Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 236 426 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Pierrepoint: Ostatni kat

wtorek, 31 sierpnia 2010 16:11

 

            Jaki zawód, chcielibyście wykonywać? Ja, chciałem być prawnikiem, lub przyrodnikiem. Cokolwiek miałoby oznaczać to drugie. Zazdroszczę takiemu Davidowi Attenborough. Ten to miał życie. Podróżuje, zwiedza, ogląda najpiękniejsze miejsca na Ziemi. Robi to, co kocha i jeszcze mu za to dobrze płacą.

            A jakiego zawodu nie chcielibyście wykonywać? To pytanie pewnie jest trudniejsze od poprzedniego. Ja nie chciałbym pracować w kanałach. Co jeszcze? Pewnie jest wiele takich zawodów, ale to pozostawmy do innej dyskusji.


             Albert Pierrepoint w okolicy znany jest z tego, że dostarcza do sklepów warzywa. Jednak ma on pewne ambicje. Chciałby pójść w ślady swego ojca i wuja. Chciałby kontynuować rodzinną tradycję. Marzy o tym, by zostać... katem.

             Albert Pierrepoint to postać autentyczna. Swoją karierę zawodową rozpoczyna w Londynie w 1932 roku. Miał okazję powiesić ponad 600 osób. Swego rodzaju żniwa, miał po II wojnie światowej, gdzie przyszło mu wykonywać wyroki na nazistach.

            Wydawałoby się, że człowiek wykonujący taką profesję, musi mieć poniekąd zwichrowaną psychikę. Ale Albert do tego co robi podchodzi bardzo profesjonalnie. Nie interesują go powody skazania. Nie wnika w to, czy człowiek jest winny, czy też nie. On ma wykonać swoją robotę i robi to profesjonalnie. Tak by skazaniec, jak najmniej się męczył. Później obmywa go i układa do trumny. On już zapłacił za swoje czyny. Teraz należy mu się godny pochówek. Tak twierdzi Pierrepoint i idzie spać. Ze snem, nigdy nie ma problemów.

            Stojąc na progu swojej kariery, nikt nie wiedział, czym się on zajmował. Jednak po powojennych procesach i skazaniach, stał się on znaną postacią. Znaną i szanowaną. Przyszły jednak w pewnym momencie inne czasy. Ludzie zaczęli domagać się zniesienia kary śmierci, czego nasz bohater nie mógł zrozumieć. Społeczeństwo, więc zaczęło się od niego odwracać. Jednak wydarzeniem, które doprowadziło Pierrepointa do wstrząsu psychicznego, a co za tym idzie, do rezygnacji z zawodu, była chwila, gdy musiał powiesić człowieka, którego dobrze znał. Tu można było dostrzec prawdziwy dramat jego zawodu.


 

            Moja ocena filmu to: Koniecznie trzeba obejrzeć 8,5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Mit zbitej szyby

poniedziałek, 30 sierpnia 2010 20:58


 

I jeszcze coś ładnego. Na deser

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

1956 Wolność i Miłość

niedziela, 29 sierpnia 2010 21:00


            Ilu to odważnych ludzi można dziś spotkać na każdym kroku. A to słyszymy o kibicach z Bydgoszczy, którzy zdemolowali swój stadion. Przeciwstawili się prowokującym ich policjantom. Założyli kominiarki (pewnie po to by móc się w tłumie nawzajem rozpoznać) i rozwalili ławki, ogrodzenia i niejedne drzwi. Przynieśli ze sobą maczety, noże a nawet siekiery. To tak dla obrony własnej. Przypuszczalnie przed agresywnymi policjantami.

            A to znowu słyszymy, jak pewien dwudziestoośmiolatek, w biały dzień, w środku miasta, tak skopał siedmiolatka, że ten znalazł się w szpitalu ze złamaną nogą i ręką. A co będzie gówniarz przechodził po pasach! I jeszcze piłkę upuścił. Bezczelny. A tu przecież prawy kierowca ( zatrzymał się na czerwonym świetle) i jak zobaczył takiego szczyla to musiał nauczyć go respektu.

            Innym razem czytam jak młody człowiek poturbował swoją babcię. Starowinka nie chciała go wpuścić do domu. A on przecież tylko wracał ze swoim kumplem, ze wspólnej popijawy. Nic wielkiego. A ona co? Myśli że może się rządzić we własnym domu?

            Odważną mamy dziś młodzież. Odważną. Można by mnóstwo przykładów na to podawać. Ale czy kiedyś było inaczej?

            Historycznie rzecz biorąc może i tak samo. Tylko że kiedyś odwaga przejawiała się w innych trochę momentach. Nikt nie bił się z babcią, ani z siedmioletnim szczylem. A ten kto śmiał przeciwstawiać się władzy, był jej dobrze znanym i zawsze musiał liczyć się z konsekwencjami.


              Polska powojenna, jak i cała wschodnia Europa były pod władzą Moskwy. Wszystkie rządy „niezależnych" krajów były obierane z akceptacją władz Radzieckich. I nie było takiej możliwości, aby ktoś mógł się temu sprzeciwić. Każde niezadowolenie było tłumione w zarodku. Stalin niepodzielnie władał nie tylko Związkiem Radzieckim, ale i wszystkimi krajami ościennymi. Jednak Słowianie to lud niepokorny i długo nie potrafią nosić zarzuconego im jarzma. W 1956 roku, już za Chruszczowa, w Poznaniu doszło do manifestacji przeciwko nadużyciom władzy i bezduszności administracji. Wkroczyło wojsko. Byli ranni, ale nie zabici. Manifestacje te jednak przyczyniły się do wybuchu zbrojnego powstania na Węgrzech. Tam w Budapeszcie, lud stanął z bronią w ręku przeciwko ciemięzcom. Wkroczyło wojsko i polała się krew. Czołgi niszczyły miasto, a żołnierze bezlitośnie strzelali do ludności cywilnej. Toczyła się regularna wojna.

            Piszę o tym, nie bez przyczyny. Właśnie obejrzałem sobie film pt „1956 Wolność i Miłość". I jestem naprawdę pod dużym wrażeniem tego obrazu. Nie wiele mogę powiedzieć o historii Węgier. O wydarzeniach tego jednak roku, roku 1956 słyszałem. Filmu jednak o tamtym okresie żadnego nie oglądałem. Jak dotąd. A tu taka perełka.

             „1956 Wolność i Miłość" opowiada o młodych ludziach, węgierskich studentach, którzy przeciwstawili się władzy radzieckiej. Wywołali powstanie i na ulicach Budapesztu walczyli o wolność. Jak wiemy z historii, powstanie to zostało brutalnie stłumione. Oczywiście mamy w filmie i wątek miłosny. Bez tego nie mogło się obyć. Młoda studentka, jedna z przywódczyń rozruchów zakochuje się z wzajemnością w sportowcu. A sport w tej opowieści ma wielkie znaczenie. Mało kto bowiem wie, że w tamtym roku Węgrzy mieli mistrzowską drużynę w piłce wodnej.

            I od meczu piłki wodnej zaczyna się właśnie film. Od meczu reprezentacji Węgier i CCCP. Obie drużyny grają w Związku Radzieckim. Mecz jest ustawiony. I wygrywają go gospodarze. Do rewanżu ma dojść na Igrzyskach Olimpijskich w Melbourne. I dochodzi.

            Dwa dramaty. Dwa pojedynki. Dwie walki. Jedna dziejąca się w stolicy Węgier, gdzie leje się krew niewinnych ludzi i druga, na olimpijskiej pływalni w dalekiej Australii.



 

            Moja ocena filmu to mocne: 8/10



            Dla chętnych, to film można obejrzeć tutaj.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Moon i Pandorum

sobota, 28 sierpnia 2010 21:30


            Kiedyś uwielbiałem coś, co nazywamy w skrócie sf. Filmy, książki, opowiadania, malarstwo, wszystko to chłonąłem bez umiaru. Gdy dorosłem, trochę mi przeszło, lecz sentyment pozostał chyba na zawsze. Gdy więc zasiadam do obejrzenia jakiegoś filmu sf mam nadzieję na coś ciekawego. Ostatnio jakoś trafiałem jednak na pozycje niezbyt mi odpowiadające. Może się postarzałem, a może mam za duże oczekiwania. Teraz jednak jestem zadowolony z tego, co zobaczyłem.

            Przyszłość. Ziemianie, jeszcze niedawno borykali się z problemami dotyczącymi braku energii. Teraz jednak dzięki nowej technologii nauczyli się wydobywać Helium 3. Paliwo dla ziemskich elektrowni produkujących czystą ekologicznie energię. Problem jednak w tym, że to paliwo można wydobywać jedynie na naszym Księżycu. Ale nic to. Mamy przecież przyszłość, więc i nowe technologie, nowoczesny sprzęt i odpowiednio przygotowanych pracowników. A właściwie jednego pracownika, bo aby obsługiwać cały proces wydobywczy wystarczy tylko jeden człowiek. Jest nim Sam Bell. Poznajemy go w momencie, gdy akurat jego trzyletni kontrakt dobiega końca. Sam, cieszy się, że już niedługo będzie mógł powrócić na Ziemię, do swojej żony i małej córeczki. Dokucza mu samotność, to widać. Jego jedynym towarzyszem, bowiem jest robot Gerty, a utrzymać równowagę psychiczną pozwalają mu jedynie transmisje satelitarne z rodziną na Ziemi.

            Pewnego razu jednak Sam, w trakcie wyjścia poza bazę, ulega wypadkowi. Później budzi się w ambulatorium. Niewiele pamięta z tego, co zaszło. Jednak wszystko wraca do normy. Wydawałoby się, że nic się nie zmieniło jednak Sam podczas następnego wypadu poza bazę znajduje... człowieka, i przynosi go do środka. Kim jest ten człowiek? Jak się tu znalazł? Co on tu robi? Czy przeżyje?

             I tu zaczyna się akcja filmu "Moon". Chociaż tak naprawdę to mimo powolnego tępa jest ona zauważalna cały czas. Ja się ani przez moment nie nudziłem. Film wciągał mnie od samego początku. A zasługą tego była pewnie i fenomenalna ścieżka dźwiękowa, i zdjęcia i, dobry scenariusz.

            Ciekawostką jest to, że tak naprawdę to mamy tu do czynienia z filmem jednego aktora. Pozostałe postacie pojawiają się jedynie na moment i są prawie niezauważalne.

 

 

 

 


            Moja ocena filmu to: 8,5/10






            I jeszcze jeden film sf. I też, tym razem akcja dzieje się na statku kosmicznym. Gdzieś w dalekiej przyszłości, gdy ludzkość boryka się z niebywałym przeludnieniem, brakiem wody i pożywienia, postanowiono wysłać dużą grupę ludzi na nowo odkrytą planetę z misją zasiedlenia jej. Ma to być metoda na przetrwanie gatunku ludzkiego. Taka nowoczesna Arka Noego.

            Akcja filmu zaczyna się, gdy z kapsuł hibernacyjnych budzi się do życia dwoje astronautów. Na początku nie bardzo wiedzą gdzie się znajdują i co tutaj robią. Jednak pamięć im po chwili zaczyna powracać. Wiedzą, że mają misję do spełnienia, że są na statku kosmicznym, i że lecą od wielu, wielu lat. Ale coś poszło nie tak. Okazuje się, że jest tu jeszcze ktoś. Ktoś, a może coś. To jakieś humanoidalne istoty. Groźne, krwiożercze, niebezpieczne.

            Astronauci znajdują się, więc w niewesołej sytuacji. Ostatnie informacje pochodzące z Ziemi, mówią, że życia już tam nie ma. Im samym, grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, a statek na którym się znajdują zaczyna szwankować.

            Z pomocą pojawiają się jednak i inni ludzie. Już wcześniej z niewyjaśnionych przyczyn zostali przywróceni do życia. Lepiej są więc zadomowieni na statku i lepiej wiedzą czego można spodziewać się po zmutowanych potworach.

             Film „Pandorum" robi wrażenie przez pierwsza połowę. Tajemniczy, mroczny, przykuwa uwagę widza. Mi, bardzo w swojej wymowie przypominał Obcego z Nostromo. Zamknięty teren i walka z obcym wrogim stworzeniem. Później trochę mnie przytłoczył swoim klaustrofobicznym obrazem. Ale ogólnie mówiąc, dla tych, którzy lubią horrory sf to pozycja obowiązkowa.

 

 

 

 

 


            Moja ocena filmu to: 6,5/10

 

 

 

            Na TVP2 leci jakiś koncert. Ależ straszne nagłośnienie. Telewizja publiczna, a taki bubel.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Płaszczaki

piątek, 27 sierpnia 2010 23:34


            O płaszczakach słyszałem już ze dwadzieścia, albo i więcej, lat temu.
W Wikipedii piszą na ich temat to:


Płaszczak – popularnonaukowa nazwa oznaczające istoty istniejące w przestrzeni dwuwymiarowej (np. na płaszczyżnie lub powierzchni kuli).

Płaszczaki widzą tylko dwa wymiary: długość  orazszerokość; nie mogą zobaczyć wysokości, będącej trzecim wymiarem. Przykładowo płaszczak nie może skonstruować sześcianu, ponieważ ta bryła oprócz długości i szerokości posiada jeszcze wysokość, która jest dla płaszczaka niewyobrażalna. Analogicznie ludzie – jako istoty trójwymiarowe – nie mogą sobie wyobrazić czwartego wymiaru.

Po raz pierwszy tematykę życia na płaszczyźnie poruszył angielski teolog i znawca literatury Edwin Abbott w 1884, w swojej książce pt.Flatlandia, opowiadającej o krainie figur geometrycznych znajdującej się w drugim, płaskim wymiarze. Powieść bardzo szybko zdobyła fanów i również szybko pojawił się temat "ludzi" zamieszkujących świat płaszczyzny – płaszczaków.

Tematyką płaszczaków zajmował się m.in. Amerykanin Alexander Dewdney, który pod koniec lat 70. XX wieku opublikował szereg prac, w których udowodnił, że rzekomy świat płaszczyzny może naprawdę istnieć. Pisał również o jego mieszkańcach, opisując chociażby ich wygląd, przystosowany do płaszczyzny. I tak:

  • płaszczak, jeżeli ma dwoje oczu, musi mieć po obu stronach głowy – wtedy nie można go niespodziewanie zajść od tyłu;
  • płaszczaki nie mogą również mieć ludzkiego układu pokarmowego, ponieważ mogłyby być niespodziewanie rozerwane na dwie części;
  • płaszczaki nie mogą korzystać z noża przy krojeniu czegoś, np. chleba;
  • nie mogą normalnie, jak ludzie, jeść zupy łyżką, ponieważ nie mogą jak my przesunąć ręki w swoją stronę.

Jacek Lech w posłowiu do polskiego wydania Flatlandii (Gdańsk 1997) przedstawia dalsze wnioski:

  • Płaszczaki mogą jednak użyć łyżki z dwoma zagłębieniami i noża w formie klina.
  • W przeciwieństwie do tego, co sugeruje Abbott, płaszczaki nie powinny mieć kłopotów z widzeniem przestrzennym, o ile mają dwoje oczu z jednej strony głowy. Mogłyby też mieć jedno oko na szczycie głowy. Jeżeli mają jedno oko "z przodu", mogą patrzeć tylko w lewo lub w prawo. Mogłaby to być cecha rozróżniająca mężczyzn i kobiety.
  • Płaszczaki nie mogą się mijać na powierzchni planety. Muszą się przeskakiwać albo budować specjalne przejścia.

            A to film przybliżający nam te niesamowite... istoty:

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Opór

czwartek, 26 sierpnia 2010 23:36


            Mój dziadek pochodził ze wschodu. Z terenów, które w chwili obecnej są Ukrainą. Pamiętam, jak opowiadał mi kiedyś, że pewnej niedzieli wybrał się do kościoła. A były to czasy wojny. Zima. Szedł do kościoła, a tu zaczepił go pewien sąsiad. Ukrainiec. I zaczął namawiać go na wódkę. Robił to bardzo usilnie. Stanowczo. A że zima i mróz niemiłosierny, a dziadek za koszulę wódki nie miał w zwyczaju wylewać, to też dał się namówić. Posiedział tam z pół godziny no i spóźniony wyruszył jednak na mszę.

            Jakież było jego zdziwienie, gdy naraz zobaczył płonący kościół. Ukraińscy żołnierze współpracujący z Niemcami, podpalili „Dom Boży" zamykając wcześniej w środku przybyłych tam ludzi.

            Dziadkowi uratowała życie wódka, albo sąsiad, który nigdy się nie przyznał do tego, że wiedział wcześniej o planowanej akcji podpalenia kościoła.

             Film „Opór" opowiada o trzech braciach Bielskich, którzy na kresach wschodnich zorganizowali żydowską partyzantkę walczącą z Niemieckim okupantem i współpracującymi z nimi Ukraińskimi faszystami.

            Nie znam się tyle na historii, by móc oceniać Bielskich i ich działalność. Ale mój dziadek, nigdy nie miał dobrego zdania na temat tamtych ludzi, którzy nosili broń za pasem.


 

 

 


       

             Moja ocena filmu to: 5,5/10


 


            „Warto rozmawiać". Pospieszalski poświęcił temat swojego ostatniego programu, krzyżowi przed Pałacem Prezydenckim. Wśród zaproszonych gości był mój ulubieniec, Jan Hartman. Jedyny który wypowiadał się rozsądnie. Reszta to fanatycy. Nawet publiczność jest odpowiednio dobierana. Jak za komuny.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Kobieta w Berlnie

środa, 25 sierpnia 2010 9:09

           

             Jest rok 1945. Wojna dobiega końca. Do Berlina wkraczają Rosjanie. Niemieccy żołnierze już uciekli, albo walczą w innych częściach miasta. Tu gdzie my jesteśmy, pozostali jedynie starcy, dzieci i kobiety. I o kobietach właśnie jest film produkcji niemiecko-polskiej „Kobieta w Berlinie".

            Cóż mogła robić w tamtych czasach i w tamtym miejscu kobieta? Przede wszystkim mogła starać się by przeżyć. Wojna jeszcze trwa, choć widać jej rychły koniec, a przeżyć każdy następny dzień jest coraz trudniej. Brak jedzenia, groza utraty życia i to obce wojsko. Prości, brutalni i odpychający Rosjanie. Żądni zemsty i... kobiet.

            Marta Hillers jest postacią prawdziwą. Film został nakręcony na podstawie jej pamiętników z tamtego okresu. Marta jest dobrze wykształcona. Jest, a raczej powinno się powiedzieć - była, dziennikarką. Zna kilka języków. Ma klasę. Ale ile to wszystko jest warte w danej chwili. Teraz liczy się przecież tylko to, by nie umrzeć.

            Jedynymi, którzy posiadają jedzenie są Rosjanie, a oni, to wyposzczone chłopy. Marta więc jak i inne kobiety często jest gwałcona i poniżana. Postanawia ona jednak zadbać o siebie. Szuka i znajduje protektora. Jest nim major Andreij Rybkin. To szycha. Może wiele. Dzięki niemu, nasza bohaterka i paru jej znajomych może teraz poczuć się trochę bezpieczniej. Choć trochę. No i oczywiście może zaspakajać swoje podstawowe potrzeby życiowe. Jedzenie, mydło, czy też poczucie bezpieczeństwa. Dobrze wiedzą, że to wszystko jest chwilowe, ale przecież liczy się dla nich tylko dzień dzisiejszy. Tylko chwila obecna.

            Film „Kobieta w Berlinie" to naprawdę dobre kino. Dobrze zrealizowany. Kontrowersyjna może być natomiast jego treść. Bo oglądając go czujemy współczucie dla Niemców. Krzywdzeni Niemcy przez złych Rosjan. Takie można mieć wrażenie. I trzeba tylko uważać by nie zapomnieć, że to Niemcy zaczęli to wszystko. A te kobiety, te które teraz tak bardzo boją się o swoje życie, jeszcze niedawno byłyby gotowe własnoręcznie rozszarpać każdego Polaka, czy Żyda.

 

 


            Moja ocena filmu to:7,5/10



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Takie czasy, takie obyczaje

poniedziałek, 23 sierpnia 2010 23:45

            Od ładnych kilku dni, media szumią, że rząd podnosi nam podatek VAT. Teraz, zamiast 22%, mamy płacić 23. Czyli jak łatwo policzyć, przy każdym wydatku 1000 złotych na jakiekolwiek zakupy, dodatkowo będziemy musieli wydać 10. Przy stówce - 1 zł. Wstrząsające?

            Dziś poszedłem rano do sklepu. Kupuję chleb. Tylko chleb. Mam przygotowane w ręku 1,80, bo tyle właśnie płacę już od dawna. A tu zaskoczenie. Chlebek nasz powszedni zdrożał. A wiecie o ile? O 30%. I to jest dopiero wstrząsające.


            Pokazują wczoraj w wiadomościach pewnego starszego pana. Człowiek już po sześćdziesiątce. Do tej pory prowadził swoją działalność gospodarczą. Miał jakieś kioski. Zatrudniał ludzi. Ale splajtował. Supermarkety go zniszczyły. Teraz bieda zaczęła zaglądać mu w oczy.

            Ale nie poddaje się. Codziennie rano wyjeżdża do Katowic. Najpierw kilka kilometrów rowerem, później jedzie pociągiem. W sumie 40 kilometrów. W Katowicach, na dworcu wyciąga swoje skrzypce i zaczyna grać. Datki zbiera do puszki. Niby się rzecz normalna w tym nienormalnym świecie, ale jest jeszcze coś. Otóż ten człowiek, gdy dostanie jakiś pieniążek, to od razy odnotowuje to w swojej kasie fiskalnej. Od tego dochodu, człowiek ten bowiem płaci regularnie podatki. Swoją działalność ma zarejestrowaną. Chce być uczciwym. Chce pracować i chce doczekać emerytury. Gdy dziennie uzbiera 50 zł, to taki dzień uważa za udany.

            Koleżanka była wczoraj u dentysty. Siedzi sobie na fotelu. Ma borowanego zęba. A tu wchodzą panie z NFZ.. Przychodzą na kontrolę. Ale grzecznie mówią, że poczekają. Proszę dokończyć zabieg - mówią. Pani stomatolog szeptem do pacjentki - Tylko niech pani nic nie mówi o pieniądzach. Niech pani przyjdzie jutro i przyniesie mi 50 zł. Ale dzisiaj - sza.

            Z kogo należy brać przykład? Kto stanowi dla nas wzór do naśladowania? Jak ja bym postąpił na miejscu tych ludzi?

            Przyznam się szczerze. Przemyślałem to. Na miejscu pani stomatolog postępowałbym tak samo jak ona, choć wiem, że takie zachowanie należy potępić. Na miejscu pana ze skrzypcami, wyrzuciłbym kasę fiskalną w diabły.

            No cóż, takie czasy. Takie obyczaje.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Prucnal, dzwony i Odkrywcy

niedziela, 22 sierpnia 2010 21:02


            Sławomir Prucnal to prawdziwy katolik (?). Chodzi do kościoła na każdą niedzielną mszę. Finansuje wydatki księży. Posiada pisemne podziękowania od samego proboszcza. Co takiego się więc stało, że raptem odwrócili się od niego wszyscy. I parafianie. I kler.

            Otóż Prucnal ogrodził swoją posesję. Niby się nic zdrożnego, ale przez jego podwórko prowadził skrót wiodący do kościoła. Teraz jest on wrogiem dla sąsiadów i dla proboszcza.

Więcej tu



            Wczoraj po południu, wyjechałem za miasto. Szwagier mieszkający teraz na wsi (większa wieś) prosił mnie o pomoc w stawianiu garażu. W pewnym momencie słyszę donośny głos trąbki. Ktoś gra. Całkiem dobrze grał, a ja spytałem się szwagra, kim jest owy muzyk. To nie muzyk. Odpowiedział mi szwagier. To w kościele tak grają. Codziennie. O ósmej (dwudziestej) też tak będzie. Mieliśmy akurat osiemnastą na zegarze. O dziewiętnastej posłuchać za to można było, tak dla odmiany, dzwony kościelnie. Całkiem wyraźnie, choć dom stoi w znacznej odległości o przybytku.

            Współczuć jednak powinno się tym, którzy mieszkają dużo bliżej. Są chorzy, zmęczeni po pracy, albo akurat chcą spać.



            A dlaczego Europa jest właśnie chrześcijańska? Na to pytanie starają się odpowiedzieć „Odkrywcy". Krótkie przypomnienie historii o początkach chrześcijaństwa. Nie mylić z katolicyzmem.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Janko Muzykant

sobota, 21 sierpnia 2010 21:33


            To jest prawdziwy Hollywood



 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

10000BC

piątek, 20 sierpnia 2010 17:42


           Był kiedyś taki film „Walka o ogień". Opowiadał o prapoczątkach człowieka, a ciekawostką było to, że podczas całego seansu nie padło ani jedno (za wyjątkiem wstępu) zrozumiałe słowo. Film robił duże wrażenie. Mimo tego, że historycy nie zostawili na nim suchej nitki, to publiczności się on podobał.

             Minęły lata. I pojawił się obraz opowiadający o człowieku sprzed 10 000 lat „10000 BC". Myślałem, że będzie ciekawie, a tu klapa. Pomieszanie z poplątaniem. Film może podobać się dzieciarni, lub tym, którzy niezbyt uważali w szkole. A może to ja się mylę.

            Jeśli ktoś ma ochotę, niech patrzy i się bawi, ale poza przygodą to chyba nie ma tu nic. Chociaż, z drugiej strony, czy to mało?


           



            Moja ocena filmu to: 4/10




            Czy oglądałyście może wczorajszą „Sprawę dla reportera"? Coś niebywałego. Handel dziećmi w Polsce. Niesłuszne oskarżenia o pedofilię. Prokurator rozpatrujący skargę złożoną na niego samego. To wszystko, to się po prostu w głowie nie mieści. Nie mieści. I czy jeszcze ktoś, powie mi, że Polska to kraj prawa? Że wszystkie dzieci są nasze? Ze tu jest jakaś polityka parorodzinna?


            Do wczorajszego wydania programu „Fakty po faktach", został zaproszony arcybiskup Józef Życiński. Miał mówić o tym krzyżu stojącym przed Pałacem Prezydenckim. I mówił. I odpowiadał na zadawane mu pytania. Tylko dziwne, ale ni cholery nie rozumiałem tego, co on do mnie gada. Wypity nie byłem, (trochę zmęczony to fakt) głupcem chyba też nie jestem, ale co on mówił? Tego to mi trudno pojąć. Opanował, bowiem ten pan do perfekcji, sztukę odpowiadania na pytania tak, aby niczego konkretnego nie powiedzieć. Mówił dużo. Tego się nie da ukryć. Dużo niczego.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Mój prywatny sąd ostateczny

środa, 18 sierpnia 2010 17:32


            Czytając różne blogi, poznałem pewnego pisarza. Poznałem, to pewnie zbyt wielkie słowo, ale w każdym bądź razie udało mi się z człowiekiem, parę razy zamienić kilka słów, za pomocą nowoczesnego medium zwanego Internetem.

            Człowiek młody. Dobrze wykształcony - prawnik. Z ambicjami pisarskimi. Bycie pisarzem w Polsce i utrzymywanie się z tego, chyba nie jest łatwe. Niewielu chyba jest takich, którym się to z sukcesem udaje. Daniel Koziarski, bo o nim dziś mowa, próbuje.

            Nie dane mi było wcześniej spotkać się z jego pisarstwem (a ostatnio w ogóle coraz mniej książek czytam), ale że kolegę „poznałem", a i okazja się nadarzyła na kupno książki, to w końcu zabrałem się i przeczytałem jego autorstwa „Mój prywatny sąd ostateczny".

             Czym jest książka? To jakby trzy dość długie opowiadania, które jak się okazuje na końcu mają pewne punkty je łączące.

            W pierwszym z nich poznajemy panią prawnik. Adwokat. Kobietę szorstką, zimną, specjalizującą się w rozwodach. Kobietę, która osiąga swój sukces zawodowy, jednak w życiu prywatnym musi za niego zapłacić. Rozpadło się jej małżeństwo, ma syna nienawidzącego swojej matki i w dodatku dopada ją śmiertelna choroba. Tak właśnie kończy się życie pani prawnik.

            Bohaterem drugiego opowiadanie jest młody chłopak z ambicjami aktorskimi. Jak na razie statystuje on jedynie w większych produkcjach, ale ciągle szuka swojej szansy. Marzy o wielkich rolach na ekranie, jednak życie wyznaczyło mu trochę inną drogę. Niby się przypadkiem, poznaje on bowiem Atletę, młodą dziewczynę, prostytutkę, którą stara się naprowadzić na lepszą drogę i... Maćka, młodego przystojnego geja. Nasz bohater też jest gejem, a jego życie zaczyna się coraz bardziej komplikować gdy Atleta zaczyna mieszkać u niego w mieszkaniu, a on sam zaczyna spotykać się z nowopoznanym kolegą. Nie dostrzega w tym wszystkim drugiego dna. Groźnego dla niego dna.

            Taksówkarz Papierski jest bohaterem trzeciej części książki. Dziesięć lat wcześniej Papieskiemu powiesiła się córka. On obwinia za ten czyn wszystkich, z którymi ona miała do czynienia i z którymi mógłby ten czyn powiązać. Teraz, gdy narosła w nim nienawiść nadszedł czas zemsty. Papierski zaczyna mordować.

            Gdy czyta się poszczególne części i z góry wie się, że muszą one w jakiś sposób się łączyć, to wciąż zastanawiamy się, w jaki? (Dużo tego się). A no, w ciekawy. Tyle mogę powiedzieć, aby nie zdradzać treści. W każdym bądź razie w książce tej mamy do czynienia z ciekawym zabiegiem pisarskim. Autor bowiem dobrze stopniuje napięcie, które w pierwszej części jest poniekąd nijakie, w drugiej narasta (to napięcie oczywiście) w trakcie czytania, by w trzeciej stać się czystym kryminałem, gdzie trup ściele się gęsto. Być może nawet za gęsto, co można by zarzucić autorowi. Temat do ewentualnej dyskusji.

             Czytając jednak książkę widzimy tutaj niezłe pisarstwo. Jeszcze nie do końca dojrzałe, ale z pewnością warte zauważenia. Jak już wspomniałem wyżej książka ma ciekawą koncepcję, strukturę, dużo jest, jak to kiedyś mówiła pewna nauczycielka „dziania się". Autor nie boi się robić ze swoich bohaterów zwyrodnialców, czy też ludzi z marginesu. To może nic nadzwyczajnego we współczesnym świecie, ale przecież trzeba umieć zachować pewien umiar.


            Żeby jednak nie było za słodko trzeba się czegoś przyczepić. Książce można zarzucić to, że czasami jest przegadana. Mi akurat to specjalnie nie przeszkadzało, ale można mieć wrażenie, że czasami ilość (słów) nie przechodziła w treść. Jak już wspominałem wcześniej, uważam, że w trzeciej części trup jednak za często się ściele. To odrealnia trochę rzeczywistość. Wulgaryzmy. Te wtrącane są niepotrzebnie. Czyta się książkę, czyta. Normalnym przyzwoitym językiem napisaną, a tu trach. Wpada przekleństwo. Mi to akurat w tym przypadku nie odpowiadało. Autorowi kilka razy zdarza się powtarzać ten sam zwrot językowy. Jak choćby „Uczta Babette". To chyba brak uwagi, bo nie przypuszczam aby to był celowy zabieg. Jeszcze jedna uwaga. Jest jedna taka scena, gdy Papierski rozmawia z księdzem Ciołkowskim. Ciekawa rozmowa, która mogłaby być znaczącym jeśli nie najważniejszym momentem książki. Gdyby ją jeszcze dopracować, trochę wydłużyć... To mogłaby być naprawdę dobra scena.

            Poza tym no cóż. Przeczytałem książkę i nie uważam czasu jej poświęconego za stracony. Dobra lektura na wakacje i nie tylko.


             Moja ocena książki to: I tu będzie pewnie lekkie zaskoczenie. Bo nie wystawię noty          jak to było w moim zwyczaju mówić, ile daję punktów na dziesięć możliwych. Powiem natomiast, że jeżeli jeszcze kiedyś trafię na jakąś z pozycji napisaną przez Daniela Koziarskiego, to nie zawaham się ani chwili, przed jej przeczytaniem.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Sucker Punch

wtorek, 17 sierpnia 2010 17:47

            Ciekawe, czy będzie to tylko czysta komercja, czy może coś więcej...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Animowana Historia Polski

poniedziałek, 16 sierpnia 2010 17:34

            Jak dla mnie, ogólnie mówiąc, świetne. Chociaż mam kilka uwag.

            1.  Trochę za szybko się to wszystko dzieje. Pędzi jakby na złamanie karku. Nie można za tym nadążyć.

            2.   Oczy gonią za dziejącą się akcją, a uciekają daty pojawiające się z boku. I mogłyby one być wyraźniejsze. I może dokładniejsze. Dzień, miesiąc, rok.

            3.   Obok dat, powinny być może i opisy wydarzeń, bo mogę się założyć, że większość ludzi, skojarzy tylko niektóre wydarzenia z dziejów Polski.

            A tak to tylko wielkie brawa dla pana Bagińskiego. No i życzyć mu jeszcze sponsorów. Bo w takich ludzi to warto inwestować.

 

 

          Moja ocena to: 9/10

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Pojedynek i Harry Brown

niedziela, 15 sierpnia 2010 11:52

            Dwa filmy. „Pojedynek" i „Harry Bron". A co je łączy? W obu główną rolę zagrał Michale Caine. I oba są warte obejrzenia.

             Pierwszy to spektakl dwóch aktorów. Do swojej bogatej posiadłości, starszy pan zaprasza młodszego. Ten młodszy, właśnie uwiódł mu żonę. Starszy jest bogaty. Na wszystko go stać. Młodszy jest bezrobotnym aktorem. Który, którego przekona do swojej racji i czym się to zakończy, to trzeba samemu zobaczyć.

            Film jest spektaklem dwóch aktorów, ale co ciekawe, pojawia się i trzeci. Ci, co oglądali, wiedzą o co chodzi. Chyba wiedzą.

 

 

 


           

             Drugi film „Harry Brown", od razu przypomniał mi „Życzenie śmierci" z Charlsem Bronsonem. Harry, bohater naszego filmu, to starszy, emerytowany komandos. W życiu niewiele mu pozostało. Umierająca żona i przyjaciel Leny, z którym grywa w szachy. Któregoś dnia jednak Lenny zostaje zamordowany. Czynu tego dopuszczają się młodzi ludzie najczęściej awanturujący się na osiedlu. Mimo że policja zna nazwiska sprawców, nie mogą nic zrobić. Brak dowodów. Wtedy to Harry bierze sprawiedliwość w swoje ręce. I poleje się krew.

            W filmie tym nie mamy jednak do czynienia ze spektakularnymi walkami. Harry, to przecież staruszek. Jest jednak determinacja. Jest doświadczenie życiowe. I jest cel w słusznej sprawie.

 

 



            Oba filmy oceniam wysoko: 7,5/10.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

czwartek, 30 marca 2017

Licznik odwiedzin:  4 846 582  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

CIEKAWE STRONY

Czytam

EROTYKA

FILMOWO

FOTO

MOJA CODZIENNOŚĆ

Na Wylocie

PRZYRODNICZO

RELIGIJNIE

SZTUKA

SŁUCHAM

TESTUJĘ

ZAGLĄDAM

ZNANI

O moim bloogu

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś ...

więcej...

Bloog będzie o tym co obejrzałem, wysłuchałem, i przeczytałem. Co mnie poruszyło, a co nie. Będą to moje małe recenzje filmów, książek, artykułów czy wypowiedzi które gdzieś usłyszałem. Być może ktoś zacznie się kierować moimi opiniami, być może ktoś będzie chciał się podzielić swoimi spostrzeżeniami, a być może ktoś po prostu tutaj zajrzy przypadkiem.

schowaj...

Statystyki

Odwiedziny: 4846582
Wpisy
  • liczba: 1664
  • komentarze: 12494
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Punkty konkursowe: 100
Bloog istnieje od: 3329 dni

Lubię to

Nowy blooczek w narzędziach.
Virtual Pet Cat for Myspace
http://m.onet.pl/_m/e77b177324ef7d58c551ad17b9384d71,0,1.gif

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl