Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 977 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Q

sobota, 30 czerwca 2012 13:23

 

            Podziwiam ludzi którzy wiedzą co jest dobre, a co złe. Co należy robić, a co nie. Kim jest człowiek wierzący, kto to homoseksualista, czym jest miłość, seks, a co to jest pornografia itd. Ja zawsze z tym mam problemy. Z szufladkowaniem. Z nazywaniem po imieniu. Ja zawsze doszukuję się dziury w całym. Dzielę włos na czworo.

            Pornografia. Czym jest. Kolega kiedyś powiedział mi definicję mówiącą, że jest to taki obraz którego celem jest wywołanie podniecenia. Celem jest. A jeśli nie dochodzi do celu, to czy jest pornografią? Jeśli nie wywołuje owego podniecenia, a było tak zamierzone? Hm? A co, jeśli w jednym przypadku wywołuje podniecenie, a w innym nie? No właśnie. Ja wciąż się dopytuję. Wciąż nie wiem.

 

            Trzy kobiety. Virginia jest mężatką, ale ma pewne zahamowania w sferze intymnej. Alice to młoda odkrywająca swoje potrzeby kobieta. Cecile natomiast, to dwudziestolatka która bardzo manipuluje mężczyznami. W pewnym momencie życia ich drogi się na krótko zbiegną, ale tylko na krótko, bo film którego są bohaterkami, tak naprawdę opowiada odmienne ich historie.

            Właściwie główna bohaterką filmu "Q" (jakże krótki tytuł - prawda) jest Cecile. I jednocześnie jest najbardziej intrygującą postacią. Bez zahamowań, bez skrępowania, a jednocześnie nie licząca się z uczuciami wystrychniętych na dudka facetów. Cecil jest gotowa poderwać każdego, podniecić go, dać nadzieję, a za chwilę odwrócić się na pięcie i ostentacyjnie sobie pójść. Jednak ta pusta w środku dziewczyna, miota się, tak naprawdę mając nadzieję na znalezienie prawdziwego uczucia.

            Gdy poznaje ona Alice, delikatną, pruderyjną dziewczynę, potrafi zburzyć jej spokój, a jednocześnie umie rozpalić emocje namiętności. Taki tez cel narzuca sobie w stosunku do Virgini.

            "Q" to tak naprawdę zlepek różnych wydarzeń, w których biorą udział kobiety, ale też i młodzi mężczyźni. Życie ich wszystkich jest raczej puste, bez przyszłości. Wszyscy oni żyją z dnia na dzień i dobrze im chyba z tym, ale pewnie do czasu. Jaka będzie ich dorosłość? Nie wiadomo. Ale na szczęście raczej mają małe szanse. To taki obraz trudnego dorastania współczesnej młodzieży francuskiej.

 

            A co z tą pornografią? No cóż. Film o którym Wam właśnie piszę, ociera się wręcz o pornografię. Wielu widzów powie nawet, że nie ociera się, a nią właśnie jest. Gdzie jest prawda, to niech każdy rozstrzygnie we własnym sumieniu, ja w każdym bądź razie informuję, że są tam bardzo odważne sceny erotyczne. I to co parę minut.

            Już sam początek jest zaskakujący. Słuchamy frywolnych rozmów kobiet w łaźni. Kobiety chodzą zupełnie nago, a my oglądamy tylko środkowe partie ich ciał. Sytuacja nawiasem mówiąc powtarza się kilkukrotnie w filmie.

 


            Czy warto obejrzeć? No cóż. Mi się podobał. Jak na taki gatunek filmu to całkiem dobry. Oceniam go więc na 7/10. Ktoś da więcej? Pewnie nie. Sztuki przez duże S jest tu niewiele, ale przecież moje oceny są ocenami zupełnie prywatnymi.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zatrudnianie dzieci, a wolny rynek

piątek, 29 czerwca 2012 22:02

 

Gdy w 1819 roku w Wielkiej Brytanii przyjęto pierwszą ustawę regulującą pracę dzieci w fabrykach, która zakazywała zatrudniania dzieci młodszych niż dziewięć lat, a pracę starszych ograniczała zaledwie do 12 godzin dziennie, krytykowano, że to niedopuszczalna ingerencja państwa w wolny rynek. Zatrudnianie dzieci w fabrykach uważano wtedy za coś naturalnego.(...)
To jest bardzo dobry przykład, bo jeśli ktoś mówi, że jest za pełną swobodą wolnego rynku, warto go zapytać, czy jest także za zatrudnianiem dzieci w kopalniach. Jeśli ten ktoś nie pochodzi z Pakistanu ani z XVIII-wiecznej Europy, zapewne odpowie, że jest przeciw. Więc nie jest tak naprawdę za wolnym rynkiem.

 

Cytat pochodzi z rozmowy Wojciecha Orlińskiego z prof Ha-Joon Chang



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

W kosmosie nie ma uczuć.

piątek, 29 czerwca 2012 21:47

 

            Gdy byłem dzieckiem, moja wiedza o chorobach ograniczała się do grypy i anginy. Wiedziałem jeszcze o bólu głowy, bólu zęba, siniakach na nogach i rękach, ewentualnie lekkich skaleczeniach i otarciach.

            Nie potrafiłem zrozumieć co znaczy ból wątroby, czy trzustki (trzustka może boleć?). Zastanawiałem się, jak może boleć coś, czego się nie czuje? Czegoś co jest w środku?

            Wiedziałem jeszcze, tak po dziecięcemu, co to jest choroba Downa (Zespół Downa). Widywałem takiego chłopca i wiedziałem, że rodzą się czasami takie "chore" dzieci. I na tym właściwie moja wiedza się kończyła. Gdy ja w dzieciństwie chorowałem to nie szedłem do szkoły i kładłem się z gorączką i z książką w ręku do łóżka, najczęściej obłożony przeróżnymi gazetami i z ustawionymi lekami przeciwprzeziębieniowymi obok. Teraz jestem już troszkę starszy i wiem, że chorować można na wszystko. A że można mieć jednocześnie wiele przypadłości jednocześnie, to lekarze wymyślili sobie odpowiednie "zespoły". Na ten przykład mamy wspomniany już wyżej zespół Downa (zespół wad wrodzonych spowodowany obecnością dodatkowego chromosomu 21.)  Zespół Turnera (uwarunkowany genetycznie zespół wad wrodzonych spowodowany całkowitym lub częściowym brakiem jednego z chromosomów X)  Zespół Tourtte`a - to jest ciekawe (wrodzone zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się przede wszystkim występowaniem licznych tików ruchowych i werbalnych ) czy np Zespół Aspergera charakteryzujący się upośledzeniem umiejętności społecznych, trudności w akceptowaniu zmian, ograniczoną elastycznością myślenia przy braku upośledzenia umysłowego.      

 

            Simon cierpi właśnie na ta ostatnią. Sztywno trzyma się swoich zasad. Jego życie to rutyna. Stałe pory posiłków, te same potrawy, te same ubrania. Żyje z zegarkiem w ręku i ze stałym planem dnia. Pracuje w zakładzie oczyszczania miasta (o dziwo) i mieszka ze swoim bratem Samem. Jedyną osobą która go tak nawiasem mówiąc rozumie i do której ma zaufanie. Problem pojawił się jednak gdy Sam poznał dziewczynę, i gdy ta zamieszkała razem z nimi. Miłość braterska, miłością, cierpliwość cierpliwością, ale jak długo można wytrzymać pod jednym dachem z dziwakiem w domu? No i cóż? Dziewczyna odchodzi. Sam się wścieka. Rutyna dnia bierze w łeb, a życie Sajmona sypie się w gruzy. Jego jedynym sposobem na ratunek jest ucieczka w swój zamknięty świat, w kosmos, a realnie mówiąc to.... zamknięcie się w czymś co przypomina beczkę. Tu Sajmon czuje się najbezpieczniej.

            Trzeba jednak jakoś żyć. Sajmon jest chory, ale nie głupi. Wie, że trzeba sprawy jakoś uporządkować. Postanawia więc znaleźć odpowiednią kandydatkę, na dziewczynę Sama. Sporządza więc listę cech potencjalnej wybranki i wyrusza na jej poszukiwanie.   Czy krzyczysz wtedy gdy się kochasz? Takie i tym podobne pytania zadaje napotkanym dziewczynom, aż trafia na tą jedną. Wydawałoby się idealną. Ale przecież miłości nie można sprawić sobie na żądanie. Jak sprawy się więc potoczą, to już będziecie mogli sobie zobaczyć w komedii "W kosmosie nie ma uczuć"

 


            A czy film jest dobry? Czy wart polecenia? Powiem tak. Jest to lekka komedia obyczajowa. Film w jakiś tam sposób przybliżający nam problemy ludzi chorych na zespół Aspergera. Moim zdaniem, odtwórca głównej roli był mało przekonywujący, ale filmowi 6+/10 mogę dać. Dobry na sobotni wieczór we dwoje.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Wilbur chce się zabić.

czwartek, 28 czerwca 2012 8:28

 

            Mój ojciec zmarł, mając czterdzieści kilka lat. Ojciec mojej żony zmarł mając trzydzieści kilka, tylko że w tym przypadku jakby na własne życzenie. Wokół nas, często różni ludzie umierają. Takie jest życie.

            Czasami zastanawiamy się, tak ze sobą rozmawiamy i mówimy, jakie to wszystko jest niesprawiedliwe. Ludzie którzy powinni żyć, którzy mają tak wiele do zrobienia, do dania innym, odchodzą. A darmozjady, pijusy, męty społeczne, żyją i zanieczyszczają ten świat. Ale tak to już jest. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie i chyba nie będzie.

 

            "Wilbur chce się zabić". No właśnie. Ludzie umierają mimo tego że chcą żyć, a Wilbur chce się zabić choć mógłby żyć długo. Dlaczego? Wynika to z jego poczucia winy. Uważa on, że w dzieciństwie przyczynił się do śmierci swojej matki. Od tej pory żyje w ciągłym przeświadczeniu o winie i bezsensu życia. Teraz gdy zmarł jego ojciec, ta chęć się wzmocniła. Wilbur, nie raz już próbował, i to wielu sposobów i nawet mu to dobrze szło, tylko że ma on brata, a ten skutecznie walczy o życie Wilbura.

            Braciom nie wiedzie się za dobrze. Mają oni co prawda, odziedziczony w spadku po ojcu antykwariat, ale ten nie przynosi za bardzo zysków. Trzeba by było włożyć w niego więcej zaangażowania na które nie ma ochoty tytułowy bohater, a Harbor - drugi z braci, nie ma za bardzo czasu bo musi akurat opiekować się przyszłym, niedoszłym czy obecnym samobójcą.

            Od niedawna stale do antykwariatu przychodzi Alic, samotna matka z kilkuletnią córką, ale jednak zamiast coś kupować, ona tylko chce sprzedawać książki, a z tego zysków nie ma przecież. Jedynym, może największym zyskiem jest to, że w Alice właśnie zakochał się Harbor. Biorą więc szybko ślub... No właśnie. Szczęście trwa krótko, a śmierć puka do drzwi. Ale nie dopomina się ona o ironio losu, o Wilbura, lecz o Harbora. W dodatku w Alice zakochał się Wilbur. I sprawa się bardzo gmatwa. Co teraz będzie?

 

            Wilbur to ciekawa postać. Osobnik który powinien pragnąć życia. Młody, podobający się kobietom (nie wiem dlaczego, ale to tak jak Ronaldo - co te baby w nim widzą!?), mający specyficzne poczucie humoru, lubiący i jednocześnie lubiany przez dzieci, kochany w dzieciństwie przez rodziców, mający pracę, a jednak chcący odejść z tego świata. Dużo lepsze powody by chcieć umrzeć ma przecież Alice. Samotna matka, nieradząca sobie z życiem. Lekarz opiekujący się naszym głównym bohaterem, czy też pielęgniarka Sonia, też nie mają życia do pozazdroszczenia, a jednak nie myślą o śmierci.

            Co w końcu Wilbura skłoniło do tego by wziąć się z życiem za bary? To miłość. Miłość do drugiej osoby, poczucie bycia potrzebnym i pewnie odkryta prawda o tym, że śmierć przychodzi do każdego w swoim czasie. I nigdy nie wiemy do kogo przyjdzie pierwsza.

 

 


            Moja ocena filmu to: 7+/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Sztandar chwały i Listy z Iwo Jimy.

środa, 27 czerwca 2012 18:48

 

            Gdy byłem chłopcem, chciałem być żołnierzem. Tak, ja też. A co? Wychowywałem się przecież oglądając bohaterskie wyczyny Janka Kosa i jego przyjaciół, więc jak mogło być inaczej. Inteligentni, dowcipni, odważni, prawi – któż nie chciałby dołączyć do takiego grona ludzi. Wojna, wtedy wydawało mi się, jest walką ze złem. A przecież źli to ci oni, a dobrzy to my. No i co najważniejsze my, dobrzy, sprawiedliwi, w końcu wygrywamy.

            Takie było moje widzenie wojny gdy byłem dzieckiem. Później zrozumiałem, że wojna to płacz, cierpienie, nie dające się naprawić wszelakie krzywdy ludzkie. Wojna to zjawisko w którym bohaterami stają się często bezwzględni zwyrodnialcy mający na rękach krew niewinnych, skromnych, cichych…

            Teraz, będąc już dorosłym, poważnym człowiekiem, wiem również to że wojna to polityka, interes, biznes często powiązany z animozjami jakichś panów w białych koszulach i krawacikach, którzy swoje sprawki załatwiają przy kolacji, czy podczas partyjki golfa. Dla nich śmierć prostego żołnierza czy też dramat jego rodziny, nie mają znaczenia. Oni nie widzą takich rzeczy.

            Dlaczego o tym piszę? A no jakiś czas temu obejrzałem dwa filmy wojenne, pokazujące dramat żołnierzy walczących pod Iwo Jimą. Clint Eastwood, reżyser filmów „Listy z Iwo Jimy” i „Sztandar chwały” dokonał dość ciekawego eksperymentu. Pokazał bowiem wojnę, a raczej wydarzenia wojenne związane z walką o japońską wyspę, z dwóch różnych stron. Z dwóch różnych punktów widzenia. W pierwszym filmie, Japończycy są głównymi bohaterami. Sceny, jak przykładają sobie granaty do piersi, a później giną wychwalając jednocześnie swojego cesarza, robią duże wrażenie. Mocno trzeba było wykrzywić ludzką psychikę, aby tak właśnie się zachowywali. Ważniejszy był dla nich, nieznany im cesarz, niż własna rodzina. Ale czy na pewno?

            „Sztandar chwały” jednak bardziej mi się podobał. Tutaj ciekawie reżyser pokazuje kulisy wojny. To co dzieje się na tyłach frontu. Jak myślą i jak zachowują się ludzie, którzy nie widzieli wroga, i którzy nigdy nie mieli broni w ręku. Bohaterscy żołnierze, bohaterami są tylko na polu bitwy, bo poza nią, są czasami mniej niż przeciętniakami. Nie zawsze potrafią sobie później poradzić z powrotem do życia codziennego.

 

            Polecam te dwa filmy. Oba są warte obejrzenia, ale polecam też je obejrzeć sobie razem. Jeden po drugim. I nie ważne w jakiej kolejności

                                                            


            A ja... No cóż. Ja jednak wolę pokój. Stanowczo wolę pokój.

 


            Oba filmy oceniam na 7/10. Może nawet na 7+



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Dom snów.

wtorek, 26 czerwca 2012 7:36

 

            Z chorobami psychicznymi jest pewien problem. Otóż każdy łatwo rozpozna "wariata", ale to, czy ktoś jest faktycznie chory psychicznie, to już trudniejsza sprawa.

 

            Will Attenton osiągnąwszy sukces zawodowy, postanawia rzucić dotychczasowe życie w wielkim mieście i wyprowadzić się wraz z rodziną na prowincję. Jego żona jest szczęśliwa, że mąż nareszcie nie będzie jedynie gościem w domu, a dwie córeczki są szczęśliwe, że nareszcie będą miały przy sobie ojca. Wszystko wydaje się iść w jak najlepszym kierunku, gdyby nie to, że dziewczynki zaczynają się czuć obserwowane przez kogoś z zewnątrz. Dotyczy to zwłaszcza młodszej. Prawdziwy problem pojawia się jednak dopiero wtedy, gdy Will odkrywa, że poprzedni właściciel domu wymordował całą swoją rodzinę (prawdopodobnie), i właśnie niedawno opuścił zakład psychiatryczny.

            Z wariatami bywają kłopoty. Attenton więc za wszelką cenę chce uchronić swoją rodzinę przed potencjalnym zagrożeniem, nie zdając sobie sprawy z tego, z jakiego kierunku może ono nadejść.

 

            Powiem tak. Jeśli ktoś twierdzi, że "Dom snów" to kiepski film, to gada dyrdymały. Przypomina trochę "Innych"? I co z tego. Jest przewidywalny? Nie za bardzo. Bo gdy wraz z głównym bohaterem odkrywamy prawdę, to mamy do czynienia dopiero z połową filmu, a druga część trzyma w napięciu wcale nie mniej.

            Dobre zdjęcia, dobre kreacje aktorskie, w sumie niezły scenariusz, film trzyma w napięciu i ogólnie mówiąc dobrze się go ogląda. Nie rozumiem więc krytycznych opinii w stosunku do niego. No ale cóż. Każdy ma prawo mieć swoje zdanie.

           

           


            Moja ocena filmu to: 7+/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Kajínek.

poniedziałek, 25 czerwca 2012 11:15

 

            Chyba zawsze Czesi będą mi się kojarzyć ze Szwejkiem. Na pewno jeszcze z piwem, knedliczkami, Krecikiem, Rumcajsem, Jarosławem Haszkiem i Bogumiłem Hrabalem. Z "Kobietą za ladą" i ze "Szpitalem na skaju miasta". Czesi kojarzą mi się z ładnymi kobietami. Z ciepłem wewnętrznym, z odrobina naiwności i pucowatości.

            Nie kojarzą mi się natomiast z kryminałem. Z morderstwami, z przemocą z brawurowymi ucieczkami z więzień. Co to, to nie. Aż trudno więc mi uwierzyć, że mają oni Kajinka. Kto to taki? Co ciekawe, to postać autentyczna. Skazany na dożywocie za morderstwa jakich ponoć się dopuścił. Piszę ponoć, bo Kajinek nigdy się do nich nie przyznał, a w Czechach jest duże grono ludzi którzy wierzą w jego niewinność. Co prawda nigdy nie był on grzecznym chłopcem, ma on sporo na swoim sumieniu, ale ta akurat sprawa jest nader podejrzana.

 

            O niej, czyli o sprawie, o tym co się wokół niej dzieje, jak i o samym przestępcy opowiada film czeski "Kajinek". A co o samym filmie mogę powiedzieć? No cóż. Czesi się starali. Aktor odgrywający tytułową rolę - Konstantin Ławronienko - jest nawet przekonywujący. Penie aby nadać filmowi jeszcze bardziej światowego formatu, zaangażowano do jednej z głównych ról jeszcze jednego obcokrajowca - Bogusława Lindę. Scenariusz też wyszedł całkiem dobry. Z realizacją całości może jest trochę gorzej, bo obraz jest jakoś mało przekonywujący. Tak robiło się filmy dwadzieścia lat temu. Rozumiem, że Czesi zrobili film o swoim rozbójniku. Trochę innym niż Rumcajs, bo ten akurat nikogo nie ma na sumieniu, ale o ich rozbójniku, tym o którym było sporo w lokalnych mediach.

            Czy jednak należy poświęcić czas na Kajinka? Można, ale nie koniecznie. Gdyby za tą robotę wzięli się Amerykanie, mógłby z tego wyjść świetny film sensacyjny, a tak to mamy średnie kino.

 

            Nawiasem mówiąc, prawdziwy Kajinek wygląda bardziej na Czecha, niż ten filmowy. Gdyby jednak nie Ławronienko moja ocena byłaby jeszcze niższa.

 


 

            Moja ocena filmu to: 6/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Pszczoła w sałacie.

niedziela, 24 czerwca 2012 17:24

 

            Pojechałem wczoraj, jak zwykle w sobotę, na targ. Nie na rynek, jak to niektórzy mówią, a na targ właśnie. Rano, tak najbardziej lubię, robię zakupy owoców, warzyw, wędliny czy też pieczywa na najbliższe kilka dni. Kupiłem też i sałatę. Później gdy przyszedłem już do domu, pochowałem co trzeba do lodówki. Wszystko zapakowane i poukładane jak trzeba. To taka mała pomoc z mojej strony dla żony. Gdy ona wstaje z łóżka, najczęściej już wszystko jest kupione, a ja zmywam naczynia. 

            W niedzielę też pomagam. Może nie za dużo, ale w kuchni, podczas szykowania obiadu, trochę się przydaję. Jednym z moich zadań jest, jak w tym przypadku, mycie sałaty. Robię to zawsze bardzo dokładnie. Listek po listku. Każdy biorę w ręce i dokładnie miejsce przy miejscu opłukuję, czyszczę i odrywam nadpsute fragmenty.

            W pewnym momencie patrzę, a w miseczce coś się poruszyło. Dotknąłem palcem, a to... pszczoła. Jak ona to przeżyła? Miska pełna wody. Wszystko porządnie zanurzone, a do tego przecież całą dobę w lodówce. Zwierzę naprawdę miało dużą wolę przeżycia.

            Na listku sałaty, delikatnie wyciągnąłem ją z wody, przeniosłem do okna, a ona myk i odleciała. Niech żyje. Pszczół nie zabijam. Nigdy. No, chyba że przypadkiem. Jeżeli jakaś zabłąka się i wleci do mieszkania, zawsze delikatnie wyganiam ją na zewnątrz, otwierając szeroko okno. Pszczoły należy szanować i trzeba umieć odróżniać je od os. Ale to już wyższa szkoła jazdy.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Synu, synu, cóżeś ty uczynił?

sobota, 23 czerwca 2012 10:20

 

            Orestes (gr. Ὀρέστης Oréstēs) – w mitologii greckiej syn Agamemnona i Klitajmestry, który pomścił ojca, zabijając matkę (jego morderczynię) i jej kochanka. Morderstwo matki ściągnęło na Orestesa erynie, które doprowadziły go do obłędu.

            Orestes zabija swoją matkę za pomocą miecza.

 

            Tyle mitologia. A wspominam o tym, bo właśnie niedawno obejrzałem sobie film "Synu, synu, cóżeś ty uczynił?" Brad McCullum powróciwszy z podróży po Peru, nie bardzo potrafi sobie ułożyć życie. Wyjechał tam z grupą przyjaciół, by wziąć udział w spływach rzecznych. Jednak on doznawszy boskiego objawienia w ostatniej chwili rezygnuje z udziału w tej przygodzie życia. Ostrzega wszystkich, że planowany wyczyn może skończyć się śmiercią wszystkich. I tak też się staje.

            Brad wróciwszy do domu przechodzi pewnego rodzaju przemianę. Każe nazywać się Faroukiem i zaczyna poszukiwać Boga. Za normalnego, starają się go uważać, jego narzeczona i oczywiście nadopiekuńcza matka. On jednak popada w coraz większy obłęd. Gdy jako aktor w amatorskim teatrze zaczyna grać Orestesa, rola ta pochłania go całkowicie, czego efektem jest matkobójstwo jakiego się dopuszcza.

            Film Wernera Herzoga, to trudne kino. Miłośnikom polskich telenowel, raczej się nie spodoba. Jednak jeśli ktoś lubi filmy Lyncha, to ten akurat obraz mu się z pewnością bardzo przypadnie do gustu. Nierzeczywisty świat, przerysowane postacie, absurdalne sceny, wszystko to jest właśnie w tym niemiecko-amerykańskim filmie. Dla miłośników sztuki filmowej to prawdziwa gratka. Bo jest tu wszystko. Miłość, zachłanność, morderstwo, szleństwo... Trzeba umieć jednak dobrze patrzeć. Z uwagą i cierpliwością.

 


 

            Moja ocena filmu to: Mocne 7/10

 

Sitny plakat! Prawda?




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Epidemia strachu.

czwartek, 21 czerwca 2012 19:57

 

            Tak sobie czasami myślę, że życie ludzkie jest bardzo kruche. Ale nie mam tu na myśli życia konkretnego człowieka. Myślę o całej ludzkości. Dziś żyjemy, jesteśmy panami planety, a jutro może nas już tu nie być. I nie jest to chyba żadną przesadą.  Wystarczy jakiś globalny kataklizm, czy chociażby pandemia.

            W latach 1918/1919 zwykła grypa potocznie zwana "hiszpanką" pochłonęła od 50 do 100 milionów ofiar. Zachorowało na nią około 500 milionów ludzi co stanowiło 1/3 całej ludzkości.

 

 

 

            Film "Epidemia strachu" to taki film w którym od samego początku do końca wiadomo co się będzie działo. Ludzkość zaatakował nowy, zmutowany wirus na którego nie ma szczepionki. Rozprzestrzenia się on drogą kropelkową i przez dotyk osób zakażonych. Szybki okres jego rozwoju prowadzi do masowej śmierci ludzkości na całym świecie. Grupa lekarzy walczy z czasem by jak najszybciej znaleźć antidotum.

            Można by jeszcze powiedzieć, że mamy tu przegląd różnych zachowań ludzkich w obliczu zagrożenia. To wszystko. Czy warto więc obejrzeć film którego treść się zna?

            Odpowiem, że tak. Film dość realistycznie  bowiem oddaje to, co tak naprawdę może się nam przydarzyć w każdej chwili. Nawet główni bohaterowie (tak, tak) umierają w nim niespodziewanie.

            Mimo swojej przewidywalności film trzyma w napięciu i moim zdaniem jest jednym z lepszych, opowiadających taki właśnie temat.

 

 


            Moja ocena filmu to: 7/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Choroby na sprzedaż.

środa, 20 czerwca 2012 18:05

 

            Powiem Wam, że jestem przeciwnikiem refundacji lekarstw. Wiem. Z pewnością od razu spotkam się z niezrozumieniem. To co? Mamy umierać bo nie mamy pieniędzy! Od razu zawoła wielu ludzi. Toż to niesprawiedliwe! Ja jednak myślę inaczej.

            Jeżeli ja choruję i lekarz wypisuje mi receptę z lekami refundowanymi, to tak naprawdę kto płaci tą różnicę jak nie ja sam? Przecież "państwo" które pokrywa różnicę, pieniądze te wzięło ode mnie.  Tylko, że wcześniej i w ratach. Wzięło ode mnie, od ciebie i od ciebie też. Teraz wszyscy składamy się tylko po to by... No waśnie. By co? By pacjent był zadowolony? Nie. Nie prawda. Chodzi tylko o zyski firm farmaceutycznych.

            Firmom tym nie opłaca się dbać o to, by cena lekarstw była jak najniższa, bo przecież "państwo" dopłaci. Firmom zależy na utrzymywaniu wysokich cen, bo przecież z tego biorą się ich szybkie zyski. Po co więc zwiększać produkcję, obniżać koszty, starać się, jak można uzyskać wiele, niewiele dając w zamian.

            Biznes medyczny, to świetny biznes.

 

 

            Jakiś czas temu, w programie Canal+, można było obejrzeć film dokumentalny "Choroby na sprzedaż". Czy wiecie może, co to jest Dysforyczny zespół przedmiesiączkowy? To ciekawe, ale to taka choroba... której nie ma. Oczywiście ludzie na nią "chorują", lekarze ją leczą, ale tak na prawdę , jest to jedna wielka ściema.

            Na zespół przedmiesiączkowy "choruje" większość kobiet w okresie przedmiesiączkowym. Jest to jednak stan naturalny. Zawsze tak było.

 

 

 

            Grupy farmaceutyczne dążą do poszerzania kryteriów rozpoznawania chorób i wydłużania czasu ich leczenia, a przede wszystkim do zmiany definicji chorób. Czemu tak robią? Oczywiście dla pieniędzy

 

            Czy rzeczywiście mamy za duże ciśnienie, za duży poziom cholesterolu? Zastanówmy się. Poziom cholesterolu czy ciśnienia dwudziestopięciolatka to nie jest norma dla pięćdziesięciolatka.

 

            Problemy z potencją, prostatą, czy depresją. Wzdęcia, różnego rodzaju dolegliwości bólowe. Wszystko to można "leczyć". Czy jednak na prawdę mamy do czynienia z chorobami?

 

             Na przykład choroba afektywna dwubiegunowa. To zwykłe wahania nastroju. To żadna choroba a normalne zachowanie normalnego człowieka. A czy wiecie, że ustanowiono nawet typy tej "choroby". Choroby której nie ma. Są natomiast na nią lekarstwa, za które się słono płaci. Aptekarze Ci je sprzedadzą. Lekarze zalecą Czy jednak naprawdę są nam niezbędne do życia?

 

            No cóż. Bez lekarstw niektórzy już nie potrafią żyć. U mnie w domu, apteczka się nie domyka, a pomyśleć, że gdy ja byłem dzieckiem, to moi dziadkowie nie mieli nawet termometru w domu.

 

 


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (12) | dodaj komentarz

Janusz Kapusta

wtorek, 19 czerwca 2012 18:46

 

            Któregoś dnia, oglądając jakiś program w telewizji, padło nazwisko Janusza Kapusty. Kto on? Nie miałem pojęcia. Usłyszałem jedynie, że to jakiś rysownik charakteryzujący się nietypową kreską i publikujący w miesięczniku "Plus Minus".

            Moja niewiedza nie jest w tym temacie pewnie niczym nadzwyczajnym, ale ja, ciekawski wszystkiego zacząłem szukać w internecie, bo od czegóż go mam i... I znalazłem między innymi to:

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Czy zasługujesz na swoje zarobki?

niedziela, 17 czerwca 2012 21:01

 

            Dziwicie się, że nasi przegrali na tych mistrzostwach? Ja nie. Powiem tak. Krótko. Jeżeli ktoś, będzie płacił mi 150000zł miesięcznie, przez prawie trzy lata i do tego będzie mi płacił, bez względu na wynik mojej pracy, to co mi będzie zależeć na jej jakości.

            Jakkolwiek ją wykonam, dobrze czy też źle, w sumie dostanę prawie 5 milionów. Pieniądz nie do pogardzenia. Biorąc pod uwagę fakt, że są tacy co to na 150000 muszą pracować 8 lat, to taki miesięczny zarobek jest szokujący.

            Z całym szacunkiem, ale nie mam pojęcia, za co to się płaci takie pieniądze? Dla porównania, gdy swoje zarobki podaje premier, minister, czy nawet prezydent RP, to są to kwoty dziesięciokrotnie mniejsze. Czy naprawdę, przy zerowej odpowiedzialności za pracę, powinno się płacić aż tyle?

            Ktoś powie, to przecież nie z twojego portfela idzie! Może, i nie. Ale czy moralnie uzasadnione są takie zarobki? Jak dla mnie, to skandal. A co Wy na ten temat sądzicie?

 

            Swoją wiedze na temat tych zarobków zaczerpnąłem ze strony http://babol.pl/kat,1025465,wid,14580662,wiadomosc.html?_ticrsn=5&ticaid=6ea5b


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Bez tchu

sobota, 16 czerwca 2012 16:44

 

            Kiedyś uważałem, że z każdym można się dogadać. Z każdym można dojść do porozumienia. Uważałem człowieka za istotę rozumną. Z wiekiem jednak doszedłem do spostrzeżeń mówiących o tym, że są jednostki, które należy omijać szerokim kołem. I najlepiej, żeby one nawet nie wiedziały o naszym istnieniu.

            Zdarzają się ludzie pełni agresji. Tacy, których do bójki może sprowokować wszystko. Nieważny powód, bo każdy jest dobry, by Ci przyłożyć. By Cię opluć, czy przynajmniej naubliżać Ci.

            Skąd to się bierze? Nie mam pojęcia, ale myślę, że powodów może być sporo. Każdy przypadek chyba jednak bierze się z dzieciństwa. Osobiście uważam, że nasze dzieciństwo, ma na nas decydujący wpływ.

 

             Sang-Hoon to chodząca na dwóch nogach agresja. On każdego musi uderzyć. Każdego spoliczkować, a przynajmniej obrzucić stekiem najgorszych wyzwisk. Dla niego nie ma świętości. Szacunek jedynie czuje do swojego pracodawcy, Man-Sika, który jest chyba jego jedynym przyjacielem, jeżeli o przyjaźni w ogóle może być tu mowa. Sang-Hoon ma jeszcze słabość do swojego kilkuletniego siostrzeńca, ale i tak za każdym razem musi go trochę potarmosić, nakrzyczeć na niego czy choćby pieszczotliwie, ale uderzyć w twarz.

            Każdy musi z czegoś żyć, więc i nasz bohater filmu "Bez tchu" - pracuje. Czy można nazwać to pracą, sami możecie ocenić, ale nie w tym rzecz. Sang jest... windykatorem. Jak to ładnie brzmi. Ale tak naprawdę, to wchodzi on do domu dłużnika i tak długo go leje, aż ten odda pieniądze. Sang jest dobry w tym co robi, choć na takiego nie wygląda. Do wyglądu Rockiego mu daleko, ale nadrabia to agresją, brakiem zahamowań, brakiem skrupułów itd. Może on się nająć do każdej bójki, rozróby, wszędzie tam gdzie dochodzi do przemocy fizycznej, a gdzie można coś zarobić, on pójdzie. Pieniądze najczęściej wyda na hazard i alkohol, ale też i sponsoruje on nimi trochę swoją siostrę. To jego najbliższa rodzina. Ma on jeszcze co prawda ojca, który niedawno wyszedł z więzienia (opowiadać o ojcu nie będę, sami obejrzyjcie kto on), ale ojca leje niemiłosiernie nie mając dla niego żadnych skrupułów.

            Życie jakie wiedzie Sang, nie może go doprowadzić do niczego dobrego i tak też jest w filmie. Jego los jest krótki i z góry wiadomo czym się zakończy. Ale w miarę oglądania filmu zaczynamy trochę czuć sympatię to tej ludzkiej bestii. Udało mu się bowiem w pewnym momencie poznać dziewczynę (wyjątkowo dziwny sposób nawiązywania znajomości). Udało mu się poczuć współczucie do ojca, do tego pozytywne nastawienie do siostry, siostrzeńca i jedynego przyjaciela przez chwilę daje nadzieję na to, że i taki człowiek mógłby stać się wartościową jednostką. W co ja akurat osobiście nie wierzę.

            Człowiek nasiąknięty przemocą, umiejący jedynie biciem rozwiązywać swoje problemy, nie potrafiący dostrzec w innym człowieku istotę cierpiącą nie jest przystosowany do życia w społeczeństwie. Ktoś taki, będący już dorosłym, nie zmieni się. Na chwilę może on założyć maskę zwykłego człowieka, ale wystarczy najdrobniejszy powód. By znowu wrócił do swojego zachowania.

 

            Koreański film "Bez tchu" to specyficzne kino. Na pewno nie dla wszystkich i z pewnością jedynie dla widzów dorosłych. Jak już wspominałem przemoc jest tu widoczna na każdym kroku, ale jest tu i też ciekawa analiza głównego bohatera. Film typowo azjatycki i miłośnikom takiego kina na pewno się bardzo spodoba. Dużo krzyków, wrzasków i traktowania wszystkich wokół z góry.

 


 

            Moja ocena filmu to: 8/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Dylematy Agaty

piątek, 15 czerwca 2012 8:22

 

            W każdą niedzielę, zawsze o godzinie 13:30, wraz z żoną słuchamy radiowego słuchowiska "W Jezioranach". Robimy to od wielu lat. Przed niedzielnym obiadem "zaglądamy" do rodziny Jabłońskich i do ich przyjaciół, sąsiadów, czy też znajomych.

            Jedną z bohaterek słuchowiska jest Agata. Dziewczyna, a teraz to już właściwie kobieta, która pracuje jako pomoc domowa u pani doktor Półtorakowej. Agata miała kiedyś romans z synem pani doktor, romans który skończył się niechcianą ciążą i poronieniem, a później ogólną tragedią, ale teraz wszystko wróciło do normy. Agata nadal pracuje tam gdzie pracowała (co innego można sobie znaleźć w okolicy?), jej pracodawczyni traktuje ją dobrze i z cierpliwością, a kochliwy synalek pracuje gdzieś daleko i w domu bywa tylko od święta.

            Jakiś czas temu Agata poznała chłopaka. Oboje przypadli sobie do gustu, ale w miarę bliższego poznawania się, chłopak zauważył, że ona jakoś stara się unikać Krzyśka, czyli syna pani doktor. Dlaczego? To właśnie go zaintrygowało. Dopytywana Agata w końcu postanowiła ze wszystkiego zwierzyć się. Opowiedziała więc jak to wszystko było i czym się zakończyło.

            Jak myślicie, jaka była reakcja chłopaka? Odpowiedź na to pytanie raczej nie jest trudna. Można było się spodziewać takiej reakcji. Otóż wyszedł on z domu, mówiąc że musi to sobie wszystko przemyśleć. Zaskoczony był totalnie, ale wcale mu się nie dziwię. Taka wiadomość musiała być dla niego szokiem.

            Natomiast ciekawy jestem jego dalszego postępowania. Czy ochłonąwszy sprosta wyzwaniu i okaże się mężczyzną? Czy miłość do kobiety okaże się silniejsza niż uprzedzenia i wstyd przed plotkami? Nie wiem jak to obmyślili sobie twórcy słuchowiska, ale myślę sobie, że prawdziwy mężczyzna nie zwraca uwagi na to co mówią inni i zawsze idzie swoją drogą, za radą rozumu oczywiście.

 

            Z drugiej strony, w takich sytuacjach, zawsze zadaję sobie pytanie, czy należy drugiemu człowiekowi mówić wszystko? Nie. Nie chodzi mi o okłamywanie, ale mówienie o swoim życiu, o swoich potrzebach, poglądach, uczuciach, sekretnych myślach itd. Czasami można sobie na takie ryzyko pozwolić, ale chyba trzeba bardzo uważać. Gdy ma się do czynienia z mądrym, inteligentnym, wyrozumiałym człowiekiem, można więcej. Gdy natomiast mamy do czynienia z mądrym inaczej, to uważajmy. Lepiej wtedy ugryźć się w język i przemilczeć i zapomnieć i...

 

             W takich sytuacjach zawsze przychodzi mi na myśl moje ulubione przysłowie - "Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć". Zapamiętajcie je. Często przydaje się w życiu.

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

niedziela, 24 września 2017

Licznik odwiedzin:  5 127 209  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 5127209
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 13198
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3507 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl