Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 222 167 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Ścigani

czwartek, 31 maja 2012 10:29

 

            Urodziłem się w Polsce. Tu też mieszkam. Całe swoje życie. Nigdy nawet poza granice kraju nie wyjechałem. Rzadko biorę czynny udział w wyborach, ale ze wszech miar czuję się Polakiem. Myślę o sobie, jako o patriocie. I chyba nie chciałbym mieszkać gdzie indziej.

            Mój kolega M, od ładnych już kilku lat mieszka w Anglii. Mamy ze sobą kontakt. Choćby mejlowy. Ostatnio M napisał mi pytanie, czemu ja jeszcze nie uciekam z Polski? Czemu nie wyjeżdżam z tego kraju gdzie nie ma przyszłości? On już zaczyna się pomału urządzać na wyspach i poleca to innym.

            W niedzielę była u nas koleżanka. Wróciła ona właśnie z wycieczki po Włoszech. Jaka ta Polska brzydka - powiedziała. A tam tak pięknie. Zamek Królewski w Warszawie - co w tym pięknego - mówi. Zwykła bryła. A ja jej podaję za przykład Książ, albo Kórnik, albo mało znana Moszna (dobra nazwa - co nie :):):). Ona mówi - a Łazienki? Stosunkowo niewielki park. A ja jej mówię o Gołuchowie czy Rogalinie. Też pięknie.

           

            Może się mylę, ale gdy porównujemy Polską ze światem, to przychodzi nam od razu do głowy kilka najbogatszych krajów Europy, kilka Ameryki no i może kilka z Azji. W sumie niech będzie kilkanaście sztuk, kilkanaście krajów które mogłyby służyć nam za przykład. Którym moglibyśmy zazdrościć. Czy jednak stawianie się na równi, porównywanie się z Anglią, Niemcami, USA, czy Japonią jest uzasadnione? Myślę, że nie. My powinniśmy się porównywać z Węgrami, Ukrainą, Litwą, czy Słowacją. Bo to jest nasza liga. Jak można porównywać historię Włoch i Polski? Toż to jakieś nieporozumienie. Jak można porównywać USA do polski? Bzdura. Niemcy, Anglia, toż to zupełnie inny świat.

 

            Max Brogan (Harrison Ford) pracuje w policji Los Angeles. Pracuje w grupie do poszukiwań nielegalnych emigrantów. Ich zadaniem jest wkraczanie do firm gdzie zatrudnieni są ludzie i wyłapywanie tych, którzy w kraju przebywają nielegalnie. Praca ta nie bardzo pasuje naszemu bohaterowi, ale cóż. W tym wieku, niewielki ma się wybór. Max stara się jak może (niewiele może) pomóc im. Współczuje im. To widać. Czy jednak zasadnie?

            Film "Ścigani" ukazuje różne aspekty tego problemu. Pokazuje ludzi którzy nigdy nie otrzymają zielonej karty i tych którzy są na progu dostania obywatelstwa. Tych którzy zasługują sobie by zostać w wymarzonym kraju i tych którzy powinni być natychmiast deportowani. Pokazane są różne metody oszukiwania, obchodzenia przepisów, aby tylko się udało tu, w USA pozostać. Czy to przez łóżko, czy przez zasiedzenie. Niektórzy posługują się lewymi papierami. Ale są też i tacy co po prostu mają szczęście. Niczym nieuzasadnione szczęście.

            Film ten, tak naprawdę nie ma głównego bohatera. Takiego osobowego bohatera. Jest nim, można by powiedzieć, nielegalny emigrant ukazany w różnych osobach. Ich wszystkich w jakiś sposób łączy policjant Max, który reprezentuje jakby Państwo. Ten wymarzony cel.

            A czy warto obejrzeć "Ściganych"? Myślę, że tak. Obejrzyjcie i zastanówcie się, czy rzeczywiście w Polsce jest aż tak źle?

 

 


            Moja ocena filmu to 7+/10

 

 

 

            A. I jeszcze jedno. To taka zachęta dla mężczyzn. Alice Eve pokazuje w filmie swoje przepiękne piersi.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Upperdog

wtorek, 29 maja 2012 23:47

 

            Wiele lat temu, gdy jeszcze byli dość sprawni i zdrowi, moi dziadkowie zaadoptowali dziewczynkę. Miała ona wtedy 12 lat, więc jak na dziecko adopcyjne dość sporo, jednak M była z rodziny. Z dość dalekiej rodziny co prawda, ale dziecko potrzebowało pomocy więc dziadkowie się zdecydowali. Mimo że M wyszła z bardzo, bardzo ubogiego domu (dziadek przywiózł ja na bosaka) była dzieckiem niespodziewanie bystrym i rezolutnym. Szybko się uczyła. Dobrze wyszła za mąż. Zdobyła przyzwoity zawód. Założyła normalną rodzinę. Teraz mieszka w wielkim mieście i jako już dorosła kobieta może powiedzieć o sobie, że czuje się spełniona i szczęśliwa.

            Gdy M była jednak dzieckiem, dziadkowie nigdy nie ukrywali przed nikim jej pochodzenia. Mówili o tym bardzo otwarcie. Jej również - zresztą była ona przecież na tyle już duża że to rozumiała. Gdy poznała obecnego męża, od razu mu o jej pochodzeniu wszystko opowiedzieli.

            Pamiętam, że mi to się wtedy nie bardzo podobało. Po co wszystko tak rozpowiadać. Oni jednak uważali, że należy z prawdą zmierzyć się od samego początku. Nic nie ukrywać. Karty na stół, jaki kto jest.

 

 

 

            Axel pochodzi z dobrego domu. Jest przystojny, podoba się dziewczynom, ale ludzi traktuje przedmiotowo. Jest bezczelny, prostacki choć dobrze wykształcony. Axel pochodzi z Azji, a jego przybrani rodzice zabrali go na wychowanie do Norwegii gdzie się wychował i wykształcił. Nie pamięta on swojego dzieciństwa i z tego powodu jego przybranym rodzicom było łatwiej sobie z nim radzić. Teraz, mimo jego pewności siebie kochają go jednak.

            Maria pochodzi z Polski. W domu rodziców Axela pracuje ona jako służąca. Musi jakoś zarabiać na utrzymanie, bo w kraju czeka na nią z utęsknieniem mały synek. W wolnych chwilach dorabia ona w restauracji prowadzonej przez Yanne.

            Yanne też nie jest stąd. I ona pochodzi z Azji. W dzieciństwie została adoptowana, a teraz jej adopcyjni rodzice już nie żyją. Prowadzi więc po nich mały interes w postaci restauracji.

            Jest jeszcze Per. Młody Norweg, który właśnie wrócił z misji wojskowej. Tam w dość niefortunnej sytuacji zastrzelił on człowieka. Teraz tego bardzo żałuje. Spokoju ducha pragnie odszukać studiując filozofię.

            Ta czwórka młodych ludzi to główni bohaterowie filmu "Upperdog". Ich losy oczywiście się splatają. Atrakcyjny Axel i piękna Maria ( w tej roli Agnieszka Grochowska) mają ze sobą burzliwy romans. Per i Yanne też czują coś do siebie, ale jest i jeszcze coś. Otóż Axel i Yanne są rodzeństwem. Nie wiedzą o sobie, chociaż ona pamięta o tym, że miała kiedyś młodszego brata i że razem przyjechali do Europy. Teraz ich drogi w pewnym momencie się połączą.

            I tu pojawia się pytanie które powinienem zadać na samym początku mojego wpisu. Czy adopcyjni rodzice powinni wszystko dokładnie,  ze szczegółami opowiedzieć swojemu adoptowanemu dziecku? Czy może są okoliczności usprawiedliwiające ich milczenie. Bo przecież adoptowane kilkumiesięczne dziecko nigdy się nie dowie jak było naprawdę. Ale czy nigdy? We współczesnym świecie, przy obecnej medycynie, takie rzeczy są do sprawdzenia.

            Film "Upperdog" to niezłe kino. Z niezłą muzyką. Ze świetną grą polskiej aktorki. To się całkiem dobrze ogląda. Polecam na wakacyjne wieczory. I oglądajcie to najlepiej wspólnie. Razem ze swoją drugą połówką.  Można mieć bowiem po nim kilka ciekawych przemyśleń do wspólnej dyskusji.

 


 

            Moja ocena filmu to 7+/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wśród nocnej ciszy.

poniedziałek, 28 maja 2012 8:17

 

            Zdziwiło mnie, że o tym filmie nigdy wcześniej nie słyszałem. Polski, stary bo z roku 1978 i do tego dobry. Jak przeczytałem na jednym z blogów, że wręcz bardzo dobry, pomyślałem sobie, gdzie ja do tej pory byłem, że o tej produkcji nie słyszałem.

            Szybkie przewertowanie kilku adresów internetowych doprowadziło mnie na stronę: http://vod.onet.pl/wsrod-nocnej-ciszy,25356,film.html     gdzie można obejrzeć sobie "Wśród nocnej ciszy". Film w reżyserii Tadeusza Chmielewskiego. Faktycznie jeden z lepszych polskich filmów jakie widziałem. Może nie jest to pierwszy szereg, ale drugi z pewnością.

 

            Okres międzywojenny. Gdzieś na północy kraju w jakimś mieście ktoś morduje kilkuletnie dzieci. Strzela im z pistoletu w głowę, a przy ofiarach zawsze można znaleźć dziecięcą zabawkę. Śledztwo prowadzi komisarz Teofil Herman ( w tej roli nieżyjący już Tomasz Zaliwski).  Człowiek twardy, z charakterem. Taki co to nie ustępuje przed niczym i jak już złapie trop to go nie puści. Wszystko trzyma mocna ręką. Jego współpracownicy się go boją, ale też i szanują.

            Problem jednak w tym, że komisarz Herman swoje nawyki przenosi do domu. A tu, ma pod opieką dorastającego syna. Chłopaka inteligentnego ale i bardzo wrażliwego. Chłopaka mającego swoje marzenia, ale bojącego się ojca i tego, że we wszystkim musi go słuchać.

            Dwa różne charaktery mieszkające pod jednym dachem. To musi prowadzić do konfliktu. Wiadomo. Przewagę ma ojciec. Ale chłopak obmyśla niesamowity plan. Wie on bowiem, że niewykrycie sprawcy morderstw doprowadzi do dymisji i upokorzenia ojca. A na tym mu zależy. To za całe swoje życie. Za śmierć matki. Za to że ojciec taki zły...

            Co więc wygra? Miłość ojca i syna, czy też nienawiść jaka narasta? Tego oczywiście Wam teraz nie powiem. Sami sobie obejrzyjcie. Ja w każdym bądź razie zachęcam. Film bardzo dobry. Z dużą dbałością o szczegóły i nieprzewidywalnym zakończeniem.

            Obejrzyjcie koniecznie

 

 

            Moja ocena filmu to: 8/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Shadows- Lindsey Stirling

piątek, 25 maja 2012 17:32

 

            Jedna duża dawka pomysłu. Znaczna miarka umiejętności. Kopa, albo dwie kopy, w zależności od wielkości, talentu. Wszystko to wymieszać z dużą ilością pracy i zaangażowania. A efekt? No cóż. Obejrzyjcie sami.

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Apflickorna

czwartek, 24 maja 2012 15:57

 

            Wiek dojrzewania. Jak sobie pomyślę i jak sobie przypomnę, siebie z tamtych lat... Oj jaki to był człowiek głupi i naiwny. I podkochiwał się w dziewczynach. Taką miłością dziecięcą, taka niedojrzałą. Jaki to człowiek był dziecinny i jakże inne miał wartości w życiu.

            Miłość wydawała się taką czystą i romantyczną.

 

 

            Emma jest właśnie w takim wieku. Poznajemy ją w momencie gdy przygotowuje się ona do egzaminu. Ale nie jest to jakiś egzamin szkolny. Emma kocha konie. A teraz pragnie zostać woltyżerką. Właśnie ma przystąpić do egzaminu.

            Emma zdaje egzamin. Zostaje przyjęta do szkolnej grupy dziewcząt uprawiających tą dyscyplinę. Tu poznaje Cassandrę. Dziewczynę jakże inną niż nasza główna bohaterka. Cassandra jest atrakcyjna, odważna, przebojowa, wie co chce od życia. Dziewczyny zaprzyjaźniają się, ale dla Emmy nie jest to za dobre towarzystwo. Może co prawda wiele się nauczyć, od bardziej doświadczonej koleżanki, ale nauka ta może jej w życiu zaszkodzić. Obie zaczynają się spotykać z chłopakami, robią małe psikusy, a że są w wieku dojrzewania zaczynają się i interesować seksem. Często przebywają razem. Zaczynają poznawać swoje preferencje. Poznają też pewnych chłopaków.

            Jest jeszcze Sara. Młodsza siostra Emmy. Jeszcze dziecko ale jakże zainteresowane seksem. Jeszcze nie wie ona co to jest, o co w nim chodzi, ale już instynktownie próbuje swoich pierwszych podbojów. Celem jest starszy kuzyn, opiekujący się czasami dziewczynką.

 

            Szwedzki film "Apflickorna" mimo ponętnego tematu jednak zawodzi. Można było dużo więcej z tego pomysłu wyciągnąć. Niemniej jest kilka scen które przykuwają uwagę. Jak choćby sceny umizgów małej Sary do swojego starszego kuzyna, scena gdy dziewczynka ogląda zapładnianie klaczy. Dużo daje do myślenia, po co w ogóle ona była potrzebna. Ta scena. Mi osobiście bardzo spodobała się sytuacja w której oglądamy ludzi przybyłych na basen. Instruktorka bardzo dokładnie tłumaczy jak należy się umyć przed wejściem do wody (do basenu). U nas coś takiego jest raczej nie do pomyślenia, żeby obca osoba tłumaczyła nam jak i w których miejscach musimy się umyć. Chociaż może coś się w tych sprawach zmieniło. Dawno już nie byłem na basenie. Chociaż wątpię w to.

 


           

            Moja ocena filmu: 5/10. Szkoda utraconego potencjału jaki mógł mieć ten obraz.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Prawdziwy bohater

środa, 23 maja 2012 17:30

 

            Czasami zastanawiam się nad tym, kto to jest prawdziwy bohater? Czy można być (jak w tej reklamie) bohaterem we własnym domu?

            Od dawna jestem już dorosłym facetem i powiem Wam, że kiedyś zrozumiałem, że człowiek może być bohaterem w zaciszu domowym. I to nic, że świat o nim nigdy nie usłyszy. Że nie będą mu stawiać pomników. Że na jego grobie nie będzie wspaniałego epitafium. To nic.

            Znam rodzinę, gdzie prawdziwym bohaterem w domu jest ich ojciec, mąż teraz juz i dziadek. Starszy już mężczyzna i słabo wykształcony. Prosty, ale nie prostacki. Człowiek, który całe życie bardzo ciężko pracował, ale wykazał się prawdziwym oddaniem dla swojej rodziny. To dzięki niemu wszyscy zawsze mieli co jeść, a w sumie i dorobili się bardzo przyzwoitych warunków życiowych. Wykształcił dzieci i zadbał o ich przyszłość.

            Można też być cichym bohaterem opiekując się kimś bliskim w rodzinie. Znam rodziców którzy przez dwadzieścia kilka lat opiekowali się swoją ciężko chorą córką. Taką co to można było nazwać rośliną, bo nawet nie potrafiła samodzielnie jeść. Trzeba było ja karmić dożylnie. Prawdziwi cisi bohaterzy.

            Ale są też i tacy którzy zabłysną raz. Przez chwilę. Ratując komuś życie na przykład. Shavarsh Karapetyen  - słyszeliście może kiedyś o nim? Pewnie nie. A był to największy pływak w historii ZSRR. 11 rekordów świata, 17- krotny mistrz świata. Prawdziwa gwiazda. A gdzie tu bohaterstwo? No cóż. Przeczytajcie sami:     http://www.joemonster.org/art/19983/Nieprawdopodobna_historia_Shavarsha_Karapetyana i czapki z głów panowie.  



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Grzegorz klarnecista

wtorek, 22 maja 2012 15:48

 

            Kiedyś, pewien znajomy zupełnie znienacka zaproponował mi bym pojechał razem z nim na ryby. Zdziwiłem się bardzo i mówię mu, że ja się na tym zupełnie nie znam. Nie mam pojęcia jak to się robi, co należy ze sobą zabrać itd. Nic się nie martw - mówi mi on. Najważniejsze żebyś zabrał ze sobą pół litra i... No właśnie.

 

            Spacerujemy sobie z żoną w niedzielne popołudnie po mieście. Ładna pogoda była, więc szkoda było siedzieć w domu. Postanowiliśmy zajrzeć do parku miejskiego. Park mamy ładny, zadbany. Jest dużo drzew i ławeczek gdzie można sobie posiedzieć. Jest też staw, a nawet dwa. Ten nowszy wodę ma dużo czystszą.

            Zbliżamy się więc do parku, a tu dochodzi nas jakaś muzyka. Nie było rady. Trzeba było iść za jej głosem i w ten to sposób trafiliśmy na przegląd orkiestr dętych z naszej okolicy.

            Brzmiało zachęcająco, podchodzimy więc coraz bliżej, aż tu widzę na scenie, w pierwszym rzędzie kolegę z pracy. Siedzi zaangażowany w tym co robi i zasuwa jak tylko najlepiej potrafi na klarnecie. Wiedziałem od dawna, że Grzegorz gra. Nie spodziewałem się jednak, że akurat na niego trafię. A tu patrzcie państwo jaki zbieg okoliczności.

            Pomyślałem sobie, że jutro w pracy pogadamy o tym. Trochę go pochwalę i zachęcę do dalszego grania. Niech ma. Jednak w poniedziałkowy ranek w pracy nie zastałem Grzegorza. W pierwszej chwili zdziwiło mnie to trochę. On taki solidny i punktualny, ale zaraz pośpieszyłem do jego brata by się o niego zapytać. A ten mi mówi, że wczoraj dawali koncert, a zawsze po koncercie... No właśnie. Więcej mi nie trzeba było.

            Grzegorz wiedział co będzie robił wieczorem w niedzielę. Czym kończą się te ich koncerty. Wziął więc zawczasu urlop jednodniowy aby odpocząć po imprezie. Czy jednak zawsze wszystko musi się kończyć z wódzią? Nawet imprezy czysto kulturalne?

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Napis

niedziela, 20 maja 2012 9:12

 

            Wyprowadziła się moja sąsiadka. Miła, fajna, młoda kobitka. Mieszkała w kawalerce i póki była sama, to tam się jakoś mieściła. Jakiś czas temu poznała jednak faceta. Zamieszkali razem. Teraz jest w ciąży (ona, nie on) i musieli postarać się o inne mieszkanie. Kupili sobie trzypokojowe, na zupełnie innym osiedli, a to sprzedali.

            Kawalerkę kupił jakiś samotny pan. Podobno ma około sześćdziesiątki, ale ja go jeszcze nie spotkałem. Zauważyłem natomiast, że od razu założył sobie antenę satelitarną. Widocznie jest to nowoczesny, starszy pan.

 

            A mi w związku z tą przeprowadzką, przypomniało się, że jakiś czas temu byłem na sztuce teatralnej pt. "Napis". Niby nic wielkiego. Sześciu aktorów na scenie. Niewyszukane rekwizyty. Czas spektaklu to niewiele ponad godzina.

            Ale co ma wspólnego jakiś napis z przeprowadzką mojej sąsiadki i wprowadzeniem się nowego lokatora do bloku? Otóż ma całkiem sporo. Bo napis, a w dodatku szkalujący i nieprzyzwoity, pojawia się w windzie szanującej się kamienicy, tuż po wprowadzeniu się właśnie nowych sąsiadów. Ktoś napisał "Lebrun = chuj". Lebrun, to właśnie nowy sąsiad i co ciekawe, w kamienicy nie ma nikogo innego o takim nazwisku. Słowa skierowane muszą być w takim razie do nowo przybyłego mieszkańca. A tym bardziej to dziwne, bo przecież nikt go tu nie zna.

            Napis, jak napis. Niby się nic wielkiego. Można by obok niego przejść, udając że się go nie zauważyło. Można by też go zeskrobać, wtedy gdy nikt nie patrzy. Jednak pan Lebrun ma zasady. On chciałby wiedzieć kto to napisał i dlaczego. Swoje kroki więc kieruje do ledwo co poznanych sąsiadów naruszając ich spokój domowy.  Nic wielkiego. Ot, taka zwykła rozmowa kończąca się lekkim zdziwieniem nierozumiejących powodu frustracji państwa Cholley. Ale Lebrun nie rezygnuje. U siebie w mieszkaniu organizuje wieczorek zapoznawczy. Zaprasza sąsiadów (oprócz państwa Cholley przychodzą jeszcze państwo Bouvier).  Po jakimś czasie miła atmosfera sąsiedzka kończy się karczemną awanturą.

 

            Czy warto trzymać się kurczowo swoich zasad? Sztuka francuskiego pisarza Géralda Sibleyrasa  w lekki sposób ukazuje ludzkie przywary. Mówi jacy jesteśmy słabi i małostkowi. Patrzymy na pana Lebrun i myślimy sobie, odpuść pan. Daj spokój. Twój upór, to, że jesteś taki zasadniczy, taki konkretny, staje się śmieszne i nic ci nie daje. A tylko wrzodów się nabawisz nie umiejąc ustąpić i śmiać się z sytuacji. Nie bierz wszystkiego tak do siebie. Trochę więcej dystansu. Z drugiej strony jednak, gdy poznajemy bliżej jego sąsiadów, lekkoduchów żyjących w odrealnionym świecie. Nie dostrzegających swoich wad i przechodzących lekko obok nich, myślimy sobie - ludzie niedojrzali. Tacy co to zawsze będą gówniarzami. Ludzie którym wierzyć za bardzo nie należy, bo oni puszczają słowa na wiatr.

 

            Ja na sztukę patrzyłem z wielkim zainteresowaniem. W postaci Lebruna dostrzegałem siebie. Upartego, małostkowego faceta potrafiącego trzymać się kurczowo jakiego słowa, jakiegoś wydarzenia i wwiercającego się w jakieś nieistotne drobne sytuacje życiowe. Tym jednak różnię się od głównego bohatera sztuki, że ja w końcu odpuszczam. Mówię, niech Ci będzie. Niech będzie, że to ty masz rację.

            Jednak w głębi duszy pozostaję przy swoim. Odpuszczam na zewnątrz, ale wewnątrz wiem, że racja musi być po mojej stronie.

 

 

            Moja ocena sztuki teatralnej to: 7,5/10. Jeżeli będziecie mieli kiedyś okazję to wybierzcie się. Nie pożałujecie, a na pewno z dobrym humorem opuścicie teatr.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Igrzyska śmierci

środa, 16 maja 2012 14:10

 

            No to obejrzałem sobie w końcu "Igrzyska śmierci". I teraz staram się sobie przypomnieć, kto to tak bardzo zachwalał ten film. Gdzie ja to słyszałem, gdzie ja to czytałem te wszystkie opinie zachwytu nad tymże obrazem? W internecie - wiadomo. Ale też przecież słyszałem naprawdę pozytywne opinie w radiu. Na pewno czytałem też i  w prasie.

            A co ja mam do powiedzenia o tym "dziele"? Otóż produkcja zupełnie przeciętna. Wierzę, że może się podobać 12-14to latkom. Co jednak jest takiego, że tyle pochwał płynęło od poważnych osób interesujących się X muzą, to nie mam pojęcia.

            Pomysł powielony. Scenariusz słabiutki. Mnóstwo niedorzeczności bo przecież nie można sobie wyobrazić, że jakieś ludzkie społeczności wysyłają na walkę na śmierć i życie swoje małe dzieci (od 12 do 18 roku życia jak dobrze pamiętam) zamiast specjalnie przeszkolonych supersamców.

            Jedyna zaletą filmu może być chyba tylko to, że być może ktoś się zastanowi nad tym, w jakim kierunku dąży współczesny świat? Może zaczniemy zastanawiać się nad rolą mediów. Nad tymi wszystkimi reality show. Nad tym jak poszczególni dziennikarze nami manipulują i jak to na nas oddziałuje.

            Jeśli macie do wyboru "Igrzyska śmierci, a film który Wam poprzednio polecałem, to nie zastanawiajcie się za wiele. "God Bless America" W tym wypadku zasługuje wręcz na medal.  

 

 

            Moja ocena filmu to: 4/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

God Bless America

wtorek, 15 maja 2012 9:29

 

            To jakby trochę połączenia "Urodzonych morderców", "Leona zawodowca", "Upadku" z Maikelem Daglasem... no i pewnie "Bonnie i Clyde". Ale nie uprzedzajcie się. Film który chcę Wam dzisiaj polecić, to naprawdę świetne, a w szczególności mądre kino.

            "God Bless America" to wnikliwe spojrzenie na współczesny świat. Na współczesne społeczeństwo. Na ludzi płytkich, mało inteligentnych, zafascynowanych celebrytami telewizyjnymi. Na egoistów myślących tylko o sobie. Na rodziców tak zapatrzonych w swoje dzieci, że nie wiedzą oni nawet o tym, że sami robią swemu potomstwu niewyobrażalną krzywdę nieprawidłowym wychowaniem.

 

            Głównym bohaterem filmu jest Frank. Mężczyzna ponad czterdziestoletni. Frank jest rozczarowany współczesnym światem. Wracając po pracy do swojego małego mieszkania, gdzie żyje samotnie czuje pod skórą, że ten świat, że to społeczeństwo chyli się ku upadkowi. Brak jakichkolwiek zasad, brak wstydu, moralności, rozsądku, wartości itd., to wszystko go przeraża. Za ścianą swojego mieszkanka, za sąsiadów ma ludzi awanturujących się, uprawiających głośno seks, niezważających na innych. Włączając telewizor widzi tylko pustych ludzi. Wydmuszki ludzkie. Takich niedojrzałych społecznie i uczuciowo małolatów, którzy bez względu na to ile mają lat nigdy nie dorosną i nigdy nie zmądrzeją.

            W pracy ma to samo. Kolegów bardziej interesują wszelkiego rodzaju toki-szoki, big-bradery, to kto się z kim rozwiódł, a kto upił, niż poważne problemy czy to światowe, czy osobiste. A tych drugich, Frank ma sporo. Nie dość, że (jak już wspominałem) nie potrafi zrozumieć współczesnego społeczeństwa to mu się rodzina rozpadła. Obecnie żyje on sam, ale jeszcze niedawno miał żonę i córkę. Z żoną się rozstali, a córka... no cóż, nie chce go nawet odwiedzać, bo jak mówi u niego jest nudno. Nie ma on laptopów, palmtopów, tabletów czy czego tam jeszcze. I po co jej taki ojciec, który nie wie kto został mis, a kto właśnie kogoś zgwałcił na ulicy.

            Ale to nie wszystko. W pracy Frank zostaje oskarżony o molestowanie seksualne. On, taki cichy i nieśmiały... Ach, szkoda gadać. Za to że wysłał do domu, koleżance kwiaty... No i teraz nasz bohater został w dodatku bezrobotnym. Dosyć tych nieszczęść jak na jednego człowieka, powiecie? Oj nie, nie, nie, nie. Z dokuczającymi bólami głowy udał się on do lekarza, a ten stwierdził, że to rak i że pozostało mu niewiele życia. Cóż więc w takim wypadku byłoby najlepiej zrobić? Ano właśnie. Najlepiej to wziąć spluwę i palnąć sobie w łeb. I tak też postanawia on zrobić. Jeszcze tylko rzut oka na telewizję i... Następne reality-show. Bezpośrednia transmisja z urodzin jakiejś rozpieszczonej szesnastolatki. Właśnie gówniara dostała na urodziny... samochód. Wózek o którym ja (i Frank też) mógłbym tylko pomarzyć. A ta smarkula w wrzask. Totalny szok, panika, spazmy i niewyobrażalne pretensje. Ona chciał przecież inny model samochodu, a nie to co właśnie dostała.

            Frank postanawia więc przed odejściem z tego świata pozbyć się jeszcze tej szesnastolatki. A tak. Uwolnię świat od takiego rozwydrzonego bachora - myśli sobie. Jak więc postanowił, tak i zrobił. Teraz już, wydawało by się, może spokojnie opuścić ten ziemski padół, ale ktoś zapukał do jego drzwi. To rówieśniczka zamordowanej. Jej koleżanka z klasy. Ta zafascynowana tym, że ktoś wreszcie wyrwał chwasta, postanawia podziękować mu za dobry uczynek.

            I tu można powiedzieć, zaczyna się film. Dopiero tu. Bo od tej pory, oboje będą pozbywać się chwastów na swój sposób. O tym, kto jest chwastem, a kto nie, oni decydują. Kara jest tylko jedna i nie ma litości. No, może czasami. Ale nie ma skrupułów, ani wyrzutów sumienia. Pustych ludzi, bez zasad, ambicji czy honoru należy pozbyć się z tego świata.

 

            Film w reżyserii Bobcata Goldthwaita to prawdziwa perełka. Choć niedoceniana muszę przyznać. Ciekawie zarysowane postacie, ciekawy i bardzo na czasie temat, nieźle zagrane role, zwłaszcza mała Roxie była świetna. Jest jednak jedno "ale". Gdy będziecie oglądać ten film to pamiętajcie o tym, że to jest komediodramat. Patrzcie na niego z dystansem i nie bierzcie wszystkiego dosłownie. Obejrzyjcie jednak koniecznie.

 

 

 

            Moja ocena filmu to: bardzo wysoko 8,6/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Odezwa do maturzystów.

niedziela, 13 maja 2012 21:41

 

            Ucz się ucz. Bo nauka to do wiedzy klucz. A za czasów mojego dzieciństwa mówiło się czasami oportunistycznie... a jak będziesz miał wiele kluczy to woźnym zostaniesz.

 

DWAJ MATURZYŚCI - KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI


Gdy księżyc stęchłym „Sidolem”
złe miejskie niebo wyczyści,
wychodzą na głupi spacer
dwaj maturzyści.

Postacie prawie bliźniacze,
jak wałek podobny do wałka,
przystając, jeden zapłacze,
a drugi załka:

Bo cóż, że skończyli szkoły,
cóż, że w kieszeniach matury?
Jeden z nich niewesoły,
drugi ponury.

Dzień cały stukali-pukali -
niestety: wszystko zajęte…
Żebyż chociaż zostać kelnerem
lub konfidentem!

Nazajutrz, kiedy się ściemni,
bez celu znów i korzyści
w noc ciemną wyjdą jak cienie
dwaj maturzyści.



Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Koko Euro Pawła Wakuły

sobota, 12 maja 2012 20:20

 

            Humoreska Pawła Wakuły, Koko Euro spoko. Mam nadzieję, że pan Paweł, nie obrazi się za to, że pozwoliłem sobie przytoczyć jego tekst na swoim blogu. Pomyślałem sobie jednak, że warto, by on (ten tekst) znalazł więcej odbiorców.

 

Jarosław Kaczyński wraz ze swoim

sztabem zasiadł przed telewizorem, na

którego ekranie trwała relacja na żywo

z Podzamcza. Już za kilka chwil trener

polskiej reprezentacji miał ogłosić kadrę

na Euro 2012.

– Czy Tusk wybiera się na mecz finałowy

do Kijowa? – zmarszczył brwi prezes

PiS. – Mam nadzieję, że wysłucha

mojego apelu i zbojkotuje ukraińską

część mistrzostw!

– Ten człowiek nie ma zasad – odparł

ponuro Joachim Brudziński. – Jego

zdaniem pańska inicjatywa to klasyczny

samobój.

Wszyscy umilkli, bo na ekranie pojawił

się selekcjoner narodowej drużyny.

– Adamiak Ada, Adamiak Adrian,

Adamiak Aleksander, Adamiak Aldona,

Adamiak Alojzy... – czytał z kartki Franciszek

Smuda.

– Nie rozumiem – zmarszczył brwi

Jarosław Kaczyński. – Trener zapewniał,

że na mistrzostwa Europy wybierze

najlepszych, a teraz powołuje samych

Adamiaków.

– To tylko reklama – szepnął nieśmiało

Mariusz Błaszczak. – W tym

czasie telewidzowie wybierają polski

hymn na Euro.

– Rozumiem – Kaczyński skinął głową.

Na ekranie pojawił się zespół Jarzębina.

Osiem przebranych w ludowe

stroje babinek z Kocudzy pod Janowem

Lubelskim wzięło się pod boki

i zabeczało w rytmie disco-polo: – Kokokoko

Euro spoko! Piłka leci hen wysoko!

Wszyscy razem zaśpiewajmy!

Naszym doping dajmy!

– Ładny kawałek – zauważył Jarosław

Kaczyński. – Wpada w ucho.

– To będzie prawdziwy hit! – zapewnił

go Adam Hofman. – Oby tylko polscy

piłkarze zagrali na równie wysokim

poziomie!

– Cieszą się Polacy, cieszy Ukraina,

że tu dla nas wszystkich Euro się zaczyna!

– darły się babinki.

– A niby z czego ma się cieszyć

Ukraina? – spytał ironicznie prezes

PiS. – Nie wiedzą, że zaapelowałem,

aby ich mecze przenieść do innego

kraju?

Babinki skończyły śpiewać i na ekranie

znowu pojawił się Smuda. Tym razem

odczytywał prawdziwe nazwiska

powołanych piłkarzy: – Błaszczykowski,

Boenisch, Brożek, Dudka, Fabiański...

Kaczyński zacisnął kciuki i z napięciem

wpatrywał się w ekran. Wreszcie

selekcjoner skończył, a prezes zerwał

się z fotela, wydając dziki okrzyk radości.

– Hura! Tyle potu wylanego na boisku,

a jednak Tusk nie pojedzie na

Ukrainę!

– Skąd pan wie? – zdziwił się Błaszczak.

– Żmuda go nie powołał!



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Kalectwo?

piątek, 11 maja 2012 8:08

 

            We wczorajszej "Sprawie dla reportera" była przedstawiona historia pana Marcina. Otóż człowiek ten, urodził się bez rąk i bez nóg. Jego marzeniem są protezy kończyn. Ceny jednak takich protez są horrendalnie wysokie. Przeciętnego człowieka, nigdy na nie, nie będzie stać.

            Normalnie, każdy zdrowo myślący, załamałby się będąc w takiej sytuacji. Marcin jednak się nie załamuje. Czerpie z życia co tylko może. Ma przyjaciół. Uczestniczy w różnych spotkaniach. Uczy się. Jego pasją jest fotografia. Kiedyś nawet spotykał się z pewną kobietą. Teraz jednak jest sam, ale tryska z niego tyle optymizmu, że wielu mogłoby od niego się tego uczyć. Ładnie mówi i ma ciekawy tembr głosu.

            Patrząc na niego i słuchając, przekonujemy się, że tak na prawdę, kalectwo to jest to, co mamy w mózgu. Co mamy w głowie. Powłoka zewnętrzna, a to jacy na prawdę jesteśmy, to dwie różne sprawy.

 

            Poniżej zamieszczam filmik którego bohaterem jest Nick Vujicic. Człowiek który  nie ma w ogóle kończyn. Jest jeszcze bardziej okaleczony przez naturę, ale tak samo jak Marcin, nie poddaje się. Natomiast sam wspiera innych, a jak wiele potrafi ich nauczyć, to sami zobaczcie.

 

 

Akurat nie ten filmik miałem zamiar umieścić, ale niech już pozostanie. Ten o którym myślałem na początku, możecie obejrzeć poniżej.

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

I jak tu nie kochać studentów.

czwartek, 10 maja 2012 16:22

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Brudziński przypomina mi...

środa, 09 maja 2012 17:46

 

            Oglądam sobie wczoraj "Kropkę nad i", a tam zaproszonym gościem jest Joachim Brudziński. Patrzę sobie tak na niego i patrzę... Nie. Nie słucham. Jego nie da się słuchać. On nie potrafi nic ciekawego powiedzieć, a tym co mówi to jedynie stara się przypodobać swojemu prezesowi. W podlizywaniu się jest jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym, fachowców, w "bandzie" do której należy.

            No to patrzę sobie na niego i patrzę,  i zastanawiam się, co mi on przypomina? Nie. Nie kogo? Ale co? No właśnie. Jakiś czas się nad tym zastanawiałem, aż w końcu Eureka! Znalazłem! Już wiem! Otóż Joachim Brudziński przypomina mi... czopek. Tak, tak. Właśnie czopek. Taki co to, no wiecie... wchodzi do... No.

            Przesadziłem? Nie. Ależ skąd. Spójrzcie na niego. Główka łysiejąca, od góry zaokrąglona, świecąca się, jak by ją tak jeszcze trochę czymś posmarować, to wszędzie się wśliźnie.

            Nieładnie z mojej strony, prawda? No cóż. Ale takie mam skojarzenia i nimi dzielę się moimi czytelnikami.

 




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

sobota, 21 stycznia 2017

Licznik odwiedzin:  4 745 573  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 4745573
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 12228
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3261 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl