobić, o pomoc zwraca się do miejscowej policji.

             Od teraz wszystko toczy się wokół poszukiwań zaginionego. Ale czy chłopiec naprawdę istniał? Takie pytanie można sobie i zadać po obejrzeniu filmu rosyjskiego „Dzień w Juriewie”. Film ten to typowe kino rosyjskie. Są tu i waciaki i gumofilce, i samogon i kradzieże i prosty lud rosyjski, cerkiew prawosławna, władza jeszcze prawie radziecka, a co najważniejsze, to jest tu tak charakterystyczna dla tego społeczeństwa – dusza rosyjska. Nasza bohaterka wyjeżdżając ze swych rodzinnych stron, tą duszę zatraciła. Teraz będzie musiała się znowu postarać, by ją odzyskać. Czy tego chce, czy nie, przeszłość trzyma ją mocno.

            Film który Wam dzisiaj rekomenduję, nie każdemu się spodoba. Z tego zdaję sobie sprawę. Te klimaty trzeba lubić. Trzeba znać trochę tą kulturę. Prostą, siermiężną, często brutalną. Myślę jednak, że „Dzień w Juriewie” będzie miał swoich zwolenników.

 



            Moja ocena filmu to: 6/10, a może i więcej.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wierząca

wtorek, 26 kwietnia 2011 17:08

 

            Celine jest młodą dziewczyną pochodzącą z bogatej rodziny. Jej ojciec jest ministrem. A ona sama jest osobą poszukującą. Celine poszukuje Boga. Studiuje teologię. Poznajemy ją w czasie gdy przebywa w żeńskim klasztorze. Tu umartwia się Pości, wręcz głoduje.. Chodzi skąpo ubrana, przez co wciąż marznie. Jej gorliwa wiara i zachowanie jednak budzą niepokój u siostry przełożonej. Zamiast miłości do Boga dostrzegają w dziewczynie początki szaleństwa. Z tego to powodu, zostaje ona wydalona ze zgromadzenia.

            Powraca więc do domu rodzinnego, ale nie rezygnuje ze swoich postępowań. Wciąż się gorąco modli i… szuka Boga. Napisałem szuka, bo nasza bohaterka w pewnym momencie poznaje grupkę młodych muzułmanów. We Francji to nie jest nic niecodziennego. Wyznawców tej religii jest tam sporo. Celine jednak zaczyna z nimi trzymać. Zaczynają oni jej imponować. Ale grupa z którą związuje się nasza bohaterka to trochę szemrane typki. Drobne kradzieże, występki, unikanie uczciwej pracy czy też edukacji, to norma. W tle pojawiają się również ekstremiści.

            Film „Wierząca” w reżyserii Bruno Dumonta, to niezbyt wyszukane kino. Ale to ten właśnie film, był przyczynkiem do poprzedniego mojego wpisu. Wierzymy? W co? I czy na pewno wiemy, w co wierzymy?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

          

            Moja ocena filmu to: 5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wierzycie? W co? W kogo? Komu?

poniedziałek, 25 kwietnia 2011 14:04

 

            Wiara. Jesteście osobami wierzącymi? Wierzycie? Pewnie znaczna większość z Was, odpowie na to pytanie twierdząco. Oczywiście że wierzycie. Tylko… w co wierzycie? W kogo wierzycie?

            Łatwo jest powiedzieć, jestem osobą wierzącą, ale gdy zaczynamy się dopytywać troszkę bardziej, wystarczy odrobinę bardziej, głębiej, to od razu zaczynamy wkraczać na bardzo gęsty muł niedopowiedzeń.

            Ludzie mówią najczęściej, wierzę w Boga. Ale gdy ja się zapytam w jakiego? To tu już zapuszczamy się w gęsty las niedomówień. W Boga jedynego, sprawiedliwego, miłosiernego, wszechmogącego… Co jeszcze? Ludzie zawsze tak właśnie mówią, ale nie zastanawiają się nad tym, że poszczególne wypowiedzi nawzajem się wykluczają. Nie można być jednocześnie sprawiedliwym i nieograniczenie miłosiernym. Nie można być jednocześnie wszechmogącym, wszechwiedzącym, a jednocześnie nie umiejącym poradzić sobie z odwiecznymi problemami. Nie można być jednocześnie jedynym i w trzech osobach. A odpowiedź taka, że jest to tajemnica wiary, nie zadawala chyba nikogo. Nikogo kto choć trochę myśli, zastanawia się.

            Ludzie mówią (katolicy) o Bogu, że ten jest istotą ze wszech miar kochającą wszystkich ludzi. Takich jakimi oni są. Z ich słabościami i ułomnościami. Ale czy tak jest w rzeczywistości? Czy nie pamiętacie może już o Potopie. Wszak to ten sam Bóg o którym mówimy, zesłał na ludzi Potop. Zgładził wszystkich (prawie). Nie oszczędził młodych i starych. Nie oszczędził tych co dopiero się narodzili, ani tych co zaraz mieli przyjść na ten świat. Ocalił jedynie rodzinę Noego. Wybrańców zdawałoby się.  A ten Noe co zrobił zaraz po tym jak osiadł na stałym lądzie? Posadził winorośl. Zrobił wino. I schlał się na umór tak, że nago spał pod gołym niebem.

            Bóg jest jednak miłością. Będą się upierać niektórzy. Taką naukę wynoszą oni z kościoła. Z lekcji religii. Wpojono im to, jak jakąś definicję. Jakąś regułkę. Mantuę. A któż to inny jak nie sam Bóg, mówi o sobie, że jest istotą mściwą i że będzie mścił się do czwartego pokolenia. Wyobraźcie sobie że Wasz dziadek przewinił. Bóg mówi, że za to karę poniesie również Wasz ojciec, Wy, Wasze dzieci i Wasze wnuki. I to jest miłość do ludzi? I to jest sprawiedliwość?

            Nie wierzę w to co głoszą księża katoliccy. Nie uczą oni o Bogu. Nie uczą miłości, Biblii. Nie uczą niczego. Najważniejszym dla nich jest własny interes. Interes instytucji w jakiej się znajdują. Jej przede wszystkim służą. Złotemu cielcowi. Samo kredo mówiące, wierzę w ducha świętego święty kościół powszechny, świadczy już o tym, że sami utożsamiają się z trzecią osobą Boską, czyli z Duchem Świętym. Kościół = Duch Święty.

            Kler, kościół zrobili dużo złego ludzkości na przestrzeni wieków. Jednak to co się stało już się nie odstanie. Teraz już nie mamy wojujących krzyżowców. Nie mamy nawracania za pomocą miecza. Mamy co innego. Mamy otumanianie ludzi i absolutny brak konsekwencji w tym co się mówi, uczy, głosi.

            Młody człowiek przystępujący do bierzmowania, nie wie czym ono jest. Zna regułkę. Ale gdy poprosisz go by swoimi słowami powiedział co to jest, czym jest bierzmowanie, to już koniec. Nie potrafi tego wyjaśnić. Ale nie tylko młodzież nie potrafi tego zrobić. Starsi również. Ten młody później dorasta, żyje na kocią łapę z partnerem, po jakimś czasie dostaje ślub kościelny, później rozwodzi się (cywilny rozwód), bierze ponowny ślub (cywilny) i cały czas chodzi do kościoła, modli się, odmawia dziesięć przykazań (nie cudzołóż). Jak to jest?

            Kradniemy. Wielu z nas kradnie. Świadomie i nie, ale często kradniemy. Cudzołożymy, oddajemy cześć innym bogom, kłamiemy, łamiemy wszelkie przykazania i nadal mówimy że wierzymy w Boga. Bzdura. Totalna bzdura.

            Nie jestem człowiekiem religijnym. Nie chodzę nigdy z tłumem. Zawsze chadzam własnymi drogami. Jeśli coś chcę wiedzieć, o Bogu, o wierze, o religii, to wtedy szukam, czytam, zastanawiam się. Tacy jak ja, są niewygodni instytucji. To potencjalni buntownicy, wichrzyciele, pieniacy. Takich się nie lubi.

            Ale to nic. Ja mam swoje zasady. Ich się trzymam. Przeze mnie nikt nie płacze. Nikt nie ponosi straty. A nawet jeśli się z kimś posprzeczam, to po jakimś czasie zazwyczaj przyznają mi rację. Staram się być dobrym człowiekiem, a z instytucją Kościoła Katolickiego nie chcę mieć za bardzo do czynienia. Za dużo złych rzeczy się o niej dowiedziałem.

            A Bóg? Bóg jeśli istnieje, to raczej nie tam. Nie w tym kościele.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ilustracja do poprzedniego wpisu

czwartek, 21 kwietnia 2011 9:54
Treść wpisu jest przeznaczona dla osób pełnoletnich

pokaż treść wpisu


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Masturbacja - ciekawostki.

czwartek, 21 kwietnia 2011 9:36

 

             Masturbujesz się?

            Mnie najbardziej poruszyła chyba informacja o tym, że 4 na 10 kobiet, woli masturbację niż seks ze swoim partnerem. A reszta… Niektóre wiadomości są też nader dziwne.

 



Podziel się
oceń
5
1

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wenecja

czwartek, 21 kwietnia 2011 9:07

 

            To jest dobrze zrobiony film. Pod… każdym względem dobrze. Dobra gra aktorów, dobra reżyseria, dobra muzyka. Zdjęcia których nie powstydziła by się najlepsza kinematografia światowa.  I montaż dobry i nawet szwankujące jak dotąd w polskim kinie udźwiękowienie też jest nienaganne. Wydawało by się że wszystko tu jest świetne. No ale ja, jak to ja. Lubię się czepiać. Czegóż on znowu chce? Ktoś sobie pomyśli. Przecież kiedyś mówił, że lubi filmy Jana Jakuba Kolskiego. I tak jest w rzeczywistości. Lubię tegoż reżysera i oglądam wszystko co mogę, to co on stworzył. I właściwie to nie narzekam, tylko się trochę czepiam.

             W filmie „Wenecja” zabrakło mi bowiem czegoś, co kiedyś moja nauczycielka j. polskiego, nazywała dzianiem się. Brak ni tu po prostu akcji. Ktoś powie – czepisz się. Może. Ja wiem. To nie jest kino akcji. Tu nie mają się ludzie zabijać, gonić. Nie mają się zdradzać i nie ma być tu wielkiej nieszczęśliwej miłości. A mi, może właśnie tego zabrakło. A z drugiej strony, może tak właśnie miało być.

            W filmie Kolskiego oglądamy wojnę, drugą wojnę światową, ale widzianą oczami dziecka. I co ciekawe, co niecodzienne w kinie polskim. Tą wojnę oglądamy z punktu widzenia prowincji. W odległym dworku, gdzie przyszło spędzić ten tragiczny okres małemu Markowi wojna dociera tylko śladowo. Widzimy przelatujące czasami samoloty, stacjonujące wojsko. Jesteśmy świadkami zabicia małego żyda, widzimy grupę niemieckich oprawców wkraczających do dworu, i nawet mamy dość przypadkową śmierć ciotki Weroniki, zabitej serią z karabinu maszynowego przez pilota niemieckiej maszyny. Ale to wszystko to tylko sceny mówiące, że gdzieś tam daleko toczy się krwawa rzeź.

            Z drugiej też strony, film „Wenecja” to opowieść o marzeniach. Mały Marek, zawsze marzył o wyjeździe do tego włoskiego miasta. Wszyscy już tam byli. Cała jego rodzina. A on nie. A tak bardzo by chciał. Wyuczył się już nawet na pamięć nazw ulic, placów czy też sławnych pałaców.

            Traf chciał, że gdy wyjazd był już prawie na wyciągnięcie ręki, wybuchła wojna. I znowu marzenia prysły jak bańka mydlana. Cóż więc robić? I tu, z pomocą przyszła wyobraźnia młodego człowieka. Gdy pewnego razu, została zalana piwnica w dworku, w którym przyszło mu mieszkać, nadarzyła się okazja by stworzyć „swoją Wenecję”, tam właśnie. W zalanej piwnicy poustawiano stoły, szafy, wstawiono nawet fortepian i urządzona została zabawa w iście weneckim stylu.

            Jak już wcześniej mówiłem, „Wenecja” do dobre kino, ale zastrzeżone tylko dla wytrawnego widza. Inny może się zanudzić. Dla miłośników Kolskiego, pozycja obowiązkowa.

 


            Moja ocena filmu to… 7,5, no niech będzie 8/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zerwany

wtorek, 19 kwietnia 2011 10:06

 

            Nikt nie powiedział, że życie będzie łatwe. Że będzie proste. Czasami może i takie jest, ale najczęściej nie. Jak to słowa piosenki mówią, „w życiu piękne są tylko chwile”. A codzienność? No właśnie. Jeżeli jesteś dorosły, jeżeli do tego masz dobry zawód, wykształcenie, czy chociaż pracę która może zapewnić Tobie jako takie życie, to jeszcze jakoś może to być. Gorzej gdy brak pracy, brak zdrowia, brak wsparcia u bliskich, a co gorsza gdy wszystkie nieszczęścia świata spadają na ciebie, a Ty jesteś jeszcze dzieckiem. Wtedy to faktycznie można stracić chęć do życia. Bo jak tu sobie w nim radzić?

            Mateusz jest sierotą społecznym. Nie potrafi się przystosować ani w rodzinie zastępczej, ani w Domu Dziecka. Jest to winą trochę jego nieznośnego charakteru, ale pewnie również i tego, że nie trafia w swoim życiu na przyjaznych mu ludzi. Marzy o domu, o powrocie do matki, ale to nie jest mu dane. Sierociniec, to jedyne miejsce gdzie może przebywać. Do wyrwania się stąd, prowadzi tylko jedna droga. Na imię jej – edukacja.

            Mateusz, mimo że ma dopiero dziesięć lat, wyróżnia się z grona „kolegów”. Jest od nich inteligentniejszy i bardziej wrażliwy. Chce się uczyć. Ma jakieś marzenia. Ale czy to wystarczy by wyjść na ludzi? Tego nie dowiemy się z filmu „Zerwany”, w reżyserii Jacka Filipiaka. Film bowiem kończy się w momencie gdy nasz mały bohater wkracza w progi normalnej szkoły. Czyli, otrzymuje szansę. Wcześniej natomiast oglądamy go przebywającego z dala od rodziny, czy od przyjaciół. W domu zastępczym i w domu poprawczym. Bity, poniewierany, buntowniczy. Taki jest Mateusz.

            Film nie rzuca na kolana. Ani kreacjami aktorskimi, ani oryginalnością. Ale porusza ważny temat przemocy. Przemocy ze strony rówieśników, ze strony starszych, czy też przełożonych. Średniej jakości film, ale w sumie można obejrzeć.

 


            Moja ocena filmu to: 6/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Iluzja optyczna?

wtorek, 19 kwietnia 2011 8:27

 

            Wczoraj wieczorem, buszując jeszcze w Internecie, znalazłem taką oto stronę. A w niej ten oto filmik.

 


 

            Mnie on bardzo rozbawił. Ale jednocześnie zacząłem się zastanawiać, jak to zostało zrobione? Iluzja optyczna? Łatwo powiedzieć. Ale jak to zrobić samemu? A może to po prostu jakiś trik filmowy.

            Są jakieś propozycje?



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Szukając Erica

niedziela, 17 kwietnia 2011 12:06

 

            Jak już wcześniej wspominałem, na piłce nożnej to ja się nie znam. Nie znaczy to jednak, że nie wiem czym jest rzut karny, czy też czym jest spalony. Wiem czym się różni liga mistrzów od mistrzostw świata. Słyszałem też o takich piłkarzach jak Ronaldinho, Henry, czy też Cantona.  Taki więc zupełny laik, to ja nie jestem. Co nieco wiem i co nieco słyszałem.

            Eric Bishop, jednak w odróżnieniu od mojej skromnej osoby piłką nożną interesuje się bardzo. Jako kibic oczywiście tylko, bo w życiu prywatnym to on był zawsze zwykłym przeciętniakiem. W młodości umiał co prawda dość dobrze tańczyć, ale to niewiele wznaczy. Poza tym zawsze był kibicem Manchesteru United. I co dziwne, ale to właśnie te dwie rzeczy, taniec i miłość do piłki, zadecydowały o jego całym życiu. Dzięki tańcowi, poznał w młodości piękną Lily. Ich miłość była wzniosła romantyczna, no ale szybko się jakoś zakończyła. Śladem tego związku pozostała jednak córka. Dziewczę teraz już dorosłe, posiadające już nawet własne dziecko, i co ciekawe utrzymujące kontakt zarówno ze swoją matką jak i z ojcem.

            Eric, jak już wspominałem kocha też piłkę nożną. Kocha swoją drużynę piłkarską. I kocha zwłaszcza swojego idola jakim jest Eric (ciekawa zbieżność imion) Cantona.

            Naszego bohatera, bohatera filmu „Szukając Erica” poznajemy w trudnym dla niego momencie. Jeździ on właśnie swoim samochodem wokół ronda. W kółko i w kółko. Tak długo aż nie spowoduje wypadku. Później karetka odwozi go na badania do szpitala… psychiatrycznego. Eric doznał bowiem pewnego załamania nerwowego. Zobaczył bowiem na ulicy swoją dawną miłość – Lily. Zawsze wiedział dobrze, że ona gdzieś tam jest, utrzymywał przecież dobre kontakty z córką, ale jakoś nigdy nie miał odwagi spotkać się ze swoją dawną miłością.

            W chwili obecnej Eric, jest już lekko starszym panem, gdzieś tak po pięćdziesiątce. Pracuje jako listonosz. Często spotyka się ze swoimi kumplami z pracy. Razem oglądają mecze, popijają piwko. A prywatnie…? No cóż. Prywatnie to on stara się wychowywać swoich (?) dwóch synów. Piszę, stara się, bo to wychowywanie mu nie za bardzo wychodzi. Z chłopakami nie ma wspólnego języka. Nie szanują go, nie słuchają, robią co chcą, a on nie potrafi nad tym zapanować, czego konsekwencją jest ogólny bałagan i ciągłe wzajemne pretensje.

            Któregoś dnia Eric podbiera starszemu z synów trawkę. Zaczyna sobie ją palić i robi mu się błogo na duszy. Wtedy to, do jego domu trafia jego idol życiowy – Eric Cantona (w tej roli oglądamy sławnego piłkarza). I tu zaczyna się właściwie film, który chciałbym Wam szczerze polecić. Obaj panowie zaczynają się spotykać coraz częściej, a sławny piłkarz zaczyna udzielać rad naszemu bohaterowi. Staje się dla niego nauczycielem, przewodnikiem i wsparciem w wielu sprawach. Pomaga w problemach z synami, jak i z bandziorami rozrabiającymi w okolicy. Pomaga w sprawach sercowych i pomaga stanąć na nogi człowiekowi któremu psychika zaczyna siadać.

            Polecam film. Szczególnie dla tego, że to obraz który daje nadzieję. Obraz który mówi, że w każdej nawet najtrudniejszej sytuacji można znaleźć wyjście. To taki ciepły obraz który mówi o wartości rodziny, o wartości przyjaźni, o „graniu” w drużynie, jaką mogą być przyjaciele czy też właśnie rodzina. W jedności siła, chciałoby się powiedzieć po obejrzeniu tego filmu. I jest to prawda. Stara maksyma mówi viribus unitis. To trzeba zapamiętać i stosować w życiu.

 

 


            Moja ocena filmu to: 8/10

 

            I jeszcze cytaty.

 

W życiu najważniejsze są podania, nie gole.

Najszlachetniejszą zemstą jest wybaczanie.

Jezus nazywa się Cantona.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wolny człowiek może wszystko?

sobota, 16 kwietnia 2011 7:58

 

 

            Obejrzałem. Ale przyszło mi do głowy takie pytanie. Czy wolny obywatel Rzeczpospolitej, czy wolny człowiek w Polsce, ma w miejscu publicznym słuchać poleceń straży miejskiej  czy też policji? Ma ich słuchać, czy też wolno mu robić co mu się chce, a nawet postępować wbrew ich poleceniom? Ład, porządek, też czy samowola i anarchia? Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze stosuję się do poleceń służb porządkowych. Tak to pojmuję. Ktoś za coś odpowiada. Protestować, wyrażać swoje poglądy, można w różnoraki sposób, mniej lub bardziej zdecydowanie, ale na łamanie prawa, nigdy się nie zgodzę. Kto tu kogo prowokował? Kto jawnie dążył do konfrontacji? No proszę mi odpowiedzieć.

            Przykro mi, ale ja nie widzę tu żadnej winy strażników. A tak nawiasem mówiąc, ja zawsze zadaję sobie pytanie (polecam to robić), jak ja bym postąpił będąc na ich (strażników) miejscu. Otóż odpowiadam szczerze. Ja, na ich miejscu, postąpiłbym tak samo.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Skrzydlate świnie

czwartek, 14 kwietnia 2011 18:35

 

            Nie chodzę na mecze. Nie interesuję się w ogóle piłką nożną. I to już od dawna. To może i brzmi jak herezja, no ale cóż. Tak jest i już. Piłka nożna mi zbrzydła już dawno, a po tych całych aferach korupcyjnych, gdzie mecze były i sprzedawane i kupowane, to ja już zupełnie nie rozumiem czym się tu emocjonować. Jak wszystko jest z góry przesądzone, to gdzie tu mają być emocje? Na stadionie? Nie, tu nie ma żadnych. Więc co?

            No właśnie. Wtedy jak to może i jest faktycznie, emocje przenoszą się na trybuny. Gdy dotyczą one jedynie krzyków, wiwatów, skandowania za swoją drużyną, to oczywiście wszystko rozumiem. Gorzej gdy dochodzi do gróźb, a później i do bójek. Ja tego nie chcę. Ja nie mam zamiaru przykładać do tego ręki.

            Nie wiem jak to jest, ale dla mnie osobiście, to byłoby trochę upokarzające, gdybym ja miał się legitymować przed kupieniem biletu, chcąc wejść na stadion. Dlaczego ja, dorosły człowiek, mam się komuś przedstawiać, a ten ma mi mówić na przykład gdzie mi wolno usiąść, a gdzie nie?. To trochę niepoważne.

            W niewielkim miasteczku o nazwie Grodzisk Wielkopolski, istnieje klub piłkarski -  Czarni Grodzisk. Przy klubie istnieje również grupa kiboli. Przychodzą oni na mecze by się wyżyć. I tak od pokoleń. Kibicują (tu może i powinien być cudzysłów) swoim, widząc jednocześnie w innych wrogów. Na czele naszej grupy stoi Oskar Nowacki. Trzydziestopięcioletni facet, który jeszcze tak naprawdę nie dorósł. Dla niego najważniejsze są rozgrywki piłkarskie, a nie to, że tak naprawdę to nie ma on żadnej stałej pracy, jest jeszcze pod opieką rodziców, a na dodatek sam właśnie zostaje ojcem.

             Obok Oskara grupie prym wiodą, jego młodszy brat Mariusz, i dziewczyna Mariusza – Basia. Gdy pewnego dnia, okazuje się że ich ukochany klub może przestać istnieć, Oskar dostaje propozycję pracy. Miałby on zostać… powiedzmy kierownikiem propagandy, takim jakby szefem klakierów, ale pracując dla przeciwnej drużyny. Krzysztof Dzikowski, właściciel SkyTechu, chce mu za to płacić 3500 miesięcznie. Najpierw nasz bohater oczywiście odmawia. To po prostu byłoby poniżej jego godności. Zdradzić swoich i pracować dla wroga? Jednak w końcu decyduje się. A jak zareagują na to jego koledzy. No, tego możecie się dowiedzieć, oglądając oczywiście polski film „Skrzydlate świnie”.

            A co do filmu… No cóż. Wielkie kino to, to nie jest. Od, taki sobie przeciętniak, z Pawłem Małaszyńskim w roli głównej. On sam, nie stworzył tu żadnej ciekawej postaci. Przeciętność. Za to niejaka Olga Bołądź (Basia), pokazała się z całkiem dobrej strony. Mogę powiedzieć jeszcze, że cieszę się iż mogłem zobaczyć w epizodzie Andrzeja Grabowskiego. Jak zwykłe dobrze wypadającego. Aha. I jeszcze jedno. Cezary Pazura wraca do grania w filmach kinowych. Mam na to nadzieję. Ten kiedyś dobrze zapowiadający się aktor, wiele lat temu zszedł na psy grając w telenowelach komediowych. Może mu i dobrze płacili, ale się w sumie trochę (moim zdaniem) zeszmacił. Wszak, na więcej go stać.

 


            Moja ocena filmy to: najwyżej 6/10.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Moje wsadzanie kija w szprychy w sprawie tablicy smoleńskiej.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011 18:12

 

            W tajemnicy, bez uzgadniania z kimkolwiek, kilka osób (podobno dwie panie, Merta i Kurtyka były tego głównymi inicjatorkami) powiesiło sobie tablicę z napisem upamiętniającym katastrofę smoleńską. Nie zapytały się one o zgodę władz lokalnych. Nie konsultowano z nikim napisu. I nie ważne było to, co czują inni. To czy godzą się na takie rozwiązania, na taką treść. Rodziny smoleńskie zrobiły to co chciały i już.

            Włodarze tamtego (Smoleńskiego) terenu, przestrzegali. Mówili że się z tym nie zgadzają. Prosili o zmianę tablicy i treści na niej umieszczonej. Ale Polacy NIC. Polacy twardzi. Nie popuścili. Na żadną zmianę się nie zgodzili.

            Rosjanie więc zrobili, to co powinni zrobić. Usunęli nielegalną tablicę i zamontowali inną, swoją. Taką jaką uznali za należytą i zgodną z tamtejszymi przepisami. Bądźmy szczerzy. Każdy z nas, by tak samo postąpił. Nie wyobrażam sobie bowiem, że na moim własnym podwórku, przed moim własnym domem, ktoś stawia sobie tablicę, bez uzgodnienia ze mną co do jej kształtu i treści na niej zamieszczonej. Toż to jest właśnie skandal. Ja bym taką tablicę roztrzaskał w try miga.  

            Ktoś się nie zgadza ze mną? No to niech mi powie. Co powiedziałby o tym, gdyby jacyś Niemcy  (jakaś Helga, czy Hans) umieszczali sobie tablice, powiedzmy we Wrocławiu, czy też Gdańsku, że kiedyś był to ich teren, z którego zostali przegonieni przez Polaków. Że ten dom, ten plac czy ta fabryka została im skradziona. I co my, my Polacy, byśmy wtedy robili? Siedzielibyśmy cicho?

            Tablica Smoleńska zawierała treści z którymi większość Rosjan się nie zgadza. Mówiła o ludobójstwie w Katyniu. Potrzebne to było? Trzeba było drażnić niedźwiedzia? I to w dodatku na jego terenie? Polacy wykazali się niebywałą butą. Dokonali samowoli i teraz jeszcze się burzą, że ktoś im tą samowolę ukrócił. To dopiero jest tupet. Ale „nam” się wydaje, że „nam” wszystko wolno. Wieszaliśmy już przecież samowolnie krzyż w Sali sejmowej, i się nikt nie odezwał. Stawiano już samowolnie krzyże na żwirowisku (usunięte) i przed Pałacem Prezydenta (przeniesiony).

            Zapominamy jednak, w tym wszystkim, że Smoleńsk, to mimo wszystko Rosja. A w Rosji to my jesteśmy tylko gośćmi. I możemy sobie robić tylko to , na co nam gospodarz pozwoli.

            Amen.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  5 127 237  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 5127237
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 13198
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3507 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl